Ryu Amakusa urodził się 17 lat temu (25.08.1996r) jako 3 potomek (i nie ostatni) państwa Keiko i Toma Amakusa. Wychowuje się w wielodzietnej rodzinie. Jego młodsze rodzeństwo to - Reiko (15), Aoi (13), Yuto (11). Keiko zmarła podczas porodu swojego ostatniego dziecka. Dwaj starsi bracia - Hikaru (23) i Kei (25) - opuścili dom rodzinny wraz z ukończeniem szkoły średniej. Swą decyzję tłumaczyli spełnianiem swoich marzeń oraz pragnieniem pomocy rodzinie. Jednak ich ojciec dobrze wiedział, że chodziło o otoczenie w jakim się znajdowali. Yukan nie dawała perspektyw to było jasne, ale jeśli dołożyć do tego dom pogrzebowy... twoje życie zostawało przekreślone na amen. Nikt przecież nie chce zadawać się z dziećmi grabarza. Toma Amakusa nie wstydził się swojego zawodu, bowiem dzięki niemu mógł utrzymać swoją rodzinę. Nie żyli bogato, ale nikomu nigdy nie brakowało jedzenia. Starał się też przekazać swoim dzieciom to co najważniejsze, otoczyć miłością i pokazać, że w rodzinie należy trzymać się razem.
Ryu nie miał najłatwiejszego dzieciństwa. Stracił matkę, kiedy był jeszcze brzdącem. Niewiele pamięta z tamtego okresu. Sam czasem twierdzi, że mamę to pamięta jedynie przez mgłę, a zdjęcia niewiele tu pomagają. W szkole podstawowej miał jednego przyjaciela - Makoto. Chłopak jednak wyjechał wraz z rodzicami, kiedy Ryu skończył 10 lat. Wtedy też zaczęły się jego problemy ze zdrowiem. Wykryto u niego białaczkę limfatyczną. Na początku próbowano zaleczyć ją lekami, potem chemioterapią, a kiedy to nie pomogło postanowiono czekać na przeszczep szpiku kostnego. W wieku 14 lat chłopak przeszedł operację pomyślnie. Przeszczep nie został odrzucony, ale do teraz bierze leki i jeździ na co miesięczne kontrole (które trwają co najmniej 2 dni) do szpitala. Jego rokowania są dobre. Zostały mu jeszcze dwa lata męki i jeśli wszystko pójdzie sprawnie, dostanie pozytywny werdykt! Będzie żył! To jednak nie ulega wątpliwościom. On sam nie twierdzi inaczej. Nie wyobraża sobie, że mógłby zostawić swoje rodzeństwo bez pomocy. W końcu jego ojciec kompletnie sobie w kuchni nie radzi. No może i herbatę zrobi, ale żeby nawet ryżu nie potrafić ugotować? To się w głowie Ryu nie mieści. On więc przejął obowiązki domowe. Gotuje, sprząta i organizuje ojcu spotkania. Pomaga w biurze, które znajduje się na parterze ich domu. Odbiera telefony, kontroluje, a w międzyczasie chodzi na lekcje, wywiadówki swojego młodszego rodzeństwa, robi zakupy i stara się zarażać każdego kogo spotka swą pozytywną energią. Powinien się oszczędzać, więc każdego dnia stara się znaleźć trochę czasu dla samego siebie, co by mógł wyjść ze swoją ukochaną psiną - Kiarą - na długi spacer. Zazwyczaj spędzają dużo czasu na plaży, rozkoszując się szumem morza i rozwiewającym włosy wiatrem.
Ryu kocha fotografię, bitą śmietanę, przedmioty ścisłe oraz gotowanie. Nigdy szczególnie sportu nie uprawiał (zazwyczaj nie było mu wolno). Nie potrafi pływać, z jazdą na rowerze na szczęście już nie ma problemów (jakoś musi dojeżdżać do szkoły). Zawsze chętny do pomocy, lubiany przez starszych mieszkańców wioski. Nieco zakręcony, oswojony z widokiem śmierci i zmarłych.
| Powiązania | Szepty umysłu |
edit. 08.09.2013r
[Cześć i czołem. Nie gryziemy i nie połykamy w całości. Chętnie przyjmiemy do serduszka. Wątki mile widziane.]



5 000 komentarzy:
1 – 200 z 5000 Nowsze› Najnowsze»Mężczyzna z pozornym spokojem popatrzył w stronę z hukiem otwieranych drzwi. Już sam nie wiedział czy ma się cieszyć czy denerwować. Z jednej strony ktoś do niego przyszedł, nie musiał siedzieć tu sam...a z drugiej strony ten hałas. Cierpliwie wysłuchał potoku słów wypływających z ust jego gościa. Niepewnie popatrzył na babeczkę, kto normalny przynosi słodycze do pomieszczenia w którym cuchnie śmiercią?
-mogę ci pomóc z lekcjami.-odparł po czym ugryzł się w język. Słuchał dalej rozczesując włosy już odnowionemu, nagiemu ciału młodej dziewczyny.
-córka kwiaciarki, ktoś zepchnął ją z klifu....-odparł mechanicznie.-Ciało było w strasznym stanie...widzisz tutaj...-wskazał na nogę dziewczyny która była bardzo dokładnie zaszyta.-ciężko było to zaszyć, noga prawie odpadała.
-Lepszy niż chirurg? No nie wiem...trupowi nie muszę podawać narkozy ani znieczulenia...-mruknął.-makijażysta...-dodał do listy chłopaka trochę nieśmiało swoje trzy grosze. W końcu jaki facet umie nakładać makijaż.-Ciekawy zawód...raczej niezbyt lubiany, zwłaszcza w japonii gdzie preferuje się kremację.-wyjaśnił wpinając dziewczynie we włosy małą sztuczną różyczkę i biorąc wiszącą na krześle sukienkę.-Umiem nie tylko fizykę...mogłem wybrać dowolny zawód, ale zdecydowałem się na ten. Więc pomogę.-mówiąc nie przestawał pracować. a po chwili dziewczyna była już ubrana i gotowa na pogrzeb, szkoda tylko że własny. Mężczyzna nawet nie zauważył kiedy chłopak zrobił mu zdjęcie, nie było to dla niego na tyle istotne by przykuć jego uwagę.-Możliwe że to ta...ale i tak za szybko umarła. -westchnął zdejmując rękawiczki i podchodząc do zlewu by umyć ręce. Zdjął z twarzy maskę, oraz ochronny fartuch i w końcu wziął babeczkę by się w nią wgryźć.-Po coś konkretnego tu przyszedłeś czy tak o?
Pokrecil głową-nie mówię ze zaraz geniusz...po prostu ścisłowiec.-wyjaśnił spokojnie chcąc uniknąć nieporozumień.-chemia, fizyka, biologia i matma. No i angielski.-wymienił. Zastanowił się chwilę nad pytaniem chłopaka.-nigdy się nie obudził...ale kilka razy miałem nadzieję ze tak się stanie.-odparł jakby trochę smutno. -niech się sama nauczy, ja umiem pomalować tylko leżące trupy.-burknal niezadowolony.-twój ojciec? A czego on może chcieć?-spytał bardziej ciebie wychodząc z piwnicy i kierując się do gabinetu swojego szefa.
-to prawda, długo mi zeszło bo ona miała długie włosy...-wytłumaczył swoje zapóźnienie po czym zamilkł. Kiedy mężczyzna skończył Jun pokiwal głową.-czyli poza zajmowaniem się zwłokami na dole, mam też siedzieć tu w papierach i uważać żeby twoje dzieci nie rozwalily domu i zakładu?-spytał wnosząc brwi.-Ale twój wyjazd nie będzie kolidować z jego kontrolą prawda? Nie będę musiał go zawieźć?-dodał patrząc na chłopaka i przystępując z nogi na nogę.-no i jak wiele zleceń mamy? Mam nadzieję ze nie zostawiasz mnie z rękoma pełnymi roboty.-westchnął. "Współpraca z tym maluchem...już to widzę...."
-NIEWIELE WIĘCEJ!?-warknak po chwili biorąc kilka głębokich wdechow.-sam jeden mam zbalsamowac w tym tygodniu około 10 zwłok, jak ciężkie są przypadki? Dodatkowo muszę iść na zebrania twoich dzieciaków a na pewno jednego bo Ryu się nie rozdwoi przecież. Wyszykować małego na obóz plus...-odkaszlnal odwracając wzrok w stronę okna. Byle tylko nie patrzec na chłopaka.-znając ciebie zajmie ci to dwa tygodnie więc...zawioze go żeby nie tlukl się autobusem. Tylko...niech Kei i jego...narzeczona.-to słowo ledwo przeszło mu przez gardło.-sami się sobą zajmą i pomogą w domu.-przeniósł wzrok z okna n swojego pracodawcę.-premia jest czymś oczywistym.
-dóbra dam radę...najwyżej przy utonieciah posiedze trochę w nocy...-mruknął niezadowolony. Kiedy Reiko weszła mężczyzna popatrzył na nią wyraźnie wkurwiony ledwo powstrzymując się przed jakąś cieta riposta.-ta...może być...-przeczesal włosy dłonią.-zjeść...z wami?-spytał cicho. Mieszkał już z nimi dwa lata i pierwszy raz dostał taką propozycje.-jeśli mogę...-oparł się dłońmi o biurko mężczyzny.-możesz spokojnie jechać. Zajmę się nimi...należy ci sie za to ze ty przygarnales mnie.
-a...-mężczyzna spuścił głowę i zacisnął dłoń w pięść. "Z trupami..."-tak będę jadł z wami...twój ojciec chce żeby reszta się ze mną oswoila.-odparł.-pomimo ze jestem tu już dwa lata tylko ty ze mną rozmawiasz.-dodał opierając się o blat.-pomogłbym ale nie umiem gotować.-zasmial się zażenowany. -za to mogę ci powiedzieć ze ona kogoś ma ale nie chcę, wstydzi się lub nie może wam powiedzieć. Usłyszałem kawałek waszej rozmowy i widziałem jak się zarumienila.-wyjaśnił. Chciał zacząć jakąś rozmowę. Sam nie wiedział czemu a wszystko tłumaczył calodniowym zajmowaniem się trupem.
-a bo wiesz dopiero ci się dowiedziałam...-mruknął cicho.-nie, nie curry jest ok, bardzo lubie!-odparł od razu. Nie chciał się nikomu w tym domu narzucać a już zwłaszcza nie Ryu.-a bo wiesz byłem ostatnio u fryzjera i widziałem ją z jakimś starszym facetem.-wzruszył ramionami.-nie wnikalem, mam ważniejsze rzeczy na głowie.-dodał po czym pokrecil głową.-nie przeszkadza. Chyba czasem tego potrzebuje, wiesz trup mi nie odpowiada.-wyjaśnił.-tak serio, pomogę. Zorganizuje sobie trochę czasu.-obiecał. -no dowaliles...topielce to koszmar....i jeszcze podcięte żyły.-westchnął.-ale dam radę.-mruknął.-ostre. Uwielbiam ostre jedzenie.
-ta jak to dobrze...-westchnął.-a lista to dobry pomysł. Chyba ci taką zrobię.-mimowolnie się uśmiechnął nieśmiało próbując dania.-Pycha! Wow...-odsunął się kawałek.-był starszy ode mnie. I wydaje mi się ze gdzieś go widziałem...-zastanowił się i wzruszył ramionami.-tak tu masz rację. One zabierają wszystko do grobu...-przyznał chłopakowi rację. Niechętnie przyznał.-pokazać...ja...-zamyslil się. Nie wiedział w tym nic złego. W końcu to tylko kilkanaście naciec.-mogę ci pokazać.-odparł wkońcu.-cz-cześć.-odpowiedzial zaskoczony.-staruszku!? Nie jestem aż tak stary!
-przepraszam to moja wina że uciekły...-mruknął cicho wracając do jedzenia.-jest pyszne.-dodał. Dobrze wiedział że dziewczyny wyszły bo on siedział przy stole. Nie winil je za to. Często przecież wychodziły z pomieszczenia w krótym akurat przebywał. Jego pokój omijały szerokim łukiem. Rozumiał to w końcu jego procesja nie była zbyt lubiana. -jest tu morze więc pływam. Kiedyś trenowałem też kick-boxing.-odparł machinalnie by po chwili prawie spaść z krzesła.-j-jak? Skąd ty..? O boże...-upuścił łyżkę i zakryl twarz dłońmi.-o boże...za co...Toma ja to wyjaśnie...jakoś...-"ten mały....niech ja go dopadne!"
-ta normalne...-mruknął nie do końca przekonany mężczyzna. Nauczyć Ryu pływać? Odmawiam. Pływam sam. A on jeszcze mi zaslabnie czy coś.-mruknął i po chwili odsunął od siebie puszkę.-idę się dzisiaj przejść a z moją słabą głową będzie to niemożliwe.-wyjaśnił spokojnie. -Toma wybacz mi zepsucie kolacji...-mruknął cicho a kiedy chłopak usiadł przy stole mężczyzna popatrzył na niego jakby trochę zmartwiony.-Ryu może ci pomóc? Nie wygladasz najlepiej.-zauważył.
-na pewno? Jak coś to mów. Pod nieobecność twojego ojca mamy współpracować.-wejścil nawet nie zauważajac że się niepotrzebnie tłumaczy.-wyszły przez moją obecność. Rozumiem to. Nie musisz za nie przepraszać. -zapewnił swojego pracodawcę. Kiedy usłyszał propozycje chłopaka trochę się zaskoczył. Chciał pobyc sam, ale w ogólnym rozrachunku doszedł do wniosku że to mu nie pomoże.-czemu nie. Mogę się z...wami...przejść. Pranie mam ale sobie poradzę, nie chcę się narzucać.
Skinal głową.-więc zniose.-odparł spokojnie. Miał dzisiaj niesamowicie męczący dzień. A przed nim równie o ile nie bardziej męczące dwa tygodnie.-ja sam nie wychodzę biegać. Jak coś to dostosuje sie do twojego tempa.-zapewnił ubierając buty i kurtkę.-no a co z fizyka? Bierz pod uwagę że muszę jakoś zorganizować sobie na wszystko czas.-upomniał go wychodząc z domu. Chciał zapalić ale kiedy tylko wyjął paczkę zdał sobie sprawę z nie powinien tego robić przy Ryu więc zrezygnowany schował ją z powrotem.-no, więc gdzie idziemy?
-więc powiedz kiedy a ja postaram się trochę czasu wykombinowac.-zaproponował.-więc to ona wybiera trasę...rozumiem.-chciał się zasmiac ale jakoś mu to nie wyszło. Był zbyt zmęczony.-nie mogę. Nie chcę cie truć. Zapale później.-odpowiedział szybko. Może nawet zbyt szybko.-wyluzowac...wiesz mały dzisiaj to już chyba nie możliwe. To był zbyt męczący dzień. A Reiko i Aoi...nic nie poradzę że za mną nie przepadają. -wzruszył ramionami. Zdjął buty powoli idąc obok chłopaka.
-nie...tylko nie chcę żeby coś ci się stało. Mogę zapalić później kiedy będę sam.-wyjaśnił.-nie usprawiedliwiam ich po prostu zdaje sobie sprawę jak odbierany jestem ja i mój zawód.-wzruszył ramionami.-no to coś mnie z nią łączy. Też lubie wodę.-podwinal nogawki spokojnie idąc obok chłopaka.-chyba wszystko wymienione plus ilość zleceń.-mimowolnie się uśmiechnął.-wiem dzięki. Ale postaram się żebyś miał jak najmniej roboty. Możesz przekazać siostrom że od jutra koniec obijania.
-to prawda mieszkają. Jednak nadal są dziewczynami.-przypomniał spokojnie. -uda się, co ma się ni udać. Rozlozymy między wszystkich obowiązki, jak się z nich nie wywiążą to będzie kara. Proste i logiczne. Nie będą nie opieprzac kiedy ich...chory brat robi praktycznie wszystko.-wyjaśnił swoje podejście do tej sprawy.-głównie jestem odbierany jak ktoś kto przynosi śmierć...a ja tylko sprawiam że poturbowane ciała zmarłych wyglądają jak nowe...sprawiam że wyglądają jakby tylko spali.-mruknął cicho.- więc Yuto musiał być w szoku kiedy widział jak chodzę po domu.-zasmial się cicho.
Mężczyzna głośno krzycząc wpadł do wody i o dziwo zamiast się zdenerwować wybuchł dzwiecznym śmiechem.-masz rację mój błąd. Będziesz żył. I żaden z nas nie będzie przez drugiego balsamowany.-wstał z wody i popatrzył na swoje mokre ubrania.-no pięknie i co teraz...-westchnął.-przerażony...ja dzisiaj też...nawet jeśli mnie śledził to skąd mógł wiedzieć? Przecież nie robiłem tego w salonie a w swoim zamknietym pokoju lub w łazience. Więc jak on się dowiedzial?
-wyschnac to wyschne ale zimno.-mruknął.-w koszu na pranie...o tym nie pomyslalem. Ech nieodpowiednim momencie mówisz...grunt że dziewczyny wtedy juz wyszły.-zauważył pozytywny aspekt tej sytuacji zdejmujac przemoczona, ciężką kurtkę. -lepiej, dużo lepiej.-zmierzwil chłopakowi włosy.-no dzięki wiesz!? Zmokla kura....ciekawe czyja to wina. Hm?
-mhm nimfy. A ty im tylko trochę pomogles.-zachichotal wychodząc na piasek i idąc w stronę wyjścia z plaży.-spokojnie ja nie choruje. A jak juz to umiem sam się sobą zająć.-wzruszył ramionami jakby to była dla niego norma.-nie będziesz musiał być moją mamusią.-dodał.-aha i mam lazic taki mokry po mieście i wchodzić tak do sklepu?-westchnął juz i tak ludzie dziwnie na niego patrzyli.-bardzo chcesz tam iść?
-co się niby ma okazać? Umiem się sobą zająć, poza tym nie mam czasu chorować.-zauważył zakładając buty i idąc za chłopakiem.-no pójdą i z nią poczekam. Przecież nie chcę żebyście jutro byli głodni.-dodał.-juz i tak mam dużo na głowie. Latanie rano po pieczywo sobie opuszczę.-skończył kiedy doszli pod piekarnie. Wziął smycz od chłopaka.-no lec.
-gotowania to jedno, zajęcie się chorym to drugie.-mruknął.- jakoś przetrwalem te 27 lat więc nie jest źle.-dodał. Kiedy chłopak wrócił uśmiechnął się do niego lekko.-szybko ci poszło...dzięki.-ugryzł bułkę po chwili szybko ją polykajac. Nachylil się do ucha Ryu.-to on.-wskazał na mężczyznę stojącego kilka sklepów dalej.-facet Reiko. To na pewno on.-pokiwal spokojnie głową znów biorąc gryz pieczywa.
-tak jestem pewny. Mam fotograficzna pamięć do twarzy.-zapewnił.-żonaty i dzieciaty? Czy ta dziewczyna powariowala? On jest dla niej dużo za stary...-westchnął.-ha? Czemu ja?-spytał zaskoczony.-ja gościa w ogóle nie znam...-dodał.-no zapewne się bawi skoro ma żonę i dzieci. Jak można? Normalnie. To się nazywa pedofila i jest karalne.-westchnął.- powiesz jej że wiesz?
-wiesz ona i tak mnie nie lubi. To nie ma znaczenia czy będzie mnie lubiła mniej. A ty powinieneś wiedzieć...to byłoby złe jeśli ona zostałaby skrzywdzony. Nikt nienpowinien tak cierpieć.-mruknął nakazując trochę do swojej przeszłości.-jej się pewnie wydaje że facet ją ko....ej...czy ta co podchodzi do niego to nie Reiko?- spytał przyglądając się nadchodzącej dziewczynie.-jeśli tak to problem z głowy i mamy ją przylapaną.-westchnął.-wysyłasz na niego strasznego balsamiste tak? Jestem aż tak przerażający? Myślisz że poważnie weźmie kogoś kto nawet nie jest w waszej rodzinie?-spytał unosząc brwi.
-tak masz rację, porozmawiaj z nią jak wróci...miejmy nadzieje że zrobi to dzisiaj.-westchnął cicho kończąc bułkę.-idą do niego? Bo love hotelu tutaj nie mamy...-mruknął.-no wiesz facet jest dorosły nie ma mowy że to miłości platoniczna...-wzruszył ramionami.-dobra postrasze go na zebraniu. Będę grał złego gline.-mówiąc to zaczął kierować się w stronę domu.-jestem jedynakiem. Niechcianym...przypadkowo zrobionym.-zasmial się gorzko.
-tak, niechcianym. Mój ojciec zgwałcił moją matkę a później ją poślubił w ogólnym rozrachunku się w niej zakochujac. Ale to tylko początek góry lodowej. Udałem? Ojciec ma o tym inne zdanie.-mruknął zdradzając część swojej historii.-pewnie tam...-westchnął cicho mijając ojca chłopaka.-proszę się nie martwić. Wróci pan i domu nie pozna.-zasmial się.-tak tak zaraz ci ją napisze.-spojrzał na zegarek.-przebiore sie i mogę ci nawet z fizyka pomóc.-dodał z lekkim uśmiechem. Ten spacer dobrze mu zrobił.
Mężczyzna przebral się w suchy dres i zdecydowanie na niego za duży, rozpięty sweter. Przygotował juz jako takie miejsce do nauki i otworzył drzwi chłopakowi.-w pewnych kwestiach ma rację....gdyby nie ja to mama nadal by żyła. Jednak w wielu kwestiach się myli. Popełnił wiele błędów raniąc siebie oraz mnie. Ale to nie jest historia dla uszu siedemnastolatka.-zakończył.-ano mam. Nie toleruje bałaganu. Przez te dwa tygodnie nauczkę ich sprzątać.-dodał pewny siebie.-usiadz.-wskazał na dwa krzesła stojące przy biurku samemu siadajac na jednym z nich.
-tego nie powinien słuchać nawet dorosły.-zakończył temat zaglądając w podręcznik który podał mu chłopak. Na szybko przejrzał zadania i obliczył jedno z trudniejszych.-okay...mamy cztery tematy więc cztery różne wzory. Nie musisz rozumieć. Wystarczy że będziesz umiał podstawić dane do wzoru.-chwycił kartkę i podzielił ją na cztery części. Najpierw na jednej napisał jeden wzór dokładnie zapisując co oznacza każdy skrót.-widzisz mając ten wzór możemy obliczyć 25% zadań które masz do odrobienia. -wziął kolejna kartkę i powoli dokładnie tłumacząc co robi rozwiązał pierwsze zadanie.-rozumiesz?
-jak to jak? Normalnie. Nie mamy czasu więc po prostu musisz ślepo iść za wzorem.-wyjaśnił sprawdzając to co policzył chłopak.-wszystko zrobiłeś dobrze a ten przekład jest łatwy. Wystarczy wszystko sprowadzić do tych samych jednostek.-ponownie zaczął liczyć zadanie wszystko po kolei tłumacząc co robi. W ten sam sposób przerobił pozostałe wzory uznając że na tym można zdać test nawet bardzo dobrze. Na koniec dał chłopakowi mini sciagawke i listę z trupami.-masz. Umiesz wszystko musisz tylko usiąść i trochę pomyśleć. Znasz ten test.-uśmiechnął się do niego.-a teraz idź. Reiko juz przyszła a ja muszę zapalić.-mówiąc to wstał sięgając po cygaretki i zapalniczke.
Mężczyzna akurat siedział ukytu w cieniu i gdy zauważyl jak chłopak wchodzi poderwał się z miejsca.-Ryu i jak ta....KURWA CO TY ROBISZ?!-wrzasnął wyrywajac papierosa z dłoni chłopaka i rzucając go na podłogę depczac go butem.-zwariowales?! Nie powinieneś palić! Chcesz pójść do piachu?! A może ojciec jednak ma rację?! Może faktycznie przenoszę śmierć bliskim osobom?! Co cie napadło żeby sięgać po fajki?!-opadł na krzesło stojące przy stoliku uznając że za dużo powiedział.-aż tak siostra dała ci w kość? -spytal juz spokojniej.
-nie czytałem. Ja tylko...nie ważne.-mruknął spuszczając wzrok.-nie tylko twoja, to ja zostawiłem fajki na stole.-zauważył.-nie wiem jak. Wykrzycz się. Zakochaj w kimś. Upiecz ciasto.-rzucił kilka luźnych pomysłów nie podnosząc nawet wzroku. W końcu westchnął cicho patrząc na chłopaka.-Jest wiele sposobów na wyładowanie emocji. Przepraszam ze obchodzi mnie to czy w najbliższym czasie będę musiał zajmować się twoim martwym ciałem.-powiedział głucho, pozornie spokojnie. -nie dziwię się ze nie słucha. On pewnie owinal ją sobie wokół palca. Jest ładna, młoda i głupia. Za głupia żeby zrozumieć ze dla niego liczy się tylko seks.-ponownie cicho westchnął widząc jak chłopak wyjmuje leki.-rozumiem....
-oddaj je. Obiecalismy dokładnie, więc oddaj fajki żeby nie kusily.-mruknął.-nie lubisz? Teraz trochę pokrzyczales i chyba lepiej co? Kto? A zobacz może akurat wpadles w oko jakiejś slicznotce w szkole? Nigdy niczego nie możesz być pewny.-zasmial się.-możesz mnie walnac jeśli ci to pomoże.-dodał w żartach.-każdy potrzebuje, ja często wychodzę tutaj zapalić bo mało kto tu przychodzi. Pomyśleć o tym co będzie...-popatrzył na pieska i pokrecil głową.-póki co raczej się nie zapowiada. Ona łapie wszystko co on jej rzuci a jemu się to podoba. Ja ojcu się nie zudziałem. Musiałem uciec żeby mieć spokój. Ona...nie widzi powodu żeby uciekać. Pewnie nie widzi nic złego w seksie z 30 letnim żonatym facetem. Pewnie jej obiecywał ze jak tylko ona skończy szkole to on weźmie rozwód i takie tam.
-mhm rozumiem...więc znajdziemy coś co pomoże ci wylądować emocje.-uśmiechnął się lekko.-ano uciekłem, nic mnie tam nie trzymało. Skoro i tak mieszkałem tam za seks.-wzruszył ramionami.-masz rację do końca nie uciekłem. On wciąż nawiedza mnie w snach.-westchnął ciężko.-spadające gwiazdy? Pewnie masz pełno życzeń co?-zasmial się zakrywajac usta dłonią.-co zrobić....fakt powinien to zrobić ojciec. Najlepiej pokazać jej że wykorzystuje ją do jednego celu. I że cokolwiek jej obiecał to tego nie dotrzyma.
-a ja chyba mam trochę życzeń.-zasmial się.-ta miła odmiana. Zero martwych ciał dookoła.-powiesz że rozmawiales z kimś bardziej doświadczonym. Nie powiesz że ze mną i po sprawie. Pomogę ci, widzę że cie to męczy a ładniejszy jesteś kiedy się usmiechasz.-zmierzwil chłopakowi włosy. Czekając na Ryu wypalil na szybko czekoladowa cygaretke.-nie trzeba.-upił łyk napoju.-wezmę trochę od ciebie.-mówiąc to zgarnął trochę bitej śmietany na palec który następnie oblizal.-mniam.
-damy radę.-przytaknal popijając słowa gorącym napojem.-spokojnie staruszku on sam pamięta o lekach.-zasmial się.-nie bój się nad wszystkim będę czuwał. Od porannej pobudki, przez sprzątanie bo położenie ich spać. Jak wrócisz to ich nie poznasz.-wstał i położył dłoń na ramieniu szefa.-ciężka, to prawda...syna wychowales dobrze, tylko córki rozpiesciles.-zasmial się wchodząc do domu a następnie idąc do swojego pokoju. Tam położył sie na łóżku rozmyslajac o słowach chłopaka.-ojcze wyjdź z mojej głowy....
Mężczyzna obudził się dużo wcześniej niż zwykle. Cicho ubrał się, wyszykowal i pościelił łóżko. Całość zajęła mu około pół godziny. Uważając żeby nie nadrobić hałasu poszedł do pokoju Ryu żeby go obudzić. Przykładając palec do ust polecił mu żeby był cicho i zszedł z nim na dół do kuchni.-przygotuj jakieś lekkie śniadanie. Do tego herbatę. Najlepiej zieloną.-polecił wyjmujac z szafki metalową pokrywke i metalową łyżkę.-a ja pójdę obudzić spiace królewny.-wyszczerzyl się. Wchodząc na górę zaczął uderzać łyżką o pokrywke. Najpierw wszedł do pokoju dziewczyn.-wstawać! Żaden książę nie obudzi was pocalunkiem! Wstawać! Macie pół godziny żeby wyszykowane zejść na śniadanie! Inaczej czeka was kara!-krzyknął następnie idąc obudzić najmłodszego członeka rodziny przekazując mu tą samą wiadomość o karze.
-fajne, prawda? Jak twoje siostry nie zejdą za 15 minut możesz tam pójść z pokrywakami.-obiecał mu czochrajac mu włosy.-idź juz do stołu.-polecił małemu.-Ryu jak myślisz, zejdą na czas? Czy będzie kara?-spytał unoszac brwi i opierając się o blat.-co na śniadanie? Pamiętaj żebyś sam zdążył się ubrać.-przypomniał chłopakowi samemu robiąc herbatę, jedyne co potrafił zrobić. Te dla dzieci delikatnie poslodzil.
-Jest dobrze.-położył na stole herbatę samemu też siadając do stołu.-na czas nieobecności waszego ojca a i owszem jestem waszym tatą. Więc macie się mnie słuchać. Ale gratuluje zeszlas o czasie, więc nie masz kary.-uśmiechał się przyjaźnie do dziewczyny.-wszystko ma być zjedzone uszanuj pracę brata.-dodał następnie zwracając się do Yuto.-to co mały idziesz po siostrę?-spytał ręką pokazując na pokrywke.
-to prawda nie jestem.-odparł spokojnie w myślach dopowiadajac że on nigdy nie rozpuścił by tak swoich dzieci.-jednakże...jestem w jego zastępstwo przez dwa tygodnie. Więc jesteście zobowiązane się mnie słuchać a szczegóły wyjaśnie po śniadaniu.-uśmiechnął się po chwili zerkając w stronę wejścia.-prawo młody, dawaj piątkę.-zasmial się wyciągając dłoń w stronę chłopca po chwili wstając i podchodzac do dziewczyny.-spóźniłas się. Czy dla królewny tak ciężko jest wstać i się wyszykowac. Tak jak powiedziałem, będzie kara. Zaraz po szkole wracasz do domu i ostrzegam jeśli będzie trzeba to przyjadę po ciebie karawanem. Dodatkowo nie wychodzisz wieczorem z domu. A nad jutrem jeszcze pomyśle. A teraz siadaj do stołu.-kiedy skończył poszedł do kuchni zrobić sobie poranną matcha-latte.
-tak, możemy.-odparł popijając swój ulubiony napój.-jako że wasz ojciec wyjechał jesteście pod moją opieką i macie się mnie słuchać. W przypadku jakiegokolwiek nieposłuszeństwa nie recze za siebie. Innymi słowy jeśli ktoś dotrzyma karę dopilnuje by ją przeszedł. Reiko, nie ma zwiewania z lekcji jak coś to duchy mi powiedzą.-wziął łyk napoju.-jako że wasz kochany tatuś zostawił mnie i Ryu z rękoma pełnymi roboty robimy podział obowiązków. Reiko odpowiada za sprzątanie po posilkach wliczając w to mycie naczyń. Aoi i Yuto zajmą się praniem. Oraz wszyscy są odpowiedzialni za porządek w swoich pokojach. Pobudke robię taką jak dzisiaj codziennie. Zasady które dotyczą kary będą takie same. Posiłki jemy razem, wszyscy przy stole, zjadacie wszystko co dostaniecie. Czy wyraziłem sie jasno?-spytał kończąc napój.
-spokojnie nic wam nie wybuchnie. Pierwsze kilka razow będę wam pomagał. Zabawa będzie po obowiązkach. Zauważcie że Ryu prawie w ogóle nie ma czasu dla siebie. A teraz idźcie po plecaki.-uśmiechnął się jednak po chwili słysząc słowa dziewczyny s hukiem odłożył szklankę na stół.-ty niewdzięczna zołzo...-syknal z trudem powstrzymując się od użycia cięższych epitetów. -Czeka?! CZEKA?! I ty w do wierzysz? Że na CIEBIE na jakiegoś DZIECIAKA ledwo odrastajacego od ziemi czeka dorosły, żonaty mężczyzna? Nie bądź tak żałośnie naiwna. Interesuje go tyl...-urwał widząc co wyprawia dziewczyna.-Ryu idź się przebiez i sprawdź czy nie masz oparzeń. A ty....do końca tego tygodniu włączając w to weekend nie wychodzisz z domu. -przeczesal włosy dłonią.
-tak wiem, poniosło mnie.-mruknął opadajac na krzesło.-ale trafiła w sedno. Nie zaznalem miłości. Bo niby jak? Rodzice udawali że mnie kochali, ojciec gwalcil a każdy mój kolejny parter albo umierał albo miał na mnie wyjebane. Ciężko zaznać miłość z takim życiem.-spuścił głowę ukrywając twarz za kotarą włosów.-morderca, nekrofil, terrorysta....coś jeszcze?-westchnął ciężko w końcu wstając.-to dobrze, wystraszyłem się....w końcu herbata była gorąca. Idź się przebrać, przecież jeszcze trzeba odprowadzić Yuto do szkoły.
-dzięki.-objął go lekko ramieniem.-a teraz lec.-kiedy dom opustoszał mężczyzna poszedł do biura i zaraz po tym jak zadzwonił do paru firm wziął papiery i zabrał się do pracy. Topielce wziął na początek a około 16 zabierał się za podciete żyły.-teraz tylko ty...Naomi i fajrant....-westchnął szykując małą igłę i cienką nitkę.-i na co ci to byli....szyja...ręce...-przysunął sobie krzesło i zabrał się za szycie.
-hej, jak widać masz to wyczucie czasu i nie musisz oglądać nagiej staruszki.-mimowolnie się zasmial podnosząc głowę.-możesz patrzec ale lepiej żebyś nie dotykał. Praca z ranami jest niebezpieczna bo można się czymś zarazić, więc proszę, załóż maskę jak juz tu siedzisz.-mówiąc to wrócił do szycia ran.-Jej mąż...niedoszły mąż...chce żeby była idealnie piękna. Bez ran ani blizn...i żeby była ubrana w suknię slubna.-wyjaśnił pokrótce.-dlatego sie staram. Musiał ją kochać.-dodał.-biuro załatwiłem rano. A co do fizyki to nie ma za co. Cieszę się że nauczyciel był zadowolony.
-z tego co wiem to on znalazł ją taką w lesie po wieczorze panienskim. Chyba ktoś ją porwał i okaleczyl. Miała nacieta aorte ale szyję juz zaszylem. Zostało mi jeszcze tylko kilka ran.-zakończył jeden szew i przeniósł się na kolejne cięcie.-nie tyle wymóg co wygoda. Jak juz umyje zwłoki wygodniej mi je operować kiedy są nagie. Jestem wtedy w stanie nadać ciału odpowiedni kolor i pozbyć się oznak choroby albo ran. Potem wystarczy je tylko ubrać itp.-wyjaśnił.-nie podniecaja mnie trupy.-zaprzeczył jeszcze żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. -masz rację, piękna. A będzie jeszcze ładniejsza.-zapewnił kończąc ostatnia ranę i ubierając kobietę.
-ja też tu raczej zostanę. Dobrze mi tutaj.-mruknął zaczynając malować kobietę.-co tak kichasz? Przeziebiles się?-spytał zmartwiony.-ramen lubie. I nie mam jakiś wyszukanych preferencji kulinarnych. Tylko tyle co lubie na ostro.-wyjaśnił powoli układając włosy kobiety.-tam jest kostnica. Zimno. Nie wchodzilbym tam na twoim miejscu.-odparł wkładając dziewczynę do trumny i idąc umyć ręce.
-powinieneś bardziej uważać...wpadles, czy ktoś cie tam wepchnął?-spytał żeby się upewnić w międzyczasie myjac ręce i zdejmujac fartuch i maskę.-daj zobaczę czy nie masz gorączki.-mówiąc to podszedł do chłopaka i przyłożył policzek do jego czoła.-hmmmm chyba nie...-mruknął cicho odsuwając się od Ryu.-ale zrobię ci herbatke na przeziębienie. Wtedy będę miał pewność że nic nie będzie kolidować z twoimi lekami.-zakończył biorąc się za babeczke zostawiona przez chłopaka.-spokojnie wrócą. Nie stresuj się tak. Idź idź, ja w tym czasie posprzątam.-odparł i jak powiedział tak zrobił.-ano dobrze...mieszkałem w...-przygryzl lekko dolną warge zastanawiając się czy powinien mu powiedzieć.-w Tokio.-odparł w końcu.
-W Tokio....głośno. Nie lubiłem tego miasta. Pewnie gdybym miał trochę inne życie, chodził że znajomymi na karaoke, na piwko do barów itd. To pewnie bardziej bym je polubił. Ale mam z nim związane złe wspomnienia...to miasto jest jak dom wariatów, ale jednocześnie jedyne miejsce aby spełnić swoje marzenia o sławie. -wyjaśnił w skrócie jak on to widzi.-hmmmm czemu nie, możemy się kiedys przejść. Mieszkam tu dwa lata ale raczej mało widziałem.-zasmial się trochę tym zażenowany.-ale szpital sobie odpuszcze, nie przepadam za takimi miejscami...wybacz.-uśmiechnął się przepraszająco.-na dzisiaj koniec ze zwłokami, możemy stąd iść.
-no tak...więc wybacz, zawioze cie i przyjadę po ciebie ale nie mam zamiaru tam wchodzić.-odparł idąc się przebrać w świeże nie smierdzace trupem ubrania.-festiwal szkolny...więc chyba powinienem go odwiedzić co?-spytał cicho się śmiejąc i robiąc dla chłopaka herbatę.-nigdy, nie mam talentu do takich rzeczy. Za to koleżanki z klasy namawialy mnie na aktorstwo lub modeling.-wzruszył ramionami.-ale mnie to nie jara.-byłbym najbardziej kapryśnym aktorem w dziejach.
-może i nie muszę ale chcę. Poza tym muszę zrobić głębsze zakupy do pokoju.-uśmiechnął się.-żołnierzem? Ciekawe, muszę nad tym pomyśleć.-udał ze się zastanawia.-nie jednak nie...wolę balsamowanie...och no mówiłem...pij herbatke...i nie wychodz dzisiaj bo zimno.-westchnął po chwili zaskoczony również przytulajac chłopca.-hej Yuto...-baknal.-ja!? Fontanne?! Ale ja nie wiem czy umiem...-jeknal.-przyjdę.-przytaknal.-w końcu taka okazja nie zdarza się codziennie...pomogę Ryu z szyciem a on mi z fontanna i wszystko będzie na czas. A jak pomozecie to wyjdzie jeszcze lepiej.-dodał.
-Ryu tylko dzisiaj. Jutro pójdziesz z nią na długi spacer.-obiecał.-na obiad jest ramen.-odparł spokojnie wkładając ręce do kieszeni spodni.-jak to nie przyjdzie?-niemalże warknal.-gdzie jest?-spytał nerwowo przystępując z nogi na nogę.-pójdę po nią jak nie wrócę za 15 minut to zacznijcie jeść...-mruknął.-to gdzie ona może być?-spytał ponownie. Nowy porządek w domu był po części tym czego on sam zawsze pragnął. Wspólne posiłki, podział obowiązków. Dla niektórych to same problemy a on od zawsze marzył o takiej rodzinnej atmosferze.
-ugh...-burknal biorąc łyk wody i patrzac gdzieś w stronę okna. -lepiej...wiem, wiem...wybacz. Rozpedzilem się i zacząłem działać impulsywnie. Domyślam się gdzie i z kim jest, to pewnie dlatego. Nie czekajmy na nią, to nie ma sensu. Zanim ona by przyszła zdazylibysmy umrzeć z głodu.-westchnął.-dzięki ze mnie uspokoiłes...tylko znów ją do siebie zrazilem, nie? Podaj do stołu a ja ich zawolam...i przeprosze.-dodał wstajac przy czym poczochral chłopaka po włosach. Wyszedł na ganek podchodzac do dzieci i kucajac przed nimi.-Aoi przepraszam ze na ciebie nakrzyczalem. Martwię się o wasza siostrę tak samo jak o was. Jest młoda a późno wraca do domu, je posiłek w swoim pokoju i wychodzi z domu. W ogóle w nim nie przebywa, może dzieje się jej coś złego? Zmartwilem się do wszystko.-wyjaśnił.-wybaczysz mi krolewno?-spytał spokojnie.
-rozumiem.-odszepnal dziewczynie.-oj mały...a żebyś wiedział ze muszę.-zasmial się w duchu i rozmasowujac policzki wrócił do środka.-mi też daj więcej od rana nic nie jadłem.-westchnął siadajac.-pranie robione było wczoraj więc na razie nie trzeba.-poinformował dzieciaki.-za to posprzatacie po obiedzie, ok? Ja za to zrobię projekt fontanny dla Yuto.-"albo po nią pojadę...w mieście powinna być, no nie?" zastanawiał się powoli jedząc ramen.
-ty jetes przeziebiony a jak to przerodzi się w coś gorszego. Zajmij się czymś suchym.-mruknął w przerwie między lyzkami.-hm?-słysząc prośbę dziewczyny najpierw nieśmiało spojrzał na Ryu a potem przeniósł wzrok na dziewczynę.-jasne. A z czego to zadanie?-spytał spokojnie.-posprzatanie w biurze to dobry pomysł. Dzisiaj nic nie mogłem tam znaleźć, ja nie wiem jak twój ojciec może pracować w takich warunkach.-westchnął kończąc jedzenie i odnosząc swój talerz.
-to jest łatwe zaraz ci to wyjaśnie ale najpierw naczynia.-uśmiechnął się.-ja byłem "kujonem", wyglądam źle?-sprytal cicho się śmiejąc.-spędziłem prawie pół godziny nad znalezieniem wszystkich potrzebnych papierów. Koszmar.-mruknął juz nie zatrzymując chłopaka. Ruszył w stronę drzwi balkonowych żeby zapalić. Stanął w drzwiach i wyjął waniliowa cygaretke i zapalniczke.
-ech...-westchnął cicho wstajac z podłogi.-słuchajcie szkraby. Wiem jak szkodliwe są papierosy, ale to był mój wybór. Może nie najlepszy, ale mój własny i tego właśnie potrzebowałem kiedy zaczynałem palić. Żeby zachować swój charakter potrzebowałem nikotyny.-wzruszył ramionami.-nie przestanę palić od napisania eseju. Ale wy nie zaczynajcie.-zasmial się mierzwiac ich po włosach.-Yuto zejdz z książkami do salonu odrobimy lekcję wszyscy razem ok? Od razu Aoi pomogę z ulamkami. A teraz dajcie mi w spokoju zapalić.
Westchnął ciężko. Nie wiedział co ma zrobić żeby ich przekonać do swojego zdania. Musiał zapalić żeby znów na nich nie krzyczeć.-RYU! CHODŹ TU!-zawołał chłopaka uznając go za swoją ostatnią deskę ratunku.-zabrali mi fajki.-poskarżył się kiedy ten w końcu przyszedł.-a ja muszę, inaczej jestem nerwowy.-wyjaśnił przeczesujac włosy dłonią.
-nie mogę Ryu, nie rzuce.-syknal cicho.-to siedzi głębiej niż zwykle uzależnienie.-dodał.-moge zgodzić się na siedem. Mam teraz więcej stresujacych sytuacji niż wcześniej.-mruknął.-nie mogę od tak rzucić godząc się ze wszysykim co było. Tak się nie da.-westchnął siadajac wygodniej. Nikt wcześniej nie bronił mu palić więc mir rozumiał o co im chodzi. W końcu to było jego życie, jego organizm a on był juz dorosły.
-to nie to samo.-mruknął.-niech będzie. W czasie pracy nie mam kiedy palić więc robię to później.-zgodził się w końcu na 6 papierosów.-porozmawiać, wybacz ale juz mówiłem, nie powinieneś tego słuchać.-przygryzl dolną warge.-wiem ze się starają. Widzę to i jestem im wdzięczny.-mimowolnie zadrzal pod wpływem dotyku chłopaka.-wiem. Jego tutaj nie ma. Ale odsun się juz bo zaczyna to dziwnie wygladac kiedy jesteś tak blisko.-zasmial się nerwowo odsuwając dłoń chłopaka od swojego torsu.
W czasie kiedy chłopak sprzątał mężczyzna pomagał dzieciakom w lekcjach.-no, i co Aoi łatwe było?-zasmial się kiedy wszyscy skończyli.-możecie się iść juz bawić, zaniose na górę wasze książki.-dodał słysząc hałas na górze. Wszedł po schodach a zauważając siedzącego pod drzwiami Ryu poszedł do niego.-Coś się stało?-spytał szeptem wyraźnie zmartwiony, odkładając podręczniki na podłogę.-Zamknęła pokój? Tak się składa ze muszę tam wejść więc mogę ci go otworzyć.-uśmiechnął się.-macie klucze do pokoi czy raczej czymś je zastawila?-spytał.
-zostaw to mnie. Tylko weź książki.-uśmiechnął się wstajac i pchajac drzwi po chwili je otwierając.-ta dah. Przepraszam za najscie.-mruknął biorąc od chłopaka książki i kładąc je na biurku Aoi o które się oparł prosząc do siebie chłopaka ruchem ręki.-Reiko...-zaczął delikatnie.-co się stało?-podał jej chusteczki.-nie płacz. Chcesz nam o tym opowiedzieć? Będzie ci lżej na sercu...jeśli wolisz mogę wyjść...zrozumieć.-cały czas staral się mówić spokojnie i powoli.
-Ryu...-zacisnął dłoń która jeszcze chwilę temu była sciskana przez chłopaka.-ale ktoś musi.-westchnął na razie idąc do swojego pokoju. Wyjął z szafki najmocniejsze papierosy czekoladowe jakie miał i poszedł do okna zapalając jednego.-chyba domyślam się co się stało tylko...co powinienem zrobić?-westchnął dopalajac papierosa i zgniatajac go w pół zostawił na parapecie. Wrócił do pokoju Reiko cicho pukajac po czym wchodząc. Słysząc cichy szloch kucnal obok łóżka dziewczyny.-Reiko, wiesz lecę na samych domyslach ale...rozumiem jak się czujesz...-zaczął niepewnie nie wiedząc jak wszystko ubrać w słowa.
-mogę zrozumieć lepiej niż myślisz.-mówiąc to wstał.-jakby co jestem u siebie...prawdopodobnie...w kuchni jest garnek z ramenem, zjedz jak zglodniejesz.-mówiąc to wyszedł z pokoju zatrzymując się na korytarzu.-są dwie opcje...-mruknął stwierdzając ze powinien powiedzieć o tym Ryu. Zapukał do drzwi jego pokoju by po chwili wejść.-dajmy jej czas na uspokojenie się...-zaczął od razu przechodząc do sedna.-mamy dwie opcje. Pierwsza rzucił ją. Druga zaszła w ciążę i ją rzucił. Jak myślisz?-spytał przyglądając się uważnie chłopakowi.
-RYU!-krzyknął za nim wybiegając z pokoju. Szybko zbiegł na dół ubrał buty i zaczął gonić chłopaka. Nie trwało to długo kiedy go dogonił złapał mocno za rękę i zaciągnął pod daszek. Przycisnal go do ściany i mocno przytulil.-USPOKOJ SIĘ!-warknal.-Wiem jak się musisz czuć...ale myśl racjonalnie. Po pierwsze nie jesteś pewny, po drugie co ty mu możesz zrobić? Wyladujesz w kostnicy zanim zdążysz powiedzieć "ty skurwielu". Pomyśl też przez chwilę o sobie...jesteś chory, przeziebiony i wybiegasz na deszcz...dotrzymaj obietnicy i uważaj na siebie. -kiedy dotarło do niego co robi zmieszany odsunął się od chłopaka.
-Agh! Pierdolic zasady!-warknal znów obejmując chłopaka tym razem delikatnie dodatkowo opatulajac swoją kurtka.-coś wymyslimy, dowiemy się co się stało i wtedy będziemy działać. Walne go w twoim imieniu jeśli będziesz tego chciał...tylko błagam...chodźmy już do domu. Ogrzejemy się, porozmawiamy z nią i wszystko się ułoży.-poglaskal go po włosach.-nawet jeśli jest w ciąży to jeszcze wszystko można naprawić...ale chodźmy już szybko do domu.-zakryl mu głowę swoją kurtka i wziął na ręce niosąc do domu. Byle jak najszybciej.
-nie aborcję...jeśli jest jeszcze czas...wystarczy tabletka...nie będzie musiała mieć operacji...-wyjaśnił lekko dyszac po biegu. Zdjął buty i powiesił kurtki.-ech...chodź na górę...przebiezesz się w coś suchego i polozysz na chwilę w łóżku...-powiedział zanosząc chłopaka do jego pokoju.-prosiłem żebyś na siebie uważał...zaraz będę.-mruknął wychodząc do swojego pokoju, ubierajac się w spodnie dresowe i sweter a następnie schodząc na dół robiąc i robiąc dwie gorące czekolady z bita śmietaną. Wrócił na górę najpierw idąc do pokoju chłopaka.-masz napij się.-powiedział kładąc kubek na jego biurku.-zaraz pójdę do Reiko...
-czegoś potrzebujesz?-spytał odwracając się do chłopaka.-Ryu będę za chwilę. Obiecuje. Tylko chwilę. A później posiedze z tobą tak długo jak będziesz tego potrzebował.-chwilę później wyszedł z pokoju z drugim kubkiem gorącej czekolady idąc do Reiko. Zapukał i wszedł do środka.-Reiko...już ci lepiej? Pogadamy? Ryu bardzo się martwi, wybiegł w deszcz i teraz leży chory w łóżku. Dlatego proszę, porozmawiajmy.
-wiem że nie może dlatego się o niego martwię.-westchnął podając jej kubek.-on...masz na myśli swojego wychowawce? Was? Jak to was?-starał się być jak najbardziej opanowany i spokojny.-powiedz o tym...powoli...-usiadł obok niej i objął ją ramieniem.-tylko w miarę sprawnie bo mam jeszcze opiekę nad Ryu...
-co za debil.-rozmasowal skronie.-gdyby zająć się tym od razu...jedna tabletka i po sprawie....ale teraz...-westchnął.-ja wiem...wiem że to musi boleć...i to co teraz powiem również może zabolec. Nie możesz mu więcej ufać. Nie weźmie rozwodu, nie masz na co liczyć. Liczył się dla niego tylko seks. Teraz prosi cię o aborcję bo stało nie to dla niego niewygodne. A teraz ty musisz szybko podjąć decyzję. Powiesz ojcu i wykonasz aborcję, czy urodzisz i wychowasz to dziecko. Zastanów się. Będziesz je kochać? Reiko...ja właśnie jestem takim dzieckiem. Z przypadku. Cierpiałem. Musisz to przemyśleć. Można pociągnąć go pod odpowiedzialność i będzie płacił alimenty...-urwał na chwilę.
-rozumiem, podjelas decyzję. Pamiętaj tylko że wychowanie dziecka to nie zabawa a ty sama wciąż jesteś dzieckiem.-westchnął.-zastanów się też ile chcesz od niego alimentów... RYU NIE UMRZE!-warknal uderzając pięścią w łóżko.-nie waż się tak nawet myśleć. Nie umrze.-wstał.-nie umrze.-powtórzył.-zostawię cię już samą.-wyszedł zamykając za sobą drzwi i wręcz biegnąc do Ryu.-Ryu żyjesz, prawda?-spytał podbiegając do jego łóżka.
-tak poczułem.-mruknął przykładając policzek do jego czoła.-ajc...zaraz dam ci coś na zbicie gorączki...masz coś co możesz brać z lekami?-spytał zmartwiony.-bo..to długa historia. Reiko jest w ciąży już trzeci miesiąc. On kazał jej zrobić aborcję a ona chce urodzić to dziecko. Powiedziała że jak umrzesz to rodzina nie zmaleje...a jak nie to zostaniesz ojcem chrzestnym. Nagle się przestraszyłem że faktycznie mogłeś umrzeć bo zostawiłem cię tu samego, chorego.-westchnął.-ech...jakie leki.ci dać...co robić...
-jeju....połóż się...-wziął go na ręce i położył do łóżka. Zszedłna dół zrobić leki i po chwili wracając na górę do pokoju chłopaka podchodzac do jego łóżka.-wypij powoli...-poprosił wciąż z widocznym zmartwieniem na twarzy.-Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? Jesteś głodny? Zmęczony?-mężczyzna nie wiedział co zrobić w takiej sytuacji. Bał się że chłopak może umrzeć jeśli tylko zostawi go na chwilę.
Mężczyzna wybiegł po chwili wracając z chusteczkami i gorącą herbatą.-jak mam się nie martwić? Jesteś chory...podwójnie...-westchnął.-dlaczego? Bo...zobaczyłem jak ktoś zbalsamowal mamę...no i tak się zaczęło. Kilka razy widziałem jak ktoś umiera i zawsze chciałem żeby jego ciało wyglądało jakby spał. Dlatego tak się teraz martwię, nie chcę żebyś umarł. Zrobiłeś takie głupstwo wybiegając...-usiadł na łóżku.-uważaj na siebie.
-Ryu...-popatrzył na niego lekko zły i jeszcze bardziej zmartwiony.-będę jej musiał później podziękować. I ty też. A nuż tą kanapka uratuje ci życie.-zażartował trochę mimo ze nie było mu do śmiechu. Nie wiedział co powiedzieć chłopakowi, co robić. W takiej sytuacji powinien zachować się jak dorosły ale nie potrafił. Odgarnal chłopakowi mokre włosy z twarzy.-co ja się z wami mam...pierwszy dzień a tutaj juz takie bagno. A miałem pilnować żebyście nie robili glupot...-westchnął. Kiedy dziewczyna do nich wróciła odwrócił się do niej.-wiem że to nie najlepszy moment...ale możesz mi pomóc? Jest juz późno, moglabys ułożyć Aoi i Yuto do snu?
-mną się nie martw, ja sobie poradzę. I tak nie zasne jeśli cie zostawię, ale ty spij. W końcu chorobę najlepiej przespać.-uśmiechnął się opatulajac go kołdrą. Sam przeniósł się na podłogę opierając się o łóżko i patrząc jak chłopak powoli zasypia. "Wiem że teraz jesteś zbyt zmęczony żeby dawać jej reprymendy i wsciekac się na tamtego kolesia. Ja za to nie miałem siły na nią krzyczeć, miała dużo czasu żeby oswoić się z sytuacja i podjąć decyzję...tylko czy dobrze wychowa to dziecko? Ale ważniejsze jest to czy poczujesz się jutro lepiej...ach doprawdy...wasz ojciec mnie zabije...". W końcu zmorzyl go sen i sam zasnął siedząc na podłodze z głową na łóżku chłopaka.
-ha? Juz idę...-mruknął wychodziac na korytarz i zabierając mu pokrywki.-młody jest ledwo 4.40...idź jeszcze spać...masz chorego brata...-jeknak ziewajac.-wstajemy o 6. No Yuto do lozeczka. Raz, dwa.-pospieszył go samemu idąc do siebie zapalić. Kiedy skończył poszedł do łazienki żeby się umyć i ubrać stwierdzając że śmierdzi. Juz gotowy zszedł na dół do kuchni.-no staruszku...coś chyba umiesz robić...-westchnął szykując chleb na który położył ser całość wkładając do piekarnika. Kiedy wyjął grzanki była akurat 6 więc poszedł budzić dzieciaki. Najpierw wszedł do pokoju dziewczyn obie skutecznie budziac wyciągając je z łóżek następnie idąc po Yuto.
-dziękuje....po lekarza..-powtórzył.-dobra zadzwonie.-zdecydował po chwili ciszy.-jeśli nie będzie chciał jeść to go nakarmie.-dodał.-musi jeść żeby nabrać sił.-słysząc pytanie chłopca spojrzał na zegarek szybko obliczajac co zajmie mu ile czasu.-Yuto, postaram się ale nie obiecuję. Ryu jest teraz bardzo chory i musisz zrozumieć że teraz jego zdrowie stawiam na pierwszym miejscu. Ale się postaram. -zmierzwil mu włosy.-Reiko, lepiej się juz czujesz?-spytał zbierając że stołu.
-bo się martwię.-odpowiedział trochę bez sensu.-to dobrze że lepiej. Uważaj na siebie.-odparl z uśmiechem szykując herbatę którą planował zanieść chłopakowi.-Ech Yuto...obiecuję że do końca tego tygodnia przyjdę odebrać cie ze szkoły. A teraz lec juz.-zmierzwil mu jeszcze włosy a kiedy wszyscy juz poszli zaniósł kanapkę i herbatę do chorego.-Ryu jak się czujesz? Zaraz zadzwonie po lekarza...-oznajmił kładąc wszystko na szafce nocnej.
-Aniołem? Ryu co ty bredzisz?-spytał przerażony stanem chłopaka.-tak musi. Nie lubie ich ale musi. Martwię się, gdzie macie numer do lekarza? Tylko powiedz sam znajdę. Pomóc z trupami? Zwariowales? Ty dzisiaj z łóżka nie wychodzisz dalej niż do toalety.-starał się zachować spokój, jednak kiedy został pociągnięty na łóżko coś w nim pękło.-Boże Ryu jesteś cały rozpalony...też się boję...ale wierze że wszystko będzie dobrze. Wyzdrowiejesz...-objął go delikatnie.-zadzwonie po lekarza, gdzie macie numer...a może lepiej zawieść cie do szpitala...
-nie zachowuj się jak dziecko...jeśli lekarz powie że masz iść do szpitala to pójdziesz....telefon...widzę.-delikatnie położył chłopaka i wybrał numer do lekarza.-dzień dobry...tak...Amakusa Ryu...co mu jest....przeziebil się, ma wysoką gorączkę, dreszcze, kaszel, majaczy...kto...Mikami Jun...rozumiem...tak postaram się...dziękuje tylko proszę się pośpieszyć.-rozlaczyl się i usiadł przy łóżku chłopaka.-zaraz będą...wszystko będzie dobrze...
-Ryu...Ryu co ty bredzisz do cholery jasnej. Nie będę cie ani palił, ani naprawial, ani chował...będziesz żył rozumiesz?!-krzyknął czując łzy płynące mu po policzkach.-będziesz żył...mowy nie ma...nie zgadzam się żebyś umierał...będziesz żył...nie może jeszcze umrzeć jesteś za młody...na dodatek bardziej niewinny od młodszej siostry tak nie może być...
-tak.-odparł trochę tępym wzrokiem patrząc na lekarza.-jeśli trzeba to go zawioze.-dodał. Bezceremonialnie podszedł do łóżka biorąc chłopaka na ręce i niosąc go do samochodu. Posadził go na siedzeniu pasażera kładąc trochę oparcie i zapinajac mu pasy. Wrócił na chwilę żeby zamknąc dom i zostawić reszcie kartkę z informacją gdzie jest. Chwilę później siedział już w samochodzie pedząc do szpitala pod nosem mamroczac wiązanki przekleństw.
-martwiłem się. Nie mógłbym spokojnie wrócić gdybym nie zobaczył ciebie w lepszym stanie.-wyjaśnił.-lepiej się już czujesz?-spytał.-na pewno lepiej wygladasz...nigdy więcej mnie tak nie strasz...na prawdę myślałem że umrzesz...-odwrócił wzrok w stronę okna.-ciekawe czy wypuszcza cie do soboty...-zasmyslil się.
-teraz? To niemożliwe. Ale spytam się czy wyrobia się do soboty...powiem że to ważne...w końcu je zobaczysz.-uśmiechnął się.-poradzę sobie...Reiko mi pomoże...tylko...nikt mnie nie będzie na dole odwiedzał...-mruknął.-więc jak najszybciej wracaj do zdrowia. Bo do twojego powrotu będziemy żyć na naleśnikach-zasmial się.
-dzięki za biuro...nie przejmuj się już tak ze wszystkim sobie poradzę.-zapewnił.uśmiechając się delikatnie.-dobrze, postaram się zrobić. Kupię niezbędne częsci. A jak wrócisz to razem ją zrobimy...-dodał delikatnie odgarniajac chłopakowi włosy z twarzy. Wywiadowkami się nie martw. Najwyżej do Aoi wyśle Reiko. Poradzi sobie. Musi. A my mamy 6 miesięcy żeby nauczyć ją odpowiedzialności. Nie martw się, wszystkim się zajmę.-zapewniał.-numer? Tak...już, tylko gdzie ci go zapisać?-spytał rozglądając się za czymś do pisania.-nie wytrzymam bez...będzie mi bardzo smutno. Yuto to nie to samo...Ryu jeśli jesteś zmęczony to idź spać...
-Reiko zostawiam ich na chwilę tobie...-powiedział szybko wybiegając na zewnątrz.-halo?-spytał rozpoznając w dzwoniącym Ryu i zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć zasypał go lawina pytań.-Jak się czujesz? Wypisali cię już? Kiedy przyjechać? Co ci przywieźć? Na pewno już ci lepiej? Nudziles się?-zrobił małą przerwę na oddech.
-więc jutro przyjadę...wezmę też dla ciebie jakieś ubrania.-zapewnił już spokojniej siadając na jakimś krześle.-więc może powinieneś go posłuchać i zostać np. Do piątku? Ale rozumiem nudziles się i chcesz wrócić do domu. Nie będzie żadnego umierania z nudów.-zaśmiał się cicho.-przyjdę. Może i się nie nudzilem...ale brakowało mi twoich odwiedzin, posiłków i tego krzatania się po domu. A i spokojnie wychodziłem z Kiarą...
-dobrze rozumiem, juz jutro będziesz w domu.-uspokoił go.-to bardzo dobrze ze mu obiecywales..pamiętaj musisz na siebie uważać...-dodał powtarzając te słowa któryś raz z rzędu.-Ryu zawahales się. Co się stało? Proszę powiedz mi. Nie każ mi żyć w niepewności...powiedz co się stało i co z tymi receptami? Jeśli mi nie powiesz to sam spytam lekarza.-ostrzegł.-Będę rano. Wyszykuje dzieciaki i wyjadę.-odpowiedział spokojniej.
-Nic takiego? Przestań bagatelizować sprawę. Skoro dali ci mocniejsze to znaczy ze coś się stało. To przez tą chorobę? Rokowania spadły?-spytał wyrazie się martwiac i z hukiem wstajac z krzesła..-mną się nie przejmuj radzę sobie...a weź...ja się jeszcze z dobre dwa lata będę martwił...-zasmial się nerwowo chodząc po ganku.
-Ryu!-krzyknął jeszcze ale chłopak juz się rozlaczyl. Wpadł do domu i jak torpeda wbiegł na górę po chwili schodząc z paczka fajek i zapalniczką.-Cholera!-warknal kopiąc jakiś kamień po czym odpalil papierosa mocno się nim zaciągając.-10%...to cholernie dużo...przez to przeziębienie...jeśli teraz coś mu się stanie...-wypalił jednego papierosa zaraz odpadając drugiego.-nie dobrze...nie mogę się uspokoić...
-zaspalem...dzieciaki nie mogły mnie dobudzic.-wyjaśnił trochę pustym głosem malując na twarzy istna parodię uśmiechu. -dobrze idź...-mężczyzna usiadł ciężko na łóżku chłopaka.-boże czemu mnie tak nienawidzisz?-mruknął kładąc się i tępym wzrokiem patrząc w sufit. Po chwili zamknął na moment oczy. Był padniety siedzeniem prawie całą noc na ganku i paleniem papierosów. Gdyby nie to ze rano się umył pewnie smierdzialby fajkami.
-70% jeszcze dwa takie wybryki i masz 50% szans...jak mam się nie martwić?-spytał zakrywajac twarz dłońmi.-jak mam się nie martwić kiedy rokowania spadają? Twój ojciec mnie zabije...gdybym cie wtedy zatrzymał...gdybym zareagował wcześniej...miałem pilnować żebyś nie robił głupstw...-westchnął.-mam wrażenie ze znów powoli tracę bliską osobę...i jak ja mam sie tak po prostu nie martwić?-niechętnie wstał ciagniety przez chłopaka.-sushi? A może lepiej coś lzejszego?-spytał niepewnie.
-jeśli to by sprawiło ze byś miał 100% to bym ci taką złotą klatkę zbudował. I spędzał tam każdą wolną chwilę.-szepnął glaszczac go po policzku.-tak, to też życie. Codziennie rodzi się ktoś nowy, codziennie komuś ratuje się życie.-westchnął.-będziesz wygrany. Będziesz żył. Kto będzie pilnował Reiko i przynosił mi ciatka?-zasmial się cicho zdając sobie sprawę ze zdążył się do tego przyzwyczaić.-oboje się boimy jak widać...ale ja nie pozwolę ci złamać obietnicy.-objął go ramieniem wyprowadzając ze szpitala.-no dobra...juz niech będzie to sushi.
-No po prostu weźmiemy tą porcję dla dwóch osób. Rozumiem mimo ze nie miałem okazji spróbować szpitalnego jedzenia. Ale juz dzisiaj wracamy do domu. Reiko bardzo pomagała. Dzieciaki były grzeczne i nie sprawiały problemów.-otworzył samochód samemu siadajac na miejscu kierowcy.-strój dla Aoi juz uszyty więc do zrobienia została tylko fontanna no i...ostwoiles się juz z myślą ze będziesz wujkiem? Wiesz trzeba o tym jakoś powiedzieć waszemu ojcu.-odjechał z parkingu po chwili dojeżdżając pod bar sushi.
-spokojnie zajedziemy tam w drodze powrotnej. Pogadam z nim, tylko o co mam prosić?-spytal niepewnie.-no jasne ze będziesz. Innych opcji nie ma, w końcu ten biedny dzieciak nie będzie jadł samych naleśników.-zasmial się.-Reiko sama będzie musiała powiedzieć...Ryu bardzo nie chcę martwić twojego ojca ale...nie powinienem zatajac informacji o twoim pobycie w szpitalu...-mruknął siadajac.-to ja ten...-wziął talerz na którym wypatrzyl swoje ulubione kawałki.
-a daj spokój zajedziemy i z nim pogadam. Na pewno się zgodzi wkońcu nie zwiales tylko byłeś chory. A o rzucaniu szkoły nawet nie myśl. Mhm sobie radzimy, ja wiem ze za 6 miesięcy dojdzie jeden członek rodziny i to co teraz powiem pewnie nie zabrzmi zbyt miło...ale Reiko musi wziąć odpowiedzialność za to co zrobiła, mhm możemy pomóc tylko trochę. Możemy zakopać kochasiowi i zrobić tak żeby miała alimenty.-wyjaśnił.-Reiko dobrze, nie musisz się martwić w końcu ciąża to nie choroba.-przypomniał.-a Kei chyba dzisiaj miał przyjeżdżać.
-nauczyć prowadzić?-spytał z pełną buzią kończąc swoje sushi i płacąc za posiłek.-ok to jedziemy. Nie wiem czy umiałbym cie nauczyć...no i czy to nie jest zadanie ojca?-spytał wsiadając do samochodu.-zakupy chcesz zrobić tutaj czy w Yukan? Nie żeby naleśniki były nie dobre....ale wolę twoje potrawy.-zasmial się.-więc co dobrego zrobisz?
-serio? Ale to on prowadzi karawan...-mruknął zaskoczony.-może kiedyś cie naucze. Kiedy juz będzie spokojniej i będę miał wolną chwilę to cie naucze.-uśmiechnął się zatrzymując się pod marketem.-mi smakują. Mają taki domowy smak. -mruknął trochę zażenowany.-jakie ty płacisz? Po pierwsze nie masz przy sobie pieniędzy a po drugie dzisiaj ja płace. Innych opcji nie ma. No wychodz.-dodał wychodząc z samochodu.
-mowy nie ma. Ja płace i mi nic nie oddajesz.-powiedział ostro. Potem grzecznie idąc za chłopakiem niosąc koszyk.-no ja też wolę czerwone...ale masz rację za dobrze wyglądają więc weź żółtą...a w ogóle to co chcesz zrobić?-spytał-no masz rację karawan bardzo wolno jeździ.-zasmial się pakując do koszyka zgrzewke słodkiej wody gazowanej.-chcesz coś?
-mniam...juz się nie mogę doczekać.-westchnął z rozmarzona miną.-czekolada, bita śmietana...ok.-uśmiechnął się.-to weź jeszcze truskawki. Zrobię nam dobry deser, tyle umiem.-zasmial się.-zły? A czemu miałbym być zły? To czysta przyjemność, urwalem się na chwilę z roboty no i mogę spędzić z tobą czas bez towarzystwa trupów i dzieciaków. -zasmial się.-no to lecimy po mięsko.-dodał jadąc z wózkiem na odpowiednie stanowisko.
-truskawki z bita śmietana i czekolada.-powiedział konspiracyjnym szeptem po chwili wybuchając śmiechem.-a tak serio to nic takiego. Prosty deser ale go lubie.-wyjaśnił.-no bez trupkow...bo zwykle gadmy jak jestem w pracy i w ogóle...coś nie tak?-nie bardzo rozumiał reakcje chłopaka.-jak to nie...masz 17 lat a trzymasz dom żeby dzieciaki go nie rozniosły a przecież no...jesteś chory. Każdy by się załamał a ty jesteś taki pozytywny i rozesmiany. Wiem ze też się boisz ale zawsze się usmiechasz. Lubie to.-zasmial się.-no no dużo mięska.
-no wiesz ostatnio nie tylko wtedy. Wiesz nie wychodzę...em do miasta...w ogóle mi się nie chce no i posiłki jem z wami. Więc siedzę u siebie w pokoju.-wzruszył ramionami.-no cóż....zawsze ten deser może mi nie wyjść.-zasmial się cicho.-w nocy? Wiesz..-zmierzwil sobie włosy.-jak będzie ci źle zawsze możesz przyjść. Nie chcę żebyś się smucil...chciałbym żebyś zawsze był szczęśliwy.-zamilkł na chwilę.-juz wszystko mamy?
-a to...jakby to wyjaśnić...ja tylko...wystraszyłem się trochę, chyba...trudno to wyjaśnić.-mruknął zażenowany bo tak naprawdę to sam nie wiedział czemu tak zareagował. Czy to przez obecność Aoi i Yuto? Sam nie wiedział. Ruszył powoli do kasy.-Jak to jest? To...ja chyba nigdy nie byłem zakochany...ale to chyba takie ciepło w sercu...i w ogóle...może masz rację i Reiko lepiej ci to wyjaśni.-wzruszył ramionami.-A co myślisz ze się zakochales?
-hmmmm w takim razie pytaj Reiko bo ja nie wiem. Ale jeśli to na prawdę jest miłość...to ta osoba jest szczesciara i jak cie odrzuci to jest głupia.-zasmial się ruszając i czując że musi zapalić. Sam nie wiedzą czemu w końcu nie tak dawno wypalił z dwa. Więc o co mogło chodzic. Nie docierało do niego że mimowolnie był zazdrosny osobe x. -tak, sam nie wieżę że to mówię ale dobrze zrobisz pytając siostrę...no to najpierw szkoła...która to klasa?
-spotykałem się z paroma osobami ale nie byłem zakochany. O znaczy po tym jak...facet...w którym się w ukryciu kochałem...został potrącony przez tira więcej się nie zakochałem. Mogę mówić tylko o ewentualnym lubieniu osób z którymi się spotykałem.-wzruszył ramionami. Spokojnie podjezdzajac pod szkole i idąc za chłopakiem.-ej ej...spokojnie. Może zanim zacznie mu Pan grozić wysłucha pan czemu był nieobecny? Dwa dni temu zawiozlem go z wysoką temperatura do szpitala, poza tym-podszedł do mężczyzny.-najmniejsza nawet choroba może doprowadzić do jego śmierci. Nie chodzi tu nawet o uprzywilejowanie ale o ile się nie mylę każdy uczeń w przypadku nieobecności z powodu choroby może zaliczyć test w późniejszym terminie. Ja osobiście proponuje poniedziałek ale możemy się licytować.-mężczyzna skrzyżował ręce na piersi uważnie przyglądając się nauczycielowi.
Zaskoczony objął chłopaka.-nie ma za co. Zawsze do usług.-rozesmial się.-a teraz do piekarni a potem do domu. Wygladasz na szczęśliwego.-zauważył mistrz dedukcji odpalajac samochód. Szybko kupili pieczywo a potem juz prosto do domu.-no lec się przywitaj, sądząc po dodatkowym samochodzie chyba starszy braciszek przyjechał.-zasmial się.-ja tylko zapale i za chwilę wejdę.-dodał wyjmujac cygaretke i zapalniczke.
-yo...nie ma sprawy. To diabły ale da sie je oswoić. -rozesmial się.-hmmmm a twoja żona gdzie?-spytał zdziwiony zdejmujac buty oraz kurtkę i wchodząc do domu.-a daj spokój.-machnął ręką.-ja tu tylko pilnuje żeby domu nie rozniesli...no i może uczę obowiązków. Odpoczne sobie wieczorem a teraz pomogę ile mogę. Aoi i Yuto odrobili swoje lekcje?
-no mamy...mały bałagan...-westchnął.-rozumiem ja ogólnie nie lubie szpitali.-westchnął.-na obiad spaghetti.-odparł idąc za Reiko.-mówiłaś ze wymioty ustały.-burknal zwiazujac jej włosy w kucyk.-domyślam się.-westchnął kiedy juz wrócił.-ale to jest coś co musi powiedzieć mu sama. Musi nauczyć się brać odpowiedzialność za swoje czyny, Kei. Nie pomozesz tu no chyba ze umiesz cofnąć czas.-powiedział trochę ostro.-no juz. Kei możesz przecież spać u ojca, prawda? W końcu nie zostajesz długo a Tomy jeszcze tydzień nie będzie.-zaproponował takie rozwazanie.
-dobrze rozumiem tylko to dziwne. Może źle jesz? No wiesz za mało wapna, białka itp.-zaproponował najbardziej racjonalne rozwiązanie-Szlas do niego po te alimenty? Jak coś to Kei jest bardzo chętny do pomocy więc pewnie z tobą pójdzie.-wyszczerzyl się.-a gdzie Yuto?-spytał rozglądając się i nigdzie nie widząc najmłodszego diabelka.
-Ryu wtedy rozłożyloby wszystkich. Ja tam stawiam na dietę ale może lekarz nam powie.-zaproponował myśląc o Keiu.-ano tak wspominał...idź, może nawet dzisiaj, zawsze to lepiej z bratem niż ze mną.-uśmiechnął się.-weź Ryu za tobą też tęsknili. Uwierz.-zasmial się.-żadnych dokladek...chcesz żebym przytyl?-oburzył się teatralnie.-Aoi zrobilas lekcje?-spytał dziewczynę. Teraz kiedy było juz trochę spokojniej nie wiedział co ze sobą zrobić i trochę się nudzil.
-jest dobrze. Starasz się i nie robisz błędów.-pochwalił dziewczynę siadajac do stołu.-Kei on dba serio, tylko ostatnio trochę się zdenerwował i...wybiegł w deszcz. Pilnuje go. Bo jak złamie obietnice i będę musiał go balsamowac to nie recze za siebie.-dodał zacierajac ręce i biorąc się za jedzenie.-więc Ryu zjedz chociaż trochę bo cie nakarmie.-ostrzegł celujac w niego pustym widelcem.
-zaraz zaraz, powoli. Nie miałem nikogo takiego w liście na ten tydzień. Co to za jeden i co mu się stało? Kto odebrał zlecenie? I kto włożył go do trumny skoro zwłoki najpierw trzeba umyć. Ryu twój kolega? Jeśli tak to nie siedzisz dzisiaj na dole.-powiedział dość szybko przerywając na moment jedzenie. Wiedział ze Aoi chciała dobrze ale to był najgorszy temat jaki mogła wybrać.-a myślałem ze będę miał wolny wieczór...-westchnął cicho.
Mężczyzna momentalnie wstał od stołu i zbiegł na dół odciągając chłopaka od trumny.-POWIEDZIAŁEM ŻEBYŚ NIE SCHODZIŁ NA DÓŁ!-warknal.-powiedziałem, wiec czemu nie posłuchałes?-ukucnal przed chłopakiem skupiając jego wzrok na sobie.-czego oczekiwales? Ładnego, poskladanego ciała jakie zawsze widzisz kiedy skończę? Ryu...nie widziałeś ich takich. Są straszni. Tym się właśnie zajmuje, sprawiam ze ciała są piękne...-westchnął glaszczac go po policzku.-za kilka godzin będzie wyglądał jakby tylko spal.-obiecał pomimo ze wiedział ze nie będzie to łatwe.
-ten zakaz był dla twojego dobra.-mruknął.-nie chciałem żebyś widział takie ciała...nie. nie możesz zostać. Po pierwsze praca z tak pokiereszowanym ciałem jest bardzo niebezpieczna. Po drugie nie chcę żebyś mnie widział przy tej pracy.-westchnął wstajac i łapiąc chłopaka za dłoń.-zobaczysz go kiedy skończę.-wyprowadził go do salonu samemu idąc na górę się przebrać. Ubrał stary dres i koszulkę z długim rękawem którą można zniszczyć. Związał włosy i zszedł na dół. Tam założył maskę, rękawiczki i fartuch. Zaczął od wyjecia ciała z trumny na swój stol operacyjny i zerwania z niego ubrań. Przemyl ciało, zaszyl rany, ponownie umył ciało. Ubrał go, uczesal, nałożył makijaż i zadowolony zdjął rękawiczki i maskę,-no...teraz jesteś piękny i możesz się mu pokazać.-westchnął zmęczony.
-No cóż...wybaczam, ale uważaj następnym razem. Moja praca nie jest...tematem do posiłku. Teraz wygląda ładnie ale jak Ryu go zobaczył...Nikt nie powinien tego oglądać.-westchnął.-W wolnym czasie? Czasem idę pobiegać na plażę, i często zostaję tam po pływać. Poza tym dużo czytam. Nic specjalnego, a po co ci to wiedzieć?-Nie rozumiał o co mogło chodzić dziewczynie.-No Aoi ale wyjdźmy stąd...to nie miejsce dal dziewczynek.-"bynajmniej tych żywych". dopowiedział w myślach wyprowadzając Aoi z piwnicy do salonu.-Zostało trochę obiadu?-spytał jeszcze. Był tak głodny że mógłby zjeść konia z kopytami.
-och...to...to miło że uważasz mnie za swoją rodzinę...-uśmiechnął się lekko zastanawiając się czy jego kochany pokrecony szef celowo nie zostawił go z nimi samego.-dzięki.-zwrócił się do Keia od razu zaczynając jeść.-ale ubrał się ciepło? Powiedziałeś mu żeby postarał się szybciej wrócić?-spytał z pełną buzią. Zasmial się cicho z wymiany zdań rodzeństwa.-nie musiałeś jej wyganiac...ja lubie takie rozmowy przy jedzeniu. Jest wtedy bardziej rodzinnie.-uśmiechnął się.-jak ty z nimi wytrzymales tyle lat?
-miejmy nadzieje że jednak posłucha...-mruknął cicho.-a ty byś nie był? Zobaczył praktycznie rozczlonkowane ciało swojego przyjaciela...-westchnął cicho.-dopiero teraz powinien go zobaczyć.-dodał tepo patrząc się w talerz.-Reiko, on wygrał życie. Moim zdaniem to ważniejsze.-uśmiechnął się lekko.-a właśnie Ryu coś wspominał że chce z tobą porozmawiać. Ja nie umiałem mu z tym pomoc.-uśmiechnął sie.- no da się ich nawet polubić. Są nawet grzeczni jak śpią.-rozesmial się kończąc jeść.
-wybacz...tak teraz już możesz. Postaralem się tak żeby wyglądał tylko na śpiącego. Nawet głowę dokładnie zszylem...-wyjaśnił.-ten nagły przypadek był straszny...Ryu dobrze go znales?-spytał.-a może wolisz żebym zostawił was samych, w końcu to nie ładnie podsłuchiwać.-zasmial się. Był zmęczony kilkugodzinna pracą i pomimo że się starał widać bylo że potrzebuje odpoczynku.-ech...koszulka do wywalenia...-mruknął sam do siebie patrząc na podarty rękaw.
Mężczyzna pokiwal głową.-ale byliście przyjaciółmi.-uśmiechnął się.-hmmmm? Nie trzeba, ona i tak miała wylądować w koszu. Stare to i w ogóle...-machnął na to ręką.-no Ryu...jeśli chcesz to się wyplacz zrobi ci się lżej na sercu.-zaproponował mierzwiac mu włosy i po chwili ziewajac.-w nocy w ogóle nie spałem i teraz ta robota...wybacz.-zasmial się.
-wiem że powinienem, zaraz to zrobię.-westchnął trochę zirytowany, przecież wiedział co powinien.-właśnie tak się martwilem. Nie mogłem zmruzyc oka.-dodał rozmasowujac bok, udając że go zabolalo.-deser jutro, zbyt zmęczony jestem.-wytłumaczył ponownie ziewajac.-nie chcesz? A to co?-spytał obracając chłopaka w swoją stronę i ścierając łzę palcem.-nie przepraszaj, wypłacz się.-objął go delikatnie.-chyba był przyjacielem zasługującym na łzy.-dodał cicho później starając się nic nie mówić i nie zasnąć na stojąco.
-nie ma za co...-mruknął trochę niezrozumiale.-no przecież idę...-dodał chwile później. Zabrał ze swojego pokoju czyste, luzniejsze bokserki i poszedł do łazienki. Nalal sobie wody do wanny po chwili już się w niej moczac.-cieplutko...-mruknął sam do siebie kładąc się wygodniej i rozmyślajac nad sensem ludzkiej egzystencji.-hmmmm...a może to jego kochał? Też możliwe nie? Kaczuszko...-mruknął już do gumowej zabawki cicho śmiejąc się pod nosem. Nawet nie zauważył kiedy przysnal w wannie.
-aaaaa! CO SIĘ DZIEJE!?-wrzasnął siadajac.-o...chyba zasnalem w wannie...-zauważył mistrz deducji.-NIE DRZYJ SIĘ TAK! ŚWIATŁO ZAPALONE BYŁO!-krzyknął już wychodząc z wody. Wytarł się i ubrał wcześniej naszykowane bokserki.-i co ona tak krzyczy...jakby nagiego faceta nie widziała...-mruknął pod nosem wyraźnie niezadowolony. Wyszedł z łazienki jedną ręką wciąż wycierajac mokre włosy.-a wy co tak na podłodze siedzicie?-spytał przecierajac zaspane oczy.-a tak w ogóle to cześć...
-ha? Normalne...-mruknął patrząc na siebie.-Ryu no wstań z tej podłogi...-jeknal.-zimna jest, przeziebisz się jeszcze. Wstawaj bo sam cie zaniose.-westchnął.-jak to nie dobrze? Czemu już nie lubisz?-spytał. Zaraz po śniadaniu miał zamiar skorzystać z soboty i pospać w łóżku ale już czuł ze będzie to mało możliwe.-a Ryu...co poczujesz?-spytał jakby przypominając sobie słowa Reiko które zdążył wyłapać. "Właśnie Reiko...tak się darla...ale czy ona coś widziała?" Zastanowil się.
-Yuto...-ukucnal przed chłopcem.-nie możesz się tak łatwo poddawać. Powinieneś ćwiczyć jeszcze mocniej żeby pan nie krzyczał tylko chwalił. A teraz idź obudzić Keia żeby dał wam śniadanie, ja jestem zbyt zmęczony.-ziewnal wstajac.-to cie zaniose.-westchnął biorąc go na ręce.-ach no tak...i co pomogło ci to chociaż trochę? Wiesz już czy kochasz tą osobę?-spytał kładąc go na łóżku.-tutaj się śpi. Nie na zimnej podłodze. Łóżko wygodniejsze.
-nikt nie mówił ze będzie łatwo. W końcu miłość to nie zabawa.-uśmiechnął się. -hmmmm...-zastanowił się nad pytaniem chłopaka. Był zmęczony spaniem w wannie a łóżko chłopaka nie należało do największych. -um no dobrze...-uśmiechnął się lekko. Położył się nie do końca wiedząc jak się ułożyć. Nie chciał zajmować zbyt dużej przestrzeni i bał się być za blisko chłopaka by go nie skrzywdzić.
-nie ma za co.-uśmiechnął się. Starał się jakoś zasnąć ale pozycja w jakiej leżał mu to uniemożliwiala. Zamiast tego patrzył na śpiącego chłopaka. "jest teraz taki bezbronny..."przeminęło mu przez myśl. Nieśmiało, delikatnie ucałował chłopaka w policzek po chwili zasypiajac. Po paru godzinach względnie spokojnego snu przewrócił się na drugi bok spadając z hukiem z łóżka.-ała...-jęknął.-coś ostatnio nie mam szczęścia do snu...-dodał nie bardzo chcąc wstawać.
-ja fajtlapa? Takie łóżko masz ciasne.-zasmial się.-nie ma za co. -uśmiechnął się wstając z podłogi.
***
-ha?-popatrzył na mężczyznę trochę tępo.-co ty insynuujesz? Jakie zamiary?-jeszcze sam nie wiedział co czuje a teraz musiał się jeszcze tłumaczyć.-jeju co to za atmosfera?-zasmial się nerwowo.
-och...serio nie masz?-spytał zaskoczony.-nie skrzywdze...nie jego.-zapewnił.-serio tak rozpowiada...ech niech ja ją tylko dorwe...-zasmial się cicho.-mieliśmy iść z Ryu, bo zawsze akurat był w szpitalu...-odpowiedział spokojnie.-tylko...mam ten nagły przypadek...-zacisnął wargi.-oczywiście zrobię wszystko żeby się wyrobić...-zapewnił od razu po chwili cicho wzdychajac.-Kei...ja...nie zblize się do niego póki sam nie będę pewny czy on czuje to samo. Nie zrobię nic wbrew jego woli. Nie musisz się martwić.-zasmial się cicho.-to niesamowite że wszyscy już to wiedzieli zanim ja zdążyłem to zauważyć...ale serio pokochalem tego dzieciaka...-przeczesal włosy dłońmi.
-no widzisz on dopiero poznaje a ja boję się że go nawet przez przypadek skrzywdze. Zły dotyk boli całe życie, wiem z autopsji.-zasmial się mimo że nie było mu do śmiechu.-nie...z powieszeniami trzeba mieć wprawe. Chodzi o zakrycie śladów na szyi i zrobieniu czary mary żeby ciało nie było takie sine. Tu nie pomozesz...ale...-pstryknal palcami.-możesz no...jak to ładnie okresliles...kopnąć Ryu. Niby radził się Reiko ale chyba nie bardzo mu to pomogło.-mówiąc to wstał.-a teraz wybacz ale pójdę się ubrać bo to nie stosowne siedzieć w samej bieliźnie.
-ty masz zabawę a ja nie wiem co robić.-mruknął-nie wczoraj kupiłem wszystko co było mi potrzebne.-uśmiechnął się wchodząc do swojego pokoju. Jak zwykle ubrał się szybko i zszedł na dół tuż po wyjeździe Ryu i Keia.-czy ja widziałem Ryu za kierownicą czy po prostu się nie wyspalem?-spytał przecierajac oczy.-no staruszku...i po co ci to było?-westchnął zabierając się do pracy i kończąc po około trzech godzinach.-grunt że szybko cię zdjęli ze sznura...-pokrecil głową sprzątajac po pracy.
-czy pogram? A co znów lubisz piłkę?-spytał ze śmiechem. Wyprowadził chłopaka z piwnicy.-pogram. A gdzie? Prowadź kapitanie.-posadził sobie chłopaka na barkach wyprowadzając na dwór. Oczywiście uważając żeby w nic nie uderzyć.
-ok...-mężczyzna zaczął się rozglądać i po chwili postawił chłopaka na ziemi.-no Yuto to powiedz co mam robić?-spytał chłopca biorąc w ręce piłkę i podbijajac ją na kolanach.-wow jeszcze mi wychodzi.-zasmial się.-w końcu nie grałem już z...12 lat...-dodał już bardziej do siebie."ciekawe czy Ryu ich tam nie zabił..." zamyslil się upuszczajac piłkę.
Mężczyzna przytaknal i po tym jak chłopak potrafił już zrobić dziesięć odbić posadził go sobie na barkach.-chodź wracamy bo słychać jakieś krzyki to pewnie Kei i Ryu wrócili.-zasmial się idąc do domu.-no hej. Jak to zyjecie? A czemu mieliście umrzeć?-spytał zaskoczony.-to ja wypakuje zakupy a Yuto pokaże wam czego się nauczył.-zasmial się stawiając chłopca na podłodze.
-no cóż ominął mnie ten widok.-zasmial się.-no ale co się takiego stało? Kukurydzę? Ale przecież nie ma jej jeszcze w sklepach.-zauważył zdziwiony.-lubie...ale to może jutro bo dzisiaj miał być grill.-uśmiechnął się.-jest świetny, szybko się uczy.-pochwalił go.-no Ryu, chciałeś iść dzisiaj zobaczyć deszcz meteorytów...nadal chcesz?-spytał po chwili patrząc wilkiem na powstrzymującego śmiech Keia. "czego rżysz...pomoglbys a nie..."
-jasne bierz. To plaża czy coś innego? Nie sądzisz że na plaży...będzie dużo ludzi?-spytał niepewnie.-pomóc w czymś? Może zaczne rozpalać grilla?-zaproponował nie wiedząc co ze sobą zrobić.-Co nie Kei? Idziemy, rozpalimy grilla i pokażesz mi ten swój biedny, zniszczony samochód.-zasmial się.-a Ryu, po obiedzie zrobię ten deser co ci obiecałem.-przypomniało mu się.
-Kei wyluzuj jak coś to go wniose.-zasmial się.-będziemy uważać, nie musisz się martwić. Bitej śmietany dostaniesz tyle ile ma jej być. Nie będzie mi psuł przepisu.-uśmiechnął się wychodząc.-gdzie macie węgiel itp.-spytał mężczyznę glaszczac w tym czasie Kiare. -serio nie musisz się obawiać. Będzie tam ze mną, a ja dopilnuje żeby nic złego mu się nie stało.-zapewnił. -jeśli trzeba to dwa koce wezmę.-zasmial się.
-Ja też tego nie chcę, z resztą Aoi mówiła ci ponoć jak się zamartwiałem. Będę tam z nim i zadbam o wszystko. O to żeby się nie zmęczył, żeby było mu ciepło...o atmosferę. Jeśli coś ma się okazać to właśnie dzisiaj.-westchnął wsypując węgiel do grilla, polewając go rozpałką i zapalając swoją zapalniczką.-więc skoro nie masz zamiaru pomóc to się już tak nie zamartwiaj i w spokoju oglądaj "show".-dodał patrząc na ogień.
-No bez przesady...ja się wręcz boję go dotknąć póki co...więc o to się braciszek martwić nie musi.-fuknął.-no jasne że się nie podzielisz, w końcu jesteś tylko widzem.-pokazał mu język wstając.-Dzięki.-wziął tackę układając szaszłyki na grillu.-Co? Czy te gwiazdki spełniają te życzenia.-wybrnął z sytuacji po części nawet nie kłamiąc.-nie powiem. Przecież jak to zrobię to się nie spełnią, a tego wolę uniknąć.-zaśmiał się.-Ryu co powiesz na kukurydzę z grilla?-zaproponował.
-Nic nie zdradzę, idź już uparciuchu.-pchnął go lekko w stronę domu.-Kei to może zabierzesz od razu Aoi? Reiko pewnie też by poszła.-zaśmiał się.-No wiesz...-nachylił się mu do ucha żeby Yuto nie usłyszał.-Nie chcę żeby ktoś nam przeszkadzał bo atmosferę trafi szlag.-zaśmiał się obracając szaszłyki żeby się nie spaliły.-A najpewniej będzie jak wszyscy będą z tobą.-dodał.
-ech...czyli i tak będę miał dodatkową parę oczu...co poradzić...-wzruszył ramionami zrezygnowany.-ona przynajmniej nic nikomu nie powie.-zauważył z cichym śmiechem biorąc swoją szklankę z sokiem.-Nie, nic nie powiem. To moje życzenia i mam w planach aby jednak się spełniły.-westchnął biorąc łyk soku.-Ryu, co cię tak w ogóle interesują moje życzenia, hm?
-mhm...tylko moje ci zostały, oj biedny, bo i tak się ich nie dowiesz.-pokazał mu język.-Ale ja nie powiem, nie i już. Tylko gwiazdce powiem żeby mi spełniła.-dodał podchodząc do chłopaka.-Tłum nie ma nic do tego.-wywrócił oczami.-I nie powiem. To są moje życzenia uparciuchu jeden.-zmierzwił mu włosy.-zastanów się lepiej nad swoimi.
-fizykę...no tak-zaśmiał się.-demon nie nauczyciel.-dodał nie przestając się śmiać.-wiesz, strasznie przyziemne masz te życzenia.-zauważył spokojnie.-Ale studia za niecałe 2 lat, nic nie masz w planach? Chcesz tu zostać i do końca życia pomagać ojcu w biurze?-rzucił pytaniami. "nie żeby mi to przeszkadzało jakby tu został...pewnie bym się cieszył, ale studia to taki fajny okres w życiu.." pomyślał.
-Mi tam by nie przeszkadzało jakby został.-fuknął jeszcze w stronę mężczyzny zanim chłopcy zdążyli wrócić.-Dobrze, Ryu rozumiemy. Lubisz tu pomagać. I Toma to by chyba umarł bez twojej pomocy.-zaśmiał się cicho wykładając na talerz gotowe szaszłyki a na ruszt kładąc kukurydzę.-smacznego wszystkim życzę.-uśmiechnął się biorąc sobie jednego szaszłyka.
-No już go ta nie męcz. Jest mu dobrze więc nie ma takich marzeń. Mimo to jakieś inne, mniej przyziemne chyba masz, co?-spytał unosząc lekko brwi.-Aoi? A ty tu skąd?-spytał nieźle zaskoczony.-kosmetyczką...no ładnie.-zaśmiał się obracając kukurydze żeby się nie spaliły.
Mężczyzna wpadł na pewien pomysł ale na razie postanowił go nie zdradzać. Uśmiechnął się tylko do swoich myśli.-To prawda, nie musisz. Każdy ma jakieś swoje tajemnice. Co prawda nie które są jakimś cudem wyjawiane.-w tym momencie popatrzył ostro na Yuto wspominając tamtą pamiętną pierwszą kolację.-Ale każdy jakieś ma.-zakończył.-Skoro to lubisz to się w tym ćwicz. Zawsze lepiej robić coś co się lubi.
-Umiem tylko jak "osoba" leży...i tylko trupy więc za wiele cię nie nauczę.-mruknął delikatnie odsuwając od siebie dziewczynę.-ucz się z internetu.-dodał.-Ryu! Usuń te zdjęcia! Na co ci one.-jęknął ponownie obracając kukurydzę.-No Ryu...proszę...-westchnął. Wyjął kukurydzę na talerze, każdemu podając jedną.-pycha!-oznajmił kiedy spróbował.
-eeee...no to może są jakieś książki?-zaproponował.-Ryu przecież wiesz że mam dużo pracy...poza ty ja serio umiem pomalować tylko trupy...a Reiko jej nie może pomóc? Przecież się maluje. A jakieś książki na pewno są.-dodał powoli jedząc swoją kukurydzę.-Ryu deser teraz czy jak wrócimy?-spytał nie wiedząc czy chłopak ma jeszcze miejsce na deser.
Pokręcił głową.-może jak wasz tata wróci i znajdę czas...ale mówię ze zobaczę...-westchnął.-Dobrze wiec jak wrócimy. usiądziemy sobie jeszcze na ganku.-zaproponował.-A jak nie to przy kominku w salonie żebyś się ogrzał.-dodał.-No Ryu ściemnia się...naszykuję wszystko, posprzątamy i akurat będzie czas na wyjście.-mówiąc to zgasił grilla i zaczął zbierać talerze.
Mężczyzna ubrał sweter i wziął dwa koce i wodę, wszystko wsadził go plecaka. Zszedł na dół.-tak...chyba i tak byś ją zabrał.-zasmal się. Statyw oraz aparat chłopaka również wsadził do plecaka.-ja poniose. -oznajmił spokojnie.-to już chodźmy.-poprosił wychodząc na dwór.
-wejdziemy. Ale ty idź pierwszy. Ja sobie w razie czego poradzę. A gdyby było co słabo to zawsze mogę ci zanieść.-mówiąc to delikatnie popchnął chłopaka żeby zaczął już iść. Szedł za nim powoli i spokojnie. Dokładnie patrząc pod nogi żeby się nie potknac i co jakiś czas pomagając chłopakowi.-i jak dajesz radę?-spytał kiedy byli w połowie drogi.
-Ryu nie graj takiego twardziela.-zasmial się.-no ale spokojnie, dojdziesz na górę.-posadził go sobie na barki.-wygodnie? Trzymasz się?-spytał zanim ruszył.-trzymaj się mocno...spełnimy twoje małe życzenie o bieganiu.-mówiąc to ruszył lekkim truchtem pod górkę. -wow...widok jest świetny...-szepnął bardziej do siebie kiedy dotarli na miejsce. Postawił chłopaka na ziemi chcąc rozłożyć koc.-mam nadzieję ze bieg się podobał.-zasmial się cicho.
-widziałem. Chodziłem z mamą na polanke...no kiedy jeszcze żyła. A później szedłem kilka razy sam.-mruknął.-no ale daj spokój leciutki jesteś. A skoro się podobało to się cieszę.-uśmiechnął się wyjmujac z plecaka drugi koc i okrywajac nim chłopaka.-masz bo jeszcze zmarzniesz zanim na dobre się zacznie.-zasmial się. Położył się na kocu z rękoma pod głową.-o tam jedna była.-wskazał gdzieś w bok. "Żeby Ryu wyzdrowial i żył jak najdłużej"poleciało pierwsze życzenie.
-obiecuję. Za rok znów tu przyjdziemy...i zabierzemy ciepłe kakao w termosie.-obiecał.-wow...leci ich coraz więcej.-szepnął zachwycony. "Żeby Ryu też mnie kochał." "Żebyśmy zawsze mogli być razem" -ech...następnym razem zrobię listę tych życzeń prawie wszystkich pozapominalem.-zasmial się, "i żeby Ryu zawsze byl szczęśliwy." . Pomyślał chyba już swoje ostatnie życzenie.
"Żebym w końcu zapomnial o ojcu...". Pomyślał życzenie, te same co rok od 12 lat.-Po co...czasem to po prostu cele które potrzebują trochę pomocy. Bo w końcu...czuje jakbym mial rodzinę...teraz potrzebuje tylko trochę miłości, odwzajemnionego uczucia.-zaryzykował przysuwajac chłopaka bliżej siebie. -no i może tego żeby w końcu zapomnieć o ojcu.
-tak...zapomnę...mimo ze zły dotyk boli przez całe życie.-zasmial się cicho. -żyć ze mną na dłuższą metę?-spytał unoszac brwi.-nie obwiniam się...ale czasem to jest moja wina.-zauważył.-czasem tylko po części...-dodał ciszej.-jeju...teraz to serio wygląda jak deszcz,-westchnął.-to jest ten moment kiedy powinieneś robić zdjęcia,-zasmial się. -piękne...
-nie rozmawiamy teraz o tym....to tylko psuje atmosferę -zasmial się cicho.-ale co rozumiesz przez "na dłuższą metę"?-spytał obejmując go delikatnie.-Ryu...mój stary kumpel z Tokio napisał ostatnio do mnie ze się zakochał...ale nie wie jak jej to powiedzieć...jak myślisz jak się powinien za to zabrać?-spytał wpatrujac się w gwiazdy.
-Ryu twoje słowa bardzo mnie cieszą...chciałbym ci coś powiedzieć.-wziął głęboki wdech żeby się uspokoić.-Ryu kocham cie...-zaryzykował i zamknął oczy,-wiem zaryzykował.-wiem ze jestem dużo starszy i na dodatek obaj jesteśmy facetami...ale nic nie poradzę na to ze tak beznadziejnie cie kocham. To prawda...kiedy jesteś chory martwię się tak mocno ze Aoi "weszy grubsza sprawę", nie mogę w nocy spać i rozmyślam ile rzeczy mogłem zrobić żeby do tego nie doszło. Chcę żebyś był szczęśliwi. Kocham cie.
-nie umrzesz.-powiedział z mocą w głosie.-nawet tak nie myśl. Nie umrzesz.-powtórzył jeszcze pewniej niż wcześniej.-Ryu...chcesz się ze mną spotykać? Być razem?-spytał cichutko jakby się bal że Kiara komuś wygada. Delikatnie ucałował.jego policzek bojąc się zrobić cokolwiek więcej żeby nie sploszyc chłopaka.
-dobrze, będę grzeczny i nie będę się obwiniac...a na pewno się będę starał nie obwiniac.-zasmial się cicho.-na dziś ci chyba starczy wrażeń co? Może wrócimy już do domu?-zaproponował. "Biedny musi być w szoku...w końcu to chyba jego pierwszy związek..."pomyślał na razie jeszcze nie wstajac tylko czekając na decyzję chłopaka.
-jakie szybko? Już długo tu jetesmy tylko ten czas tak leci.-zasmial się. Poskladal koc i zatrzymal chłopaka zdejmujac mu plecak. Zapakował do niego koc i założył sobie na plecy.-ten plecak jest ciężki. Ja niosę i nie ma marudzenia.-uśmiechnął się unoszac buzię chłopaka za podbrudek najpierw delikatnie muskajac jego usta swoimi a później składając na jego ustach nieśmiały francuski pocałunek.-idziemy.-oznajmił łapiąc go za rękę.
-idę powoli, nie ma co się martwić.-zapewnił samemu stawiając ostrożne kroki.-tak wiem jestem okropny.-westchnął teatralnie.-nie pozwalam ci nieść plecaka...-zasmial się.-mogę go ponieść i w te stronę skoro nioslem w tamtą. Poz tym to mój plecak.-zauważył. Kiedy wyszli na prostą drogę poczuł się trochę pewniej, zdjął buty i szedł boso po piasku.-ech nocą jest już na prawie zimne...-westchnął.
-ale daj spokój...nie musisz mi pomagać nieść plecak, dla mnie to nic takiego a droga jest długa.-zauważył.-tak masz rację. Ładnie to wygląda...a morze jest dzisiaj bardzo spokojne.-uśmiechnął się wpatrujac się w wodę.-strasznie dzisiaj dużo ludzi na plaży.-dodał wzdychajac.-idziemy prosto do domu na deser czy ryzykujemy spokojnie twojego rodzeństwa?-spytał cicho się śmiejąc.
-Aaaaa rozumiem...tak jak na biegunie zorza polarna.-zaśmiał się skręcając i wychodząc z plaży.-Ale wracajmy już do domu, robi się bardzo zimno a w domu czeka na nas deser.-przypomniał.-rozpalimy w kominku i będzie miło.-spojrzał na zegarek.-fakt już pewnie są w domu, i Yuto śpi. Wbrew pozorom długo siedzieliśmy na klifie.-objął go lekko ramieniem powoli stawiając kroki.-Nie wiem jak ty ale ja jestem szczęśliwy. Jedno życzenie już się spełniło, drugie powoli się spełnia...a reszta...nie ma możliwości żeby się nie spełniły.-dodał całując go ukradkiem w policzek zanim weszli do domu.
-drugie...no nie wiem, nie wiem...chyba nie opłaca mi się zdradzać...-zaśmiał się.-No to siadaj już na kanapie w salonie a ja zrobię deser i kakao i wszystko przyniosę.-mówiąc to poszedł do kuchni. Na szybko pokroił czekoladę i truskawki które następnie wymieszał z bitą śmietaną. W między czasie zagotował mleko którym zalał kakao na wierzch dając bitą śmietanę.-święto morza? Więc się wybierzemy. W końcu nie mogę przegapić okazji na zabawę.-zaśmiał się wchodząc do salonu i podając Ryu jego zamówienie.-smacznego.-dodał siadając.-ale niedługo jest jeszcze ten festyn szkolny,-przypomniał.
-Mhm...więc spokojnie będziesz ze mną spacerował po stoiskach. Ktoś mnie musi oprowadzić.-zaśmiał się wesoło-na fontannę mam już plan tylko muszę znaleźć czas...-westchnął.-a z czasem ostatnio u mnie krucho...-dodał.-Umiem proste desery...ale z gotowaniem zawsze coś przypalam. Jeśli jest coś czego nie trzeba: smażyć, piec, gotować. To mogę to zrobić.-wyjaśnił.-ale cieszę się ze ci smakuję.-dodał jedząc swoją porcję.
-och...no dobrze, jakoś sobie poradzę.-uśmiechnął się.-tak nic z gotowaniem, bo spalę dom.-zaśmiał się.-hmmmm....-zaglnądnął chłopaki przez ramię patrząc co robi.-wysyłaj wysyłam.-ponaglił.-będę trzymał kciuki. Co est do wygrania?-dopytał. Wziął kubek od chłopaka biorąc kilka łyków.-o i kakao mi wyszło.-zaśmiał się.-a trzeba było mleko ugotować.
-Więc w tygodniu zajedziemy do miasta i wywołasz.-zdecydował.-ach rozumiem...ale chyba jednak byłoby fajnie gdybyś wygrał, prawda?-spytał delikatnie mierzwiąc mu włosy.-opinia speca zawsze pomaga. Wysyłałeś wcześniej jakieś zdjęcia?-spytał spokojnie.-Tak chyba coś jeszcze zostało...a co?
Mężczyzna pokiwał głową.-rozumiem...śliczne są.-pochwalił.-Sam? N cóż skoro tak lubisz to przecież nie będę cię zmuszał. A gdzie wywołujesz?-spytał obejmując go nieśmiało.-jasne że możesz. Jest w lodówce.-wyjaśnił.-Nie wydaje ci się ze jest tu strasznie cicho? Niby Kei i Yuto powinni być już w domu ale ich nie słyszę...
-Nie ja wykombinowałem tylko twój tata, no i musi być zimno bo zwłoki szybciej się rozłożą.-wyjaśnił.-No właśnie to dziwne...-moze gdzieś się schował i nas obserwuje...wiesz sprawdza czy jego braciszek wciąż żyje i czy nic mu się nie stało...-powiedział konspiracyjnym szeptem.
-przecież tylko żartuję...mimo że już mnie dzisiaj ostrzegał. Że mam cie nie skrzywdzić.-wyjaśnił unosząc ręce w geście kapitulacji.-ach...rozumiem...-pokiwał głowa.-więc pewnie dlatego się tak martwi...-mruknął.-no dobrze idź.-puścił chłopaka, samemu wstając i zanosząc puste naczynia do kuchni. Wszystko pozmywał i wrócił do salonu oglądając wywieszone zdjęcia.
-Yuto tu Jun, spokojnie, uspokój się.-poczekał aż chłopiec troszkę ochłonie.-Yuto gdzie jesteś? Zaraz tam będziemy tylko powiedz gdzie jesteś. Jest z tobą Kei? Co się stało?-zadał serie pytań ustawiając telefon na głośnomówiący i oddając go Ryu żeby ubrać buty. Spojrzał na zegarek. Było naprawdę późno i był w szoku ze ich jeszcze nie ma w domu. Dorawy co mogło się wydarzyć w tej wiosce.
Mężczyna tylko skinął głową i pobiegł przodem. Już po chwili biegał jak opętany po plaży szukając chłopaka.-kurwa gdzie....tam.-mruknął do siebie zauważając swój cel.-No Yuto już spokojnie...-podbiegł do niego delikatnie go obejmując.-Kei żyszej? Oi!-Puścił chłopca podchodząc do mężczyzny starając się jakoś ocenić jego stan.
-Więc się nie odzywaj.-warknął.-Ryu zadzwonił po karetkę i zaraz tutaj będzie....mądry doktorek ranę uciska.-mówiąc to objął chłopca.-spokojnie Yuto...wszystko będzie dobrze. Rana nie jest w bardzo poważnym miejscu.-pogłaskał go po główce.-No Kei, co mogę zrobić?-spytał go w końcu. Był kiepski z kiepskiej pomocy i jedyne co wiedział to że trzeba uciskać ranę.
-Jasne juz zmieniam-zareagował szybko kładąc dłonie przy ranie i mocno uciskając.-Nie gadaj tyle bo więcej krwi stracisz...rozumiem na boku.-pokiwał głową.-Ryu...pewnie w drodze. Miał zadzwonić po karetkę i tu przyjść. Jest razem z Aoi, możesz być spokojny.-zapewnił starając się zachować zimną krew.-Poszło świetnie. Powiem więcej, siedzielibyśmy dalej na kanapie, popijając kakao gdybyśmy nie zaczęli się zastanawiać czemu w domu jest tak cicho. Ryu sprawdził pokoje ale was nie było wiec zadzwoniliśmy. Możesz być z siebie dumny, twój wypadek przerwał pierwszą randkę Ryu.-zaśmiał się cicho.
-Przecież powiedziałem że póki co go nie tknę...-wywrócił oczyma.-o czym ty myślisz w takich chwilach.-zaśmiał się.-przestań w końcu gadać.-warknął któryś raz z kolei.-Jasne wbije ci tyle śrub ile mi sie naprzykrzyłeś. Policzmy...rozwaliłeś mi randkę, nazwałeś mnie zboczeńcem...dałeś się postrzelić...jeju...pewnie coś jeszcze było...-zaśmiał się cicho.-Wiecie co, może od razu niech wszyscy pojadą?-mruknął zezłoszczony.
-Ja was zawiozę.-mruknął.-Muszę mu poważnie nawrzucać kiedy będzie w pełni sprawny umysłowo.-zaśmiał się przewracając go na bok i wciąż mocno uciskając ranę.-Yuto spokojnie. Będzie dobrze zobaczysz.-zapewnił. Kiedy lekarze przyszli pomógł we wszystkim co mógł.-No dzieciaki. To co jedziemy?-spytał patrząc na swoje zakrwawione ręce.
-słuchaj nikt nie umarł i nie umrze.-mruknął wchodząc do domu. Szybko umył ręce i ochlapal twarz wodą. Wziął klucze i wyszedł otworzyć samochód. Wpuścił wszystkich, samemu siadając za kierownicą. Jechał szybko, może nawet za szybko ale na miejscu byli w mniej niż 15 minut.-no wysiadać.-wziął Yuto na ręce.-dziewczyny idźcie się dowiedzieć gdzie jest Kei i Ryu.-poprosił idąc tuż za nimi.
-no i mówiłem...uparta cholera z niego. Nie będzie Frankenstaina...-zasmial się cicho. W gruncie rzeczy cieszył się że mężczyznie nic nie jest, nie miał powodu by było inaczej. -ktoś dzwonił do jego żony?-popatrzył na Ryu.-jak się trzymasz? -spytał go jeszcze.-i najważniejsze pytanie. Jak długo chcecie tu siedzieć? Domyślam się że dopóki się nie obudzi...
-rozumiem skarbie...to normalne że się martwisz...ale spokojnie. Jest silny, wyjdzie z tego.-zapewnił obejmując chłopaka i glaszczac go po włosach.-będzie dobrze. Skoro tak to pojedziemy. Zostaw swój numer pielęgniarkom, zadzwonią jak już się obudzi. Wtedy przyjdziemy. Lekarze się już wszystkim zajęli więc nie mamy się o co martwić. Rano dostaniesz telefon żeby przyjechać. A teraz już chodźmy.-ucałował go w czoło i wszedł do sali ubierając Yuto i biorąc go na ręce.-idziemy jak się obudzi to znów was do niego zawioze.
-nie wiem jak...tak się po prostu zdążyło...wypadki chodzą po ludziach.-wyjaśnił zwalniając.-wszyscy śpią...-uśmiechnął się delikatnie.-Ryu ty też możesz zasnąć. Jakoś was potem pozanosze żeby nie budzić.-zapewnił.-pewnie też jesteś zmęczony...-westchnął cicho.-następna randka skończy się...milej.-obiecał cicho się śmiejąc. Wyjął sobie gumę i spokojnie jechał do domu więc dojechali dopiero po pół godzinie.
Kiedy dojechali mężczyzna zaniósł dziewczyny do ich pokoju następnie zszedł na dół żeby napić się mleka. Zaszedł do salonu cicho się śmiejąc kiedy zastał chłopaka śpiącego na kanapie.-chodź tu...-wziął go na ręce i wniósł na górę kładąc do łóżka. Sam wziął szybki prysznic i poszedł do swojego pokoju kładąc się do łóżka i momentalnie zasypiajac.
Mężczyzna słysząc hałas na dole naciągnął na siebie spodnie adresów i zszedł prosto do kuchni.-o szef...wcześniej wróciłeś.-zauważył.-hej Ryu. Dzwonili ze szpitala?-spytał od razu przygotowując sobie matcha latte. Wziął kilka lykow i oparł się o blat.-jak tam na wyjeździe?-spytał ziewajac i przeczesujac włosy dłonią.
"no jasne w normie...10% w dół...klamczuch" pomyślał cicho wzdychajac.-nie ma sprawy...fakt było trochę problemów...i to tylko wierzchołek góry lodowej...ale sobie poradzilem. Teraz czekamy na telefon w sprawie Keia, mieli zadzwonić jak się obudzi. Wróciliśmy późno więc dzieciaki jeszcze śpią...nie budz ich.-wypił do końca napój i umył szklankę.
-wiesz...ten tydzień był dla mnie normalny. Nie będziesz miał nic przeciwko jeśli zostanę w rodzinie zamiast być tylko mieszkającym tu pracownikiem?-spytał spokojnie.-jest niedziela, nic nie mam...no chyba ze ty masz jakies papiery albo będzie nagły wypadek.-wyjaśnił.-serio Toma...nawet nie wiesz ile rzeczy wydarzyło się przez ten tydzień...nigdy był nie pomyślał ze twoje dzieci bedą do mnie mówić "Jun-nii".- zasmial się.
-daj spokój staruszku jeszcze sobie pozyjesz...poza tym nie jestem dobry w papierkowej robocie...-zasmial się.-ale sądzę ze Ryu to lubi...bynajmniej tak mi się wydaje. To on powinien przejąć firmę.-wyraził swoją opinię trochę zmartwiony nagłym wyjściem chłopaka.-jestem zaskoczony ze wszyscy dali mi szansę...i o dziwo się mnie słuchali...-zasmial się.
-to z nim porozmawiaj. Z tego co wiem nie ma w planach studiów.-podzielił się informacjami.-wiesz najpierw mnie zwyzywali, potem było tylko lepiej.-przyznał z cichym śmiechem.-historia mocno podkolorowana. Po prostu dobrze mi się z nim rozmawia, jest jedyną osobą którą schodzi do mnie na dół no i mieliśmy współpracować więc to chyba logiczne że spędziliśmy razem czas. Jesteśmy przyjaciółmi, wyluzuj staruszku.
-nic mu nie zrobię.-zapewnił. Spokojnie przysłuchał się ich wymianie zdań następnie podchodzac do dziewczyny.-wiesz...mogłaś to powiedzieć spokojniej a nie walić prosto z mostu. Uniknelabys nerwowej atmosfery...wiem że chciałaś to mieć jak najszybciej za sobą. Przejdzie mu. Przespi się z tym i sam do ciebie przyjdzie.-uśmiechnął się.-daj mu czas się z tym oswoić.-polecił. -Ryu zrobimy dzisiaj tą fontanne dla Yuto?
-chcesz do niego pojechać? Z resztą obiecałem że was zawioze kiedy się obudzi.-uśmiechnął się opierając się o blat.-ufa...ciekawe czy ufalby dalej gdyby dowiedzial się że skłamałem w sprawie naszych relacji...-westchnął.-trzeba powiedzieć Yuto żeby trzymał język za zębami. Aoi z resztą też.-dodał.
-więc po południu pojedziemy. Zjemy obiad i was zawioze.-uśmiechnął się.-no nie wiem czy takie niewinne...o to możnaby się kłócić. Kei nie ma nic przeciwko, bylebym cię nie zranił...twój ojciec za to by mnie wywalił...na razie wolę nie ryzykować.-wyjaśnił rozmasowujac bok.-studia...dla wielu jest to najlepszy okres w życiu. Latanie po klubach, barach, love hotel i czasem nauka. Zależy kto co lubi.-wzruszył ramionami.-mimo wszystko studia to głównie zabawa i spotkania ze znajomymi. Kiedy jako nudny pracownik patrzysz wstecz to serio wydaje się to najlepszym okresem w życiu.
-był fajny ale nie twierdzę że najfajniejszy...ja większość czasu i tak poświęciłem na naukę...zabawa raz na jakiś czas.-wyjaśnił.-nie sądzę żebyś miał żałować...jak mówię wsztsko zależy od tego jak spedzisz studia. Większość uznaje je za czas kiedy mogą się wyszalec, kochać się z kim popadnie i takie tam. Bo później praca, zakładanie rodziny.-wyjaśnił zaglądając chłopakowi przez ramie.-ślicznie.-pochwalił.
-tam myśle. Nie znam się ale mi się podoba.-uśmiechnął się, delikatnie obejmując chłopaka.-nawet gdybym chciał to nie mogę. Nie zrozum mnie źle, nie chodzi o to że jestem z tobą i nie mogę. Po prostu...jestem nieplodny.-wyjaśnił cicho.-nie wiem dlaczego, może to przez jakąś chorobę z dzieciństwa, może genetycznie...moja sperma nie jest w stanie zaplodnic kobiety.-wzruszył ramionami.
-w tym domu jest wystarczająco dużo dzieci.-zasmial się.-i nie zdziwie się jak będziesz robił za tatusia tego malucha...-dodał już mniej wesoło.-jasne że damy radę.-poglaskal go po włosach.-ale...to dla ciebie na prawdę jest ok? Bycie z o tyle starszym mężczyzna...-spytał cicho. Przyjął pocałunek z lekkim uśmiechem.-no dobrze...ja muszę ogarnąć swój pokój, pobiegac trochę...nieźle się zapuścilem.-ą-roześmiał się.
-Zaraz tam będę.-odparł od razu poważnie zmartwiony. Nie pytał o szczegóły uznał że to może poczekać. Rozłączył się wybiegając z domu prosto do garażu gdzie wręcz skoczył na motor. Chwilę później biegł już szkolnym korytarzem. z hukiem otworzył drzwi klasy zaglądając na zaplecze.-Ryu...jestem, co się stało?-spytał mimo wszystko lekko dysząc.-Brzmiałeś na strasznie przerażonego...-dodał opadając na kolana przed chłopakiem.-Ale...widzę że nie masz żadnych ran...to dobrze...
"zabije gnoja..." Przeleciało mu przez myśl.-No już...już spokojnie kochanie. Jestem tu, już nic ci nie grozi. Zaraz zajmę się tym złym panem...-mówiąc to delikatnie głaskał go po włosach.-To nic, że biegłeś...chciałeś uciec, rozumiem to, nie musisz mnie za to przepraszać.-odsunął go delikatnie od siebie.-No kochanie...powiedz gdzie on może być? Zostaniesz tu na chwilkę a ja się z nim policzę.-uśmiechnął się do niego uspokajająco jednak mocno zaciskając dłonie w pięści.
-Ryu...nie bój się zaraz wrócę. Obiecuje że wszystko będzie dobrze.-poglaskal go po włosach wstajac i wychodząc z klasy wprost przed nauczyciela. Na dziendobry wyprowadził mu prosto w twarz prawego prostego.-słyszałem że dobierales się do mojego aniołka.-uśmiechnął się szyderczo szykując się do kopniecia które po chwili wyprowadził w brzuch mężczyzny.-nigdy więcej nie chce o tym słyszeć pedofilu.-warknal podnosząc go za koszule. -bo stracisz nie tylko posadę.
-po fachu? Nie jestem taki jak ty!-warknal.-jeśli go usadzisz porozmawiamy inaczej. Cała sprawa pójdzie do dyrekcji i na policję. Molestowanie ucznia to przestępstwo. To ja tu ustalam warunki.-powiedział a jego słowa były chłodne tak samo jak spojrzenie jakim darzył mężczyznę.-wystawiasz mu pozytywną ocenę z testu, przepuszczasz do następnej klasy i przestajesz tyrac na lekcji...i zapominamy że kiedykolwiek polozyles na nim swoje brudne lapska...jednakże...jeśli coś mu robisz...-w tym momencie strzelił palcami.-utrata posady będzie twoim najmniejszym zmartwieniem.-ostrzegł.
-postawiłem jasne warunki i dla własnego dobra i bezpieczeństwa lepiej się ich trzymaj.-oznajmił na odchodne. Wrócił na zaplecze klekajac przed chlopakiem-Ryu już jest dobrze...już jesteś bezpieczny.-zapewnił.-chodź do mnie i wracajmy do domu...twój ojciec pewnie już się martwi i łeb mi ukreci jeśli się o wszystkim dowie.-zasmial się chcąc rozluźnić atmosferę.-Więc wracajmy. Trzeba zrobić obiad i odwiedzić Keia.-przypomniał. "z którym muszę pogadać..." dopowiedzial w myślach.
-możemy...jasne że możemy...-przytaknal obejmując go mocno. Czuł nieopisana ulgę mając chłopaka bezpiecznego w swoich ramionach. Wiedział że sprawa z nauczycielem jest już załatwiona i nie musi nie zbytnio martwić.-nie musi...on biedny ten wasz ojciec...o niczym nie wie.-westchnął cicho się śmiejąc.-nic...to dobrze...mój kochany...tak się cieszę że uciekles...-w jego głosie słychać było ulgę.-gdzie? Gdzie cię dotykał?-spytał mocno obejmując chłopaka.
-dobrze...powiesz mi później.-odparł uznając że na razie musi odpuścić mimo że chce wiedzieć.-nie mógłbym inaczej...brzmiales na strasznie przestrzennego...chciałem być przy tobie jak najszybciej.-wyjaśnił z uśmiechem.-może pizzę lepiej w domu? Każdy powie jaką chce.-zaproponował.-ja jestem motorem i też muszę nim wrócić.-odparł ze śmiechem.-jasne że pójdę...-wstał i pomógł chłopakowi.-prowadź.-poprosił wciąż trzymając go za rękę.
-dobrze, czyli mam rozumieć będziesz później w domu? Tylko uważaj na siebie...-poprosił cicho.-dlaczego miałbym być na ciebie zły? Jestem wściekły na niego...o ciebie zmartwiony...nawet nie wiem gdzie cię dotykał...-westchnął glaszczac go po policzku.-na szczęście do niczego nie doszło...-dodał obejmując chłopaka.
Objął go mocno, najmocniej jak mógł żeby nie skrzywdzić chłopaka.-żałuję że bardziej go nie pobilem...jak ten skurwiel mógł...-wycedzil przez zacisniete zęby.-jak on w ogóle śmiał cię tam dotknąć...-wziął głęboki wdech.-na pewno wszystko dobrze? Nic cię nie boli?-spytał żeby się upewnić. Kiedy wyszli mężczyzna usiadł na swoim motorze.
Prześlij komentarz