Tomohisa Kurosagi,
25 lat (07.12),
syn piekarza i lekarki (dyrektorki szpitala),
w Yukan mieszka od urodzenia z przerwą na studia,
wrócił do rodzinnej miejscowości po śmierci swojego ojca,
przejął jego piekarnię (choć nie bardzo się na tym zna),
z zawodu: lekarz sądowy,
w pracy: manager (niekiedy piekarz i cukiernik w jednym),
studiował w Tokio,o swoim życiu w Tokio niewiele opowiada, przygód trochę miał, nie chwali się też swoimi osiągnięciami (udało mu się zaistnieć na niszowym rynku - nagrał kilka singli),
jeździ: głównie rowerem, nie ma prawa jazdy, czasem wybiera się na przejażdżkę motorem,
Tomo wychowywał się w szczęśliwej rodzinie. Nie jest jedynym dzieckiem Takeo i Ayi. Jednakże jego dwie młodsze siostry zmarły w nieszczęśliwym wypadku. Tomohisa nigdy o nich nie wspomina. To dla niego wciąż bolesny temat. On jako jedyny wyszedł z wypadku cały. Był sprawcą tego nieszczęścia. Siadł za kółkiem za namową dwóch sióstr i skasował ojcu samochód. Nigdy więcej nie próbował jeździć pojazdami z czterema kołami. Omija je szerokim łukiem, a kiedy już do jakiegoś wsiada, walczy z ogarniającą go paniką. Nigdy nie poszedł z tym do lekarza. Uważa się za zdrowego człowieka, mimo męczących go nocnych koszmarów. Wciąż nie może się otrząsnąć. Jego matka go nienawidzi. Wini go za całe zajście i Tomohisa nie ma jej tego za złe. Wyprowadziła się z Yukan zaraz po śmierci swojego męża. Nie utrzymuje kontaktu z synem. Tomohisa mieszka w małym mieszkanku nad piekarnią. Ma dwa pokoje, kuchnie oraz łazienkę. Nic więcej jest mu nie potrzebne. Swój rower i motor trzyma zamknięte w garażu ojca. Codziennie rano wstaje by przygotować wszystko na pełen roboty dzień. Wieczorami natomiast można spotkać go na klifach bądź odosobnionych miejscach wraz ze swoją gitarą. Wciąż komponuje piosenki. Nie potrafi się przed tym powstrzymać.
Tomohisa jest raczej spokojnym człowiekiem, któremu daleko do prawdziwego zbója. Jest pogodnie nastawiony do każdego człowieka. Nie skreśla od razu. Raczej nie często się uśmiecha i jest małomówny. Nie znosi strzępić języka, jeśli nie widzi ku temu potrzeby. Wszystko przecież można przekazać w sposób jasny i przyjemny, bez owijania w bawełnę. Potrafi się jednak obronić. Swego czasu trenował boks i nie można o nim powiedzieć by był słaby. Przeżył też przygodę z narkotykami. Wylądował nawet przez to w szpitalu i od tamtej pory stara się trzymać od wszystkiego co jest związane z lekami z daleka. Potrafi być zgryźliwy i w kilku słowach dać do zrozumienia, że nie jest zainteresowany czyjąć osobą bądź propozycją. Zerwał kontakt ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi. Jest raczej typem samotnika. Zresztą Yukan jest miejscem starzejącym się, więc Tomohisa nie ma zbyt wiele możliwości nawiązania znajomości. Nie zależy mu na dobrych stosunkach ze swoim wujkiem - burmistrzem Yukan. Ludzie często oceniają go przez pryzmat działań jego wujka, co strasznie denerwuje Tomohisę. Nie rozumie jak można być tak pustym. On sobie rodziny przecież nie wybrał. Stara sie nie pokazywać w obecności burmistrza, by przypadkiem nie zostać przez niego wciągniętym w polityczne gierki. Nie znosi polityki.
Wzrost: 175cm
Waga: 57 kg
Ulubiona słodycz: czekolada
Ulubiony kolor: biały, czarny, czerwony i granatowy
[Dobra kochani! Welcome back :D]



5 000 komentarzy:
1 – 200 z 5000 Nowsze› Najnowsze»[Witaj, musiałeś mi to zrobić? Wszyscy tacy dorośli nagle... T^T ]
[ohayou ^^ of course XD ale tobie pozostawię ten zaszczyt zaczęcie :P]
[hmmmm może dlatego, że to logiczne XD w każdym razie się rozpisuję...trochę więcej więc jest progress. A co do powiązań...hmmm...no studiował w Tokio a mój nie tylko tam studiował ale i mieszkał. A i profesja (a raczej kierunek studiów) bardzo pokrewny]
A Jun wracał akurat z uspokajającej przejażdżki. Nie zauważył chłopaka bądź co bądź ubranego na czarno więc się nie dziwił. Usłyszał krzyk więc zaskoczony zawrócił i zatrzymał się przed chłopakiem. Zdjął kask i przyjrzał mu się uważnie.
-mówiłeś coś? Ubieraj jaśniejsze kolory i patrz przed siebie to może dłużej pożyjesz.-westchnął. Skądś go kojarzył ale nie mógł sobie przypomnieć skąd.
[senpai? =__= i zaś moja postać jest starsza...XD]
Mężczyzna mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i zgasił światła.
-Taaa, i tak mam dużo roboty jak na takie wypizdowie.-mruknął gasząc silnik który wciąż pracował.-Nie spotkaliśmy się już kiedyś?-spytał wciąż nachalnie przyglądając się jego twarzy. Miał nieodparte wrażenie że gdzieś go widział i na pewno przed swoim przyjazdem do Yukan,
[no ciągle takich staruszków robię...]
-aaaaa! to wiem!-pstryknąl palcami.-znam cię. To ty jestem tym studentem...pożyczałem od ciebie fajki.-zaśmiał się-Mikami Jun.-uścisnął mu dłoń.-to ty mi powiedziałeś, że mieszkasz w takiej małej wiosce daleko od Tokio. Dlatego tu przyjechałem.-przypomniał sobie nagle.-bułki chętnie...ale nie mam portfela.-uprzedził od razu.
[spokojnie jak będę miała jak się rozpisać to się rozpiszę XD chwaliła? jak miło XD]
-Ano marudziłem. I się cieszę że mieszkam tutaj. Mam pracę jaką lubię i jestem z dala od ojca. Idealnie.-potwierdził oddając mu kask.-Masz bo nie mam drugiego a kultura nakazuje oddać pasażerowi.-wyjaśnił. Pokiwał głową na znak że rozumie jak ma jechać i odpalił motor jadąc w miarę spokojnie.-A no wiem...byłeś pojętnym uczniem, pamiętam. Wiec czemu nic z tym nie robisz i jesteś tutaj piekarzem? Mało kto jest dobry w tym fachu...ostatnio oddali mi ciało jakiejś dziewczyny, niby już po sekcji zwłok ale nie sprawdzili że przed śmiercią wycieli jej narządy rozrodcze. A od razu widać bo to był amatorski szew.
Dojechał spokojnie, zatrzymując się we wskazanym miejscu. Ruszył za chłopakiem zdejmując buty. Usiadł na kanapie zdejmując też kurtkę, którą położył obok siebie.-No...bałagan to ty masz...-mruknął rozglądając się dookoła.-Jak rozumiem mieszkasz sam i nie widzisz sensu w utrzymywaniu porządku?-spytał spokojnie zakładając nogę na nogę.-Tak, jaką masz?-spytał od razu.-pół roku? To możliwe że go balsamowałem.-mruknął.-aaa rozumiem...wiec nie miałeś za bardzo wyboru...zawsze mam masę roboty. Dodatkowo nie raz policja prosi mnie o zapisanie swoich spostrzeżeń na temat ran na ciele. W okolicy nie ma dobrych lekarzy sądowych...
-Ach więc to uważasz za porządek?-uniósł brwi.-zwykłą zieloną.-poprosił-Ach...skremowany...nigdy tego nie rozumiałem, jak można palić zwłoki. Przecież pogrzeb to ostatnia możliwość pożegnania się ze zmarłym, takim jakiego pamiętaliśmy...a osobiście wątpię żebyśmy pamiętali prochy.-wzruszył ramionami.-Ile masz lat? 25? Wiesz to jest ten wiek gdzie raczej jest się już zdecydowanym i po studiach.-zauważył.-Lekarz sądowy by się przydał, miałbym mniej roboty, z kolei to jedyna piekarnia w Yukan, szkoda ją tracić.-zaśmiał się.
-Rozumiem, ja jednak się cieszę że mój ojciec postanowił matkę zbalsamować. Chyba po prostu za bardzo ją kochał by dać ją spalić.-westchnął.-Dobra rozumie, tak jak ja mam swoje powody dla którego pracuję w tym zawodzie. Jeśli będę potrzebował pomocy to dam znać...przykładowo jak dostanę jakiś wypadek samochodowy, w tej okolicy wielu wybiera balsamowanie.-wyjaśnił.-No i te klify, dużo zszywania.-dodał biorąc łyk herbaty.
-Tak mieszkam...ostatnio nawet zaczęli traktować mnie jak rodzinę...-zaśmiał się.-wiesz ich ojciec wyjechał na tydzień i się nimi zajmowałem.-wyjaśnił. Wziął bułkę i się w nią wgryzł.-Jest ok...spokojnie na tyle ile może być. Wiele ludzi popełnia tu samobójstwa i skacze z klifów a ja te ciałka muszę potem ładnie składać. Moim zdaniem jest tu lepiej niż w Tokio, ale to moje prywatne odczucie.-wzruszył ramionami.-Ta, 2 lata. Wyjechałem nagle, miałem dość swojego domu więc jak tylko skończyłem studia postanowiłem wyjechać.
[wiesz osobiście wątpię bym była od ciebie starsza XD tak taki nii-san co mu mówi co i jak w wielki mieście]
[tak, aż tak przeszkadza XD bo jestem prawie pewna że jestem młodsza]
-ta wybacz, nikomu nie mówiłem gdzie jadę chcąc uniknąć śledzącego mnie ojca.-wyjaśnił szybko. Popatrzył na wchodzącego, gburowatego mężczyznę.-dobry wieczór.-przywitał się dość niechętnie.-Nie chcę być niegrzeczny ale wchodząc do cudzego mieszkania wypada ściągnąć buty.-zauważył dość chłodno. Spokojnie przysłuchiwał się ich rozmowie dopóki nie został w nią wplontany.-Chyba powiedział, że nie chce jechać, prawda? Ja sam nie mam zamiaru nigdzie z panem jechać. Mam pełne ręce roboty w przeciwieństwie do leniwych polityków ja faktycznie pracuję.
[no tak ale w nawiasach są rozmowy autorów XD]
Mężczyzna siedział po prostu wmurowany. To był szantaż. Jasne że z pieniędzy swojego ojca mógłby opłacić całe leczenie ale oni nigdy by na to nie poszli. Kiedy mężczyzna wyszedł uderzył pięścią w stół rozlewając herbatę.-Nie mam wyjścia...-mruknął. Gdyby zrobili konkurs kto najdłużej nie będzie mrugał to pewnie by wygrał. Zawsze był tylko pozornie spokojny, chłodny i opanowany.-Nie znam się na polityce, jak on to sobie wyobraża. Równie dobrze mogę tam pójść i nic nie robić...
-Akurat go poprę...jeszcze pożałuje, że mnie szantażował.-mruknął niezadowolony.-bankiet? I co może jeszcze mam być garniaku?-mruknął.-No wiem, jeżdżę tam dosyć często...coś nie tak?-spytał unosząc brwi.-a...sorry za herbatę...dobrze ze kubek cały...-pokręcił głową.-Nie przepraszaj to nie twoja wina. To on. Muszę tam iść nie mam innego wyjścia. Ale dam mu popalić.
-dobra zrozumiałem. Nie garniaka.-machnął ręką.-na pewno wszystko gry? Bo nie wygląda.-uniósł brwi uważnie mu się przyglądając.-bo wiesz z tego co pamiętam to mimo że miałeś daleko na uniwerek to zawsze szedles na pieszo-zauważył.-ta wybuchowy...chyba mi zostało...-westchnął.-co już mnie wyganiasz? Ale fakt widzimy sie jutro.-mruknął wstając.
-no tak, ja sobie biegam po plaży.-przytaknal.-nie wyganiasz ale jednak wolisz żebym poszedł.-zasmial się ubierajac buty.-pewnie wezmę motor...taka przejażdżka z rana.-uśmiechnął się siadajac na motor i zakładając kask. -do jutra.-dodał odjeżdżając.
***
Rano tak jak zapowiedział przyjechał motorem. Ubrany w ciemne jeansy i ciemno czerwoną koszule na którą nałożył ramoneske. Zjawił się trochę przed 10 mając nadzieję ze chłopak szybko przyjdzie. Nerwowo postukiwał palcami o kierownicę. A pod siedzeniem schował drugi kask.
[Kurtka taka...google nie boli XD i jeju serio nie wiesz?]
-no hej.-przywitał się.-w nosie to mam. Mój motor i mogę se nim jechać gdzie chcę. Niech się cieszy ze w ogóle jadę,-mruknął.-możesz jechać ze mną jak chcesz.-zaproponował.-wziąłem drugi kask. -dodał z uśmiechem. Na horyzoncie zauważył idącego burmistrza. Największą zmore tej wiochy, czasami miało się wrażenie ze gdyby no on to pewnie Yukan byłoby pełne życia.
[No ale to dość popularna kurtka...]
-nie będę zostawiał mojego motoru w twoim garażu. Padać? To chyba ,mamy sprzeczne informacje o pogodzie bo u mnie zapowiadali przejasnienia.-mruknął.-pojadę motorem tak jak planowalem. Mogę się mylić ale nawet jeśli polityka jest poważna to nie zabrania jazdy motorem.-zauważył.-ty se popylasz limuzyna a mieszkańcy mieszkają w rozwalających się domach. Jesteś zalosmy.
[No cóż...bardzo popularna w subkulturach rockowych...ciężko nie słyszeć tej nazwy]
-jestem najlepszym balsamistą na jakiego można trafić, dodatkowo jestem synem jednego z najbogatszych ludzi z Tokio. Serio myślisz że możesz od tak mnie zniszczyć?-spytał unoszac brwi.-powiedziałem nie będę z tobą jechał. Spotkamy się na miejscu.-założył kask i odjechał zatrzymując się na pod budynkiem w którym odbywał się bankiet. Zszedł z motoru odpalajac papierosa i czekając na burmistrza.
[No to jesteś bogatszy o tą wiedzę XD]
Mężczyzna podszedł do leżącego na trawie chłopaka.-wszystko ok? Mogłeś jechać ze mną.-zauważył spokojnie.-lepiej już chodźmy.-dodał po chwili ciągnąc Tomohise za sobą. Niezadowolony rozglądał się dookoła. Było tam pełno fałszywie uśmiechających się mężczyzn. Już na samym początku miał dosyć więc stanął gdzieś z boku żeby nie rzucać się w oczy. Nie cierpiał takich imprez.
-daj spokój podwioze cie.-uśmiechnął się lekko. Kiedy burmistrz do nich podszedł postanowił wziąć przykład z chłopaka i trochę namieszac.-zaraz tam wielki...-machnął ręką.-przeniez wszyscy wiedzą że w japonii bardziej popularna jest kremacja. Zazwyczaj siedzę i się lenie, raz na ruski rok mam coś do roboty. Zazwyczaj czas spędzam jeżdżąc motorem.-oznajmił z lekkim chłopięcym uśmiechem. -w Yukan jest wiele samobójstw i z tym jet najwięcej roboty. Rodzina chcę zobaczyć martwych takich jakiś znali.-westchnął cicho niby zasmucony.
Jun przyjął papierosa mocno się nim zaciągajad,-nie wiem jakie określenie jest na nich lepsze, stado baranów czy stado świń.-westchnął-przynajmniej jedzenie będzie.-zauważył jeden pozytyw.-raczej nie ma szans zerwać się wcześniej....no nie ma,...-westchnął.-i co my niby mamy robić przez dwie godziny,-spytał z nudów puszczając kuleczka z dymu.
-bar z dango. Lubie tam przebywać.-odpowiedział na pytanie. Nad drugim trochę bardziej się zastanawiając,-skurwiel który doprowadza Yukan do ruiny. Manipilator. Nie wygląda na kogoś kto mógłby wzbudzić zaufanie. Fałszywy.-wyraził opinię ostatni raz się zaciągając i gąszcz papierosa na ziemi.-ale skoro niedługo obiad to głupio coś jeść, potem będziemy pełni.-mruknął wyjmujac z kieszeni gumy mientowe.
-dobra rozumiem, musisz,-mruknął, kiedy chłopak go puścil włożył ręce do kieszeni spodni.-czemu nie jadles? Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia,-przypomniał.-dobra miej ulubiony bar jest kawałek stad,-wyjaśnił idąc dość powoli,-nie rozumiem co do tego masz ty. Nie jestes nim a rodziny się przecież nie wybiera. Ludzie czasem serio są głupi.-westchnął ciężko.
-no widziałem. Masz chorobę lokomocyjna,-wzruszył ramionami,-nic na to nie poradzisz. Ludzie są głupi i tyle.-westchnął.-a twój wuj wcale od nich nie mądrzejszy,-dodał wchodząc do baru z dango. Usiadł przy jednym ze stolików i zamówił słodkie chi chi dango i zieloną herbatę,-co bierzesz?-zwrócił się do chłopaka bo kelnerka patrzyła na niego wyczekująco.
-nie choroba lokomocyjna, więc co takiego? W sumie wtedy miałbyś też problem z motorem a tego nie zaobserwowalem.-zamyslil się.-nie musisz mówić jeśli nie chcesz.-dodał od razu,nich w końcu nie chciał się narzucać ani zmuszać do czegoś chłopaka.-o biznesie? A to źle z tobą.-pokiwal głową.-bardzo źle. -powtórzył cicho się śmiejąc. Mię musieli długo czekać na swoje zamówieniem a mężczyzna od razu wziął łyk herbaty i zabrał się za jedzenie.
[W nocy XD o drugiej poszłam spać...]
Mężczyzna spokojnie wysłuchał historii chłopaka.-daj spokoj niby czemu miałbym się śmiać?-zacznął kiedy on skończył.-rozumiem. Ja przez bardzo długo bałem sie czyjegoś dotyku. W tym przecież nie ma niczego złego. Każdy się czegoś boi ,wrócisz że mną motorem.-złapał go za rękę.-to nie twoja wina.-uśmiechnął się do niego lekko, wracając do jedzenia dango. Kiedy skończył poprosił do siebie kelnerke.-lody matcha.-domowil swój ulubiony deser.
[Odpisalam i położyłam się dalej spać. Wstalam dopiero po 9]
-obwinianie się nic ci nie pomoże. -skinal kobiecie która przyniosła mu lody.-najlepiej nauczyć się z tym żyć. Nie cofniesz czasu...-pokrecil głową zaczynając jeść deser.-no tak alkohol...-mruknął przeczesujac włosy dłonią. On miał wystarczająco słabą głowę żeby żyć zasada "piles nie jedź"-daj spokój nie trzeba.-machnął ręką. -i tak mam po drodze.
-Taaaaaa skąd ja to znam,-westchnął.-tak wiem jak to jest, ale pomyśl. Ty miałeś jednorazowy wypadek a ja tak żyłem 5 lat. Dzień w dzień. Na domiar złego wciąż mi wypominał że to ja zabiłem matkę.-wzruszył ramionami.-ale co mogłem? Uciekłem i nauczyłem się z tym żyć. Tobie wspomnienia wracają w samochodzie a ja nad tym nie panuje. Potrafię obudzić się zlany potem i cały zadrapany.-westchnął rozmasowujac ramię,-zrozumiałem, więc zamawiam sobie jakąś dobra bułkę słodka.
[No cóż ale taka prawda XD ja tam się wyspalam]
[no dzięki...]
Mężczyzna zasmial się cicho.-wiesz...leki przeciwbólowe i lecisz do szkoły. Z perspektywy czasu widzę że potrafiłem sobie z tym radzić. Zwłaszcza że nie mogłem nikomu o tym powiedzieć.-westchnął.-Hmmm czemu nie. Na dango zawsze jestem chętny. A skoro masz przepis to czemu nie.
[to na pewno..]
Uśmiechnął się lekko płacąc za siebie i wstając.-średnio 8-10 zależy od pory roku.-zaśmiał się.-zimą jest tego mniej, jesienią najwięcej. No i jeszcze lato.-wyszedł z baru wkładając ręce do kieszeni.-jak myślisz będą wkurzeni, że wyszliśmy?-spytał ni z gruszki.-No i ciekawe co na obiad. Wciąż jestem głodny.-ostatnie zdanie mruknął bardziej do siebie.
-No popatrzysz jak grzebię przy ciałach...ale nie myśl że będziesz stał bezczynnie, pewnie dam ci coś do roboty.-zaśmiał się.-no tak tobie się oberwie...oby tylko Amakusę zostawił w spokoju.-mruknął. Kiedy weszli do sali od razu podszedł do stołu. Nie zastanawiał się długo, po prostu nałożył po trochę wszystkiego. Stanął gdzieś z boku żeby uciec od ciekawskich spojrzeń i zaczął w spokoju jeść. To był chyba jedyny plus tego bankietu, darmowe jedzenie.
-No wiem że dobre.-zaśmiał się. był przyzwyczajony do trupów i napadów paniki więc niczym się nie przejął.-słuchaj stary pierdzie mam ciekawsze rzeczy do roboty niż dokładanie sobie roboty. I tak mam niezły poślizg przez ten dzisiejszy wypad, więc z łaski swojej odpieprz się od nas.-mruknął wracając do jedzenia.-Ej Tomo...-zaczął z pełną buzią.-Idziemy na oględziny trupka? Zanim specjalista przyjedzie zdążymy zrobić sekcję zwłok.-zauważył już znając miejscowego "specjalistę". Mówiąc to z talerzem w ręku poszedł na miejsce zbrodni.
[no widzę XD ale spoko mi to nie przeszkadza....jak zawsze mieszasz, za miło być nie może]
-Nie tylko amatorszczyzna ale też nie planowana zbrodnia.-ocenił.-Dwa pchnięcia na szyi i 3 na klatce piersiowej ale głowy nie dam póki go nie rozbiorę.-dodał zdejmując kurtkę i zakładając rękawiczki. Przeszedł przez taśmę.-Panie władzo lepiej zaufać nam, specjalista dojedzie za 3 godziny.-mruknął jeszcze przyglądając się ranom na szyi.-Na moje oko napastnik był wyższy...i to całkiem sporo. Co o tym sądzisz?-zwrócił się do chłopaka chcąc zdjąć z mężczyzny przynajmniej marynarkę żeby ocenić resztę ciała.
-Pan nie marudzi, dobrze będzie!-zaśmiał się.-Skoro siła to kobiety odpadają. Facet jest dość masywny...na szpilkach nie dałaby rady pchnąć nożem.-zauważył.-Skoro krzyczał czemu nikt wcześniej go nie znalazł? Leży tu już dobre pół godziny...-zauważył.-Oko...strasznie przypadkowe. Patrz ile niedokładnych i płytkich pchnięć dookoła. Wyraźna panika.-wskazał na lekkie cięcia.
Mężczyzna zamyślił się na chwilę przyglądając się zadanym ranom.-Te na szyi są zadawane raczej spokojnie. Dopiero później pojawiła się panika. Może nie jest to zamordowana przypadkowo osoba a raczej "niewygodna" osoba dla mordercy. Bał się że po tych dwóch rana jeszcze żyje więc zaczął panikować. Nie było nas dwie godziny więc nie wiemy o czym rozmawiali...jednak bardzo możliwe że nasza ofiara była niewygodna dla mordercy. Nie ma sensu pytać kto był w łazience a kto nie...jednak mamy kamery przy wejściu do toalety.-zauważył.-Morderca miał wystarczająco dużo czasu żeby zatrzeć ślady i się przebrać. To oczywiste, że kobieta byłaby bardziej podejrzana bo wszystko mogła schować do torebki, jednak jak wcześniej wspominałem nie jest to morderstwo i kobiecym stylu. One wo9lą strzykawki, trucizny...nuż jest bronią typowo męską.-dodał wstając.-Panie władzo kto mógłby mieć motyw?-spytał zwracając się do mężczyzny który był bliski zwymiotowania.
[balsamista który czyta kryminały XD]
Mężczyzna zdjął rękawiczki które wyrzucił.-Już niech się pan tak nie stresuje. Już nas nie ma. Radzę wam przejrzeć nagrania, zaoszczędzicie sobie i nam mnóstwo czasu. Poza tym nie będzie pan musiał patrzeć na zwłoki. Powinien pan siedzieć za biurkiem z tak słabym żołądkiem.-zauważył wychodząc z łazienki i siadając na oddalonej od całej reszty podejrzanych kanapie. Założył nogę na nogę i zwrócił się do chłopaka.-Co o tym sądzisz? Od tamtego faceta wyższy jest twój wuj, tamta kobieta na wysokich obcasach i ten facet który chyba jest sekretarzem jakiegoś polityka. Dość niewiele.
-Tak ja mam alibi. Byliśmy nieobecni całe dwie godziny, potwierdzisz to ty oraz kelnerka z baru dango.-stwierdził z ulgą.-Tak to na pewno nie ona, wygląda jakby zaraz miała zemdleć.-przytaknął.-Każdy jest zdenerwowany.-zauważył spokojny.-Twój wuj jest nie tylko dziwnie spokojny, ale też zbyt pewny...-zauważył po chwili milknąc.-Nie, nie mogliśmy dość do ciała, uspokajaliśmy policjanta, jest strasznie spięty.-skłamał zachowując spokój. "co za chuj...chce mnie w to wrobić?"-Przypadki chodzą po ludziach.-mruknął spokojnie.-No właśnie! To strasznie dziwne że akurat DZIŚ tak bardzo pan nalegał żebym tu przyszedł. Tak bardzo że posunął się pan to szantażu.-powiedział dostatecznie głośno żeby inni usłyszeli.
-Przez nikogo masz na myśli polityków? Bo tak się składa że wielu ludziom się pokazałem. Owszem pracuję z trupami. Sprawiam ze pogruchotana, niedoszła panna wygląda pięknie. A ty poza rujnowaniem wioski co robisz?-spytał unosząc brwi.-Wypadek samochodowy nazywasz morderstwem? Chyba mamy inne spojrzenie na świat.-zauważył chłodno.-W Tokio byliśmy dobrymi znajomymi, chodziliśmy razem na kursy.-wyjaśnił.-Narzędzie zbrodni? Podejrzewasz nas? Tylko no właśnie my jako jedyni mamy alibi. Całe dwie godziny spędziliśmy w barze z dango.-uśmiechnął się ukazując równe białe zęby.
-Tamtą kelnerkę balsamowałem w tamtym tygodniu. Teraz pracuje tam inna.-uśmiechnął się chytrze.-Za to w łazience jest kamera i zarejestrowała sprawcę więc również życzę powodzenia.-wyprostował się.-a teraz spierdalaj z tej kanapy zanim cię z niej zrzucę.-syknął patrząc na odchodzącego chłopaka. Nie szedł za nim, już i tak obaj byli pod ostrzałem podejrzeń. A zwłaszcza on w końcu był zupełnie obcy a ci wszyscy idioci mają za mało oleju w głowie żeby pomyśleć, że nie miał motywu.
-To nie dobrze...prawdopodobnie będzie to jedyny dowód...-westchnął.-może jego szef będzie bardziej się nadawał.-ściszył głos przysuwając się bliżej chłopaka.-Po tej pięknej konwersacji z twoim wujem jestem prawie pewny, że to on. Zwalenie na mnie winy byłoby wygodne, miał motyw...tylko nie wziął pod uwagę tego, ze wyjdziemy i będziemy mieli alibi...jeśli nie znajdą tego nagrania to wszyscy jesteśmy ugotowani.
-Oby jednak z tą kelnerką było wszystko ok...często tam przebywam a ona wydaje się w porządku.-westchnął już samemu nie wiedząc co robić. Puknął się otwartą dłonią w czoło.-Notowany? Kurwa jesteśmy ugotowani. Nasza obecność tutaj nie jest przypadkowa. On na prawdę chce zwalić na nas morderstwo. Zdolny balsamista plus notowany lekarz sądowy. Zbrodnia doskonała.-jęknął wyjmując z kieszeni portfel z którego wyjął waniliową cygaretkę. Zapalił ją mając lekko mówiąc wyjebane że są w budynku.
-powiem ci szczerze że ja też nie mam zielonego pojęcia jeśli chodzi o nasz motyw. A mnie nie tak łatwo zmusić do morderstwa. W jego planie są luki.-mruknął gaszac papierosa. Kiedy przyszła kolej na jego zeznania wstał z kanapy i spokojnie poszedł do wyznaczonego pomieszczenia. Oczywiście przedstawił się, podał zawód, wyjaśnił że nie znał ofiary oraz podał w szczegółach co robił od momentu kiedy tu przyjechał do momentu odnalezienia ciała. Przekazał swoje spostrzeżenia na temat tego kto może być mordercą, nie było sensu kłamać wiem wspomniał o tym że zrobił pierwsze oględziny zwłok. Wyjaśnił że ma do tego kompetencje. Wyszedł dość szybko wracając na kanapę.-teraz ty.-przekazał chłopakowi.
Kiedy wszyscy zostali przesłuchani mężczyzna obudził chłopaka żeby był na bieżąco z informacjami. Detektyw oznajmił że są w trakcie oglądania taśmy oraz że prosi Juna i Tomohise na dokładne obejrzenie zwłok. Mężczyzna niechętnie wstał z kanapy idąc do łazienki.-nie chce być nachlany ale proponuje przenieść ciało w trochę bardziej przestronne miejsce. Najlepiej chłodne.-mruknął biorąc rękawiczki.-Tomo pomoż mi go podnieść zaniesiemy go do dużego pokoju...a pan.-skinal głową na detektywa.-niech obserwuje ludzi.-mruknął idąc powoli.
Mężczyzna zasmial się cicho z reakcji ogółu. Grzecznie odłożył ciało.-tak możemy. Ale zamiast noża uzyjemy długopisu.-wyjaśnił odkładając nuż i biorąc długopis.-ofiara prawdopodobnie...-popatrzył na kobiety.-się odlewala...-mruknął.-wnioskuje to po opuszczonych spodniach ale nie jestem ekspertem. Morderca zaszedł ofiara od tylu i zadał dwa ciosy w szyję. Były zadane od góry więc wnioskuje że morderca był wyższy. Ofiara zaczęła się motac, prawdopodobnie odwróciła się. Morderca spanikowal i zadał kilka niedokladnych pchniec w tors ostatnim trafiając w serce i ostatecznie zabijając ofiarę.-wyjaśnił wszystko pokazując.
[oj no słownik w telefonie mnie nie lubi]
-nie ma sprawy.-schował długopis zaskoczony patrząc na szamoczacego sie mezczyzne.-jesteście pewni? To na pewno on?-spytał spokojnie. Podszedł do stołu nalegając sobie wody. Wziął parę lykow.-to on był na nagraniu?-ponownie spytał.-jest tu ktoś z rodziny tego pana!?-spytał wskazując na trupa. Chciał się upewnić czy w najbliższym czasie będzie go balsamowal.
-nie żeruje. Po prostu chcę wiedzieć czy będę miał masę roboty.-mruknął.-tylko nie wiem czemu ten nuż znalazł się w twojej kieszeni skoro to tamten facet.-mruknął wciąż patrząc się na burmistrza. Kiedy do nich podszedł popatrzył na niego spedelba.-slyszales? Racz pan spierdalac jedziemy sami.-mruknął podając chłopakowi kask.
-jestem za opcją numer dwa.-zasmial się cicho.-ale nic z tym nie zrobimy.-dodał spokojnie ruszając. Kiedy wyjeżdżali z miasta zwrócił się do pasażera.-radzę mocniej się złapać.-polecił przyspieszając i dla zabawy robiąc slalom przechylajac mocno motor na boki. Dla niego to była zabawa, uwielbiał jeździć czuł się wtedy wolny.
-zawsze możemy się kiedys przejechać dalej.-zasmial się. Wstał żeby schować kask i powrotem usiadł na motor.-chętnie ale jednak jest zbyt zmęczony. Marze o kąpieli i łóżku.-westchnął.-ale jak zrobisz dango to wpadne.-obiecał odpalajac motor i odjeżdżając. Był wykończony dniem a perspektywa jutra pełnego pracy nie napawala go entuzjazmem.
[A może coś spokojniejszego?]
Mężczyzna wracal z wieczornego biegu. Zmęczony oparł się o lade.-straciłem kondycję....-mruknął najpierw chcąc odzyskać oddech.-więc...słodka bułkę, herbatę i o...zrobiłeś dango.-uśmiechnął się przeczesujac włosy dłonią. Wziął z lady gazetę trochę się nią wachlujac.
[A może coś takiego bez śmierci?]
-no to ocenimy.-zasmial się idąc za nim na górę.-spróbuje i powiem czy twój wynalazek jest dobry czy lepiej żebyś trzymał się przepisu.-ponownie się zasmial.-wiesz prysznic to dobry pomysł bo pewnie smierdze...-mruknął biorąc od chłopaka ręcznik.-gdzie masz łazienkę?-spytał lekko zdezorientowany.
Mężczyzna umył się w miarę szybko. Koszulkę zostawił do wyschniecia wychodząc w samych spodniach i wycierajac włosy recznikiem.-dzięki za prysznic, od razu lepiej.-uśmiechnął się,-czuje się jak za starych, studenckich czasów.-zasmial sue siadajac na kanapie idiotą razu biorąc się za dango.-Hmmmm nie jest źle. Nawet dobre,-pochwalił go biorąc łyk herbaty.
Mężczyzna wzruszył tylko ramionami.-nigdy nie miałem czasu kupować. A twoje były na miejscu,-usprawiedliwił się.-nauka odciagala złe myśli...a budzenie się z krzykiem mam idiotą czasu do czasu nawet teraz. Ciężko sie tego pozbyć.-westchnął sięgając bo słodka bułkę.-no na pewno jak trochę pocwiczysz to będą pyszne. Przyjmijmy ze to próba numer jeden. Wersja testowa.-zaproponował.
-to samo mogę powiedzieć i tobie. Byłeś strasznie uparty i zdeterminowany żebym z tobą rozmawiał. A dookoła siebie zawsze miałeś bałagan.-westchnął.-ale się przyzwyczaiłes.-zauważył z lekkim uśmiechem. -oj no nie przesadzaj, metodą prób i błędów pójdziesz do odpowiedniego smaku.-zapewnił dopijajac herbatę.
-Tak i o ile się nie mylę celu nie osiągnąłeś bo jedyne co ode mnie usłyszałeś to ze wszystkie wykłady są ważne.-Wzruszył ramionami.-A dzięki mnie byłeś najlepszy na kursach więc nie marudź.-dodał dźgając go palcem w ramię.-A może nie znudzi? Może chociaż raz zrób zgodnie z przepisem-zaproponował.
-czyli cię oszlifowalem, więc po części to moja zasługa.-zauważył z uśmiechem.-na moje urodziny? No to sobie trochę poczekam...-westchnął teatralnie biorąc sobie dango.-ale może wtedy będą smaczniejsze i warto poczekać...-mruknął z pełną buzią.
-ależ ja cię nie skreślam, mówię tylko że do moich urodzin szmat czasu...-zasmial się. Wyszedł na dwór biorąc przykład z chłopaka żeby nie kurzyc mu w domu. Usiadł na podłodze zapalając i mocno się zaciągając.-ale czyste niebo...
-chyba wszystko po trochę...Tokio jest za szybkie...za głośne...ludzie są fałszywi. Tu jest inaczej. Spokojniej...no i niebo jest czyste.-zaciągnął się powoli wypuszczając dym z ust. -a tobie co bardziej się podoba? Tokio czy Yukan?-spytał unosząc brwi.
-jakie tam trudne...normalne...nie trudniejsze niż ty mi.-mruknął.-no tak...ale w miasteczku obok coś się dzieje. Jest kino, bary itp. No na koncert trzeba dalej ale ja się mogę bez tego obejść. Z Tokio mam...mało fajne wspomnienia więc tu się czuję o wiele lepiej.-wyjaśnił.
-A rozumiem...jak ja z Tokio...-zasmial się.-no cóż...ja mam na tyle słabą głowę że nie przyjalbym zaproszenia.-wzruszył ramionami gaszac papierosa. Wstał wchodząc do środka.-rozejrzal się po pokoju wcześniej jakoś nie mając okazji.-całkiem nieźle się tu urzadziles..po mimo bałaganu...
-no dobra już dobra...jestem z ciebie dumny...nauczyles się gdzie.kłaść ubrania.-zaklaskal śmiejąc się cicho.-och no cóż to mi schlebia.-zasmial się biorąc od niego artykuł.-ale cudotwórcy to lekarze...ja tylko naprawiam zwłoki.-mruknął odkładając gazetę.
-no...-przyjrzał się zdjęciu,.-to było jakieś pół roku po moim przyjeździe. Poszedłem sobie popływać,-przypomniał sobie.-ja tam nawet nie wiedziałem ze takowa gazeta jest. "Kwatera główna" w liceum...no cóż więcej oczekiwać, to mała wioska. Ale nie wiem kto w niej jest...mimo wszystko zdjęcie nie najgorsze...ale tekst nieźle naciągany.-zasmial się.
-normalnie hańba...nie dość ze przegrywam z tobą to jeszcze jestem w drugiej połowie dziesiątki,-zasmial się.-w takim razie kto jest pierwszy?-spytał unoszac brwi.-i kto układa rankingi?może raczej nie ma tutaj wielu młodych kobiet.-zauważył siadajac na kanapie,-nie, dzięki. Nie pije kawy.-odpowiedział patrzeć w stronę kuchni następnie wzrok przenosząc na otwarte drzwi balkonowe,
-tu w sensie w twoim mieszkaniu czy tu w sensie w Yukan. Bo jeśli opcja numer dwa to póki co nie zapowiada się żebym miał się z tąd wynieść. Mogę nawet powiedzieć ze to moje stale ,miejsce zamieszkania. Wyprowadza wchodzi w grę tylko w razie nieszczęśliwych wypadków,-odpowiedział biorąc idiotą niego kubek, lykajac trochę ciepłego płynu,
-wiesz ja mam swój czysciutki, poukladamy pokoik u Amakusow i tam mi jest dobrze więc się nie martw. Twoje mieszkanie zostanie takie jest i ja w nim nie zamieszkam.-zapewnił pijąc spokojnie herbatę, -zostawię twój balaganik tobie, skoro poukładane nic nie możesz znaleźć.
Mężczyzna popatrzył na niego niezadowolony i poprawił włosy.-wiesz chyba nawet bałbym się wpuścić cię do mojego pokoju...jeszcze zniszczyłbyś ten porządek. A co do dzieciaków to jest w sumie 2...bo Reiko i Ryu już nie liczę jako dzieci.-wzruszył ramionami dopijajac herbatę.
-Da się przyzwyczaić. Czasem powiedzą coś co cię skompromituje...czasem trochę pohałasują ale ogólnie to dobre dzieciaki. Ich ojciec zostawił mnie z nimi na tydzień...i w ten tydzień ich "wytresowałem". -zaśmiał się.-tyran powiadasz? Może masz rację...jego oczko w głowie zaczęło się buntować. Wiesz spóźniony okres młodzieńczego buntu...i całą winę zwala na mnie.-westchnął teatralnie.
-no wytresowałem.-wzruszył ramionami.-Ryu. Zawsze był grzeczny, ale wiesz dlatego że jest chory ojciec wiele rzeczy mu zabrania. Zaczęło go to denerwować no więc wszedł w okres buntu.-wyjaśnił na szybko.-Dlaczego mnie? Bo wszystko się zaczęło jak zostałem z nimi na tydzień. Więc twierdzi że to moja wina.
-A ja rozumiem czemu on się buntuje...i tak długo wytrzymał.-mruknął pocierając ramiona i zakładając koszulkę.-zimno...Bo Ryu jest dobry w kuchni. To on w domu odpowiada za posiłki.-wyjaśnił.-Ano widzisz powinieneś być mi wdzięczny, dzięki mnie nie powtarzałeś roku.
-A...to...-podkulił pod siebie nogi obejmując je rękoma.-Wiesz dlaczego mieszkałem w akademiku pomimo, że mieszkałem w Tokio? Robienie za dziwkę własnego ojca za możliwość mieszkania w jego domu nie jest najprzyjemniejsza. Nawet w akademiku miałem koszmary i krzyczałem przez sen, dodatkowo z natury jestem pedantyczny. Nikt nie wytrzymywał ze mną dłużej niż miesiąc. I wtedy pojawiłeś się ty. Dzieciak z jakiejś zapyziałej wiochy. "wow to już pół roku a on nadal tu mieszka". Tak sobie myślałem. I zaczęły się twoje problemy. Najpierw alkohol, potem narkotyki i bójki. Nie chciałem tracić kogoś kogo mimowolnie w myślach nazywałem przyjacielem. Więc pomagałem. Na tyle ile mogłem i potrafiłem.-wyjaśnił spokojnie.-Z nikim nie rozmawiałem to fakt...ale czy ktokolwiek poza tobą chciał ze mną rozmawiać? Według nich byłem dziwakiem bez pozytywnych emocji na twarzy.-wzruszył ramionami.
-Chyba nawet nie miałeś za bardzo okazji. Wyjechałem bez pożegnania.-zauważył spokojnie.-Ale fakt...jesteś mi winny wieeelkie podziękowania...choć raz poskładałem kogoś żywego.-zaśmiał się cicho.-Ano właśnie...musiałeś się nasłuchać moich wrzasków...-mruknął lekko zażenowany.-chyba nawet nie chcę wiedzieć co krzyczałem...nie pamiętam, budziłem się zlany potem.-westchnął.-kalendarzyk? I co w nim zapisywałeś?
-Uciekałem od bolesnej przeszłości, więc się nie dziw że zmieniłem numer. Ale fakt mogłem cokolwiek powiedzieć.-uśmiechnął się lekko.-Ale nie lubię pożegnań, więc wolałem po prostu zniknąć. Tak było wygodniej.-wyjaśnił.-Martwiłeś się niepotrzebnie jak widać na załączonym obrazku.-zaśmiał się wskazując na siebie.-Mhm...i coś ciekawego dowiedziałeś się spisując te daty i godziny?
-Ale teraz jestem więc nie marudź.-zaśmiał się również wychodząc jednak nie chcąc już palić. Obiecał 7 papierosów dziennie a dzienną dawkę już wykorzystał.-Hmmm to i tak w miarę normalne...jeden chłopak który w sumie wytrzymał najkrócej, jakiś tydzień. Stwierdził że jestem psychopatą i on ucieka. Mówił że krzyczałem coś w stylu:" Nie dotykaj mnie tam" "Gdzie to wkładasz" "Boli" "przestań" "zabieraj te brudne łapy" "gdzie z tym ryjem"...-wzruszył ramionami.-Pewnie rozpowiadał to po całym kampusie i dlatego nikt ze mną nie gadał.
-och...-mruknął zaskoczony.-faktycznie nie pamiętam żebyś coś do mnie mówił...Jestem pełen podziwu że nie zwiałeś po pierwszej nocy słuchania moich krzyków.-zaklaskał opierając się o barierkę.-Wiesz obiecałem Ryu i dzieciakom ze ograniczę do 7 dziennie. Mam cholerną chcicę...czasem jak już nie wytrzymuję, trzęsą mi się ręce i w ogóle to palę cygaretkę. Teraz mam taką chcicę ale...nie mam cygaretek ze sobą.-wyjaśnił
-no cóż zdarza się, jakoś wytrzymam.-mruknął spokojnie.-jak wrócę to zapale. Tylko wiesz z tym rzucaniem to jest także ja raczej i tak nie rzuce. Lubie to. Czasem jestem tak wkurwiony ze nawet nie patrzę ile palę. Byle tylko się uspokoić. W tym momencie po prostu mam chcice nikotynowa. Więc nie kuś losu.
-no przybieglem.-odparł zbierając swoje rzeczy.-jeśli chcesz, ale nie jest to konieczne-uśmiechnął się ubierajac buty i wychodząc z mieszania.-o której najlepiej przyjść żeby dostać cieplutkię buleczki?
-hmmmm więc...przyjdę przed 8...akurat na śniadanko po porannym spacerze i fajce. Idealnie.-uśmiechnął się-a potem do roboty...dostałem rozbity statek...6 rodzin prosiło o balsamowanie...-zdradził wzdychajac ciężko.
-ano sporo. Jeszcze nie widziałem w jakim stanie są ciała ale po rozegranym statku nie oczekuje łatwej roboty. Pomoc się przyda.-uśmiechnął się,-po południu może być. Wpadnij.-dodał po chwili wybuchając śmiechem,-właśnie sobie przypomniałem jak całkiem niedawno musiałem jakiemuś gosciowi przyszyc penisa. Odciął sobie piłą a potem się utopił. Żona chciała mieć go na pogrzebie w całości.
-Serio! Jak Ryu mi o tym powiedział to nie mogłem przestać się śmiać. Jak mi dostarczyli jego części minęła kolejna godzina zanim się opadnowalem i zacząłem pracę. No ale mu wszystko ładnie zszylem...biedny facet...ciekawe czemu to sobie zrobił.-mruknął wkładając ręce do kieszeni.
Mężczyzna został obudzony przez hałas na dworze i wezwany do pomocy. Szybko zorientował się w całej sytuacji, straż została wezwana jednak nikt jakoś nie palił się do uwolnienia chłopaka. Rozbiegł się i kilka razu uderzył barkiem w drzwi próbując je wyważyć jednak nie za wiele to dało.-Hej słyszysz mnie?! Wejdź na piętro to cię jakoś złapie!-krzyknął dochodząc do wniosku że wyjście drzwiami odpada.
Mężczyzna pobiegł pod balkon oczekując chłopaka.-No skacz!-ponaglił go po chwili już trzymając go w ramionach.-Mam cię...-westchnął zadowolony. Delikatnie postawił go na ziemi.-Trzymasz się?-spytał jeszcze lekko go podtrzymując i doprowadzając do kępki trawy na której go posadził.-Coś tak czuję że straż przyjedzie jak już z budynku zostaną same zgliszcza....-westchnął patrząc na płonący budynek który mieszkańcy jakoś starali się uratować wodą z wiader.
-I niedysponowany.-dodał.-Pracę...możesz mi pomagać...ale najpierw sobie rany wyleczysz.-oznajmił prosto z mostu.-niestety problemu zamieszkania ci nie pomogę rozwiązać...sam nie mieszkam na własnych śmieciach.-zaśmiał się.-O...słychać straż więc pewnie zaraz będą...-uśmiechnął się do niego pocieszająco.
-Coś się wymyśli...zawsze mozesz w hotelu.-zaproponował.-No cóż...motorem w takim stanie nie pojedziesz. Zostaje samochód...-mruknął trochę nie pewnie wiedząc jak chłopak reaguje na jazdę pojazdami o 4 kołach-Dasz radę?-spytał żeby się upewnić.
-Ech...nie mogę zawieźć cię motorem kiedy jesteś w takim stanie...-mruknął. Pobiegł po samochód.-Chodź...-mruknął kiedy dojechał. Pomógł mu do niego wejść. Odpalił i starał się dojechać jak najszybciej żeby chłopak nie musiał długo siedzieć w samochodzie. Kiedy dojechali otworzył mu drzwi pomagając mu wyjść i doprowadzając do szpitala.
-praca nie zając, nie ucieknie.-mruknął siadajac sobie na stolku.-posiedze trochę i wtedy pojadę. A jak cie wypisza to przyjadę motorem żebyś nie musiał się tluc autobusem,-uśmiechnął się lekko.-lepiej się już czujesz?-spytał spokojnie.
-No nie zając. Jak mnie wyganiasz to mogę iść.-wzruszył ramionami jednak dalej siedząc.-Nie muszę ale mogę. W razie czego masz mój numer i możesz zadzwonić.-dodał zakładając nogę na nogę.-Ciekawe jak się zapaliła...przecież nie mogła ot tak sobie.-mruknął bardziej do siebie patrząc w okno.
-mhm...no nic pomyślimy o tym jak poczujesz się lepiej i wszystko sobie poukladasz.-uśmiechnął się.-sprawdze-zapewnił.-napisze sms jak tylko wszystko obczaje.-dodał wciąż lekko się uśmiechając.-chcesz odbudować dom czy wybudować nowy?
-rozumiem...ty masz dobre wspomnienia z rodzinnego domu. Miejmy nadzieje że będzie co odbudować. Jak nie to zburzyć i zbudować na tym samym miejscu.-zaproponował.-zobaczę co ocalało. Miałeś tam jakieś cenne rzeczy? Coś co nie chciałbyś stracić?-spytał chcąc wiedzieć czego powinien szukać.
-zobaczę może coś ocalało...a jak nie to...gitarę zawsze można kupić nową, to samo laptop...może coś z albumu ocalało...dane w laptopie. Postaram się odzyskać tyle ile się da.-obiecał wzdychajac lekko.-to nie mogło się zapalić ot tak.-mruknął.-ubrania...pewnie będą na ciebie za duże...ale postaram się znaleźć coś mniejszego. Numer swojego konta znasz? Wtedy o pieniądze nie musisz się martwić.
-wiesz...to mógł być on...nie wykluczam takiej możliwości...-zamyslil się.-jednak nie jest powód żeby uciekac...możesz na przykład piekarnie zbudować tam gdzie była a dom gdzieś indziej.-zaproponował takie wyjście z sytuacji.
-zastanów siena spokojnie. W szpitalu będziesz miał na to masę czasu,-uśmiechnął się pocieszająco-jak się lepiej będziesz czuł to wtedy wypuszcza.-mruknął,-ok...-rozejrzal się zauważając na stoliku notes i długopis. Wstał i zapisał swój numer karteczke kładąc na szafce nocnej obok łóżka chłopaka. Potem usiadł znów na krzesełku.
-daj spokój, przyjaciół się tak nie zostawia.-mruknął.-nie mogłem jechać wolniej. Stwierdziłem ze jak pojadę szybciej to będzie lepiej.-machnął ręką.-jak już cie uratowalem to dociagne to do końca i nie zostawię siemw takim stanie.
-nie obowiązek, robię to z własnej woli.-sprostowal.-jasne ze możesz, no i jakieś wynagrodzenie będziesz za to miał, pogadam z szefem. Pomoc zawsze mi się przyda.-uśmiechnął się po chwili patrząc w stronę wchodzącej kobiety.-dzień dobry.-powiedział wysuwając w jej stronę dłoń.
-dziwna kobieta.-ocenił patrząc na drzwi lekko zszokowany. Obudziło go dopiero pytanie chłopaka.-więc....raczej powinni się zgodzić. Będę jechał ostrożnie.-odpowiedział przenosząc wzrok na chłopaka.-będzie dobrze, przestan się tak martwić, musisz odpoczywać.
Jun tylko pokiwal głową. Kiedy chłopak zasnął opatulil go mocniej koldra i wyszedł. Przyjechał kilka dni później na motorze wiązac od razu ciuchy na zmianę.-hej.-uśmiechnął się wchodząc do sali w której leżał chłopak.-same gołe, zniszczone ściany. Prawie nic nie ocalało. Tu jest to co znalazłem i ubrania na zmianę.-oznajmił.
-album i karty pamięci komputera też ocalały.-odpowiedział.-jasne idź, skoro lepiej się już czujesz to świetnie. A skoro wszystko ładnie się goi to nie mamy się czym martwić.-ocenił sytuację siadajac na krzesełku i czekając na chłopaka
-więc powiem coś co na pewno cie pocieszy. Gitara jest cała i zdrowa...-uśmiechnął się.-jednak teksty spłonęły.-dodał z mniejszym entuzjazmem.-no cóż ubrania na tobie wiszą....-westchnął.-poradzisz sobie sam ze zmianą opatrunku?-spyta wstajac z krzesełka.
-ocalała. Będziesz mógł grac-zapewnil z uśmiechem. Wyszedł ze szpitala podchodząc do swojego motoru.-mogę pomóc na początku. W końcu zmiana opatrunku powinna być pozadnie wykonana.-wyjął drugi kask podając go chłopakowi.-chcesz gdzieś zajechac?-spytał wsiadajac na motor.
-wiec zajedzemy do centrum handlowego.-zdecydował uznając ze tam będzie wszystko na miejscu włącznie z bankiem. Odpalil motor powoli jadąc przez miasto i parkujac przed budynkiem.-no jesteśmy na miejscu. Jak sie jechało?
-na pewno wszystko dobrze?-spytał zmartwiony lekko asekurujac przyjaciela.-wcale nie robię dużo...więcej robiłem na studiach...-wyruszył lekko ramionami. Taka była prawda. Po prostu pomagał przyjacielowi. Kiedy mieli już wracać oparł się o motor odpalajac papierosa,-możemy...ale może najpierw jakieś dobre jedzonko?-zaproponował jakoś nie mając jeszcze ochoty na powrót.
-rozumiem...no ale będzie dobrze. Wszystko się ułoży, przecież bywało gorzej.-zaciągnął się mocno powoli wydychajac dym.-więc...nie znam tu zbyt wielu knajpek...ale jest jedna pizzeria którą bardzo lubie. Możemy tak zajechać, chyba że wolisz coś innego.-machnął ręką,
[A tak w ogóle to wszystkiego najlepszego z okazji dnia chłopaka XD]
-no więc to co robię teraz jest normalne. Ale nie mam zamiaru więcej robić za line ratunkową którą musi sięgać aż do dna.-zasmial się wesoło.-jasne że odpocznijmy...zanim podadzą pizzę minie w pół godziny...-mruknął rzucając peta na ziemię i depcząc go butem.-wiesz co...może lepiej będzie jak cie wezmę przed siebie? Wygladasz na słabego a jeszcze się zsuniesz czy coś...
[Serio? No co za niewychowane polki XD]
[Więc chyba będę musiała ją opieprzyc XD btw. Mogę prosić o jakieś numery kontaktowe?]
-no ja myślę.-zmierzwil mu włosy.-ech daj spokój. Myśl o swoim bezpieczeństwie a nie o mojej wygodzie. Kolejnego wypadku mi tylko brakuje.-westchnął sadzajac go z przodu i siadajac tuż za nim.-nie ma marudzenia. Łap się na środku kierownicy.
[Więc wkraczam w teren wybranych XD może być i to i to XD no no...tylko sms podejrzane...dum dum dum XD]
-tak tak będzie ostrożnie, nie ma strachu.-westchnął łapiąc za kierownicę i sprawdzając czy da się skręcić.-Tomo...ale muszę skrecac więc nie trzymaj tak mocno i współpracuj.-poprosił powoli ruszając. Starał się jechać spokojnie i wolno.
[Za to ja mówię strasznie szybko...ale jakoś tak wygodniej jest mi pisać XD no ale proszę o numery ^^]
-jakie "jakoś"? Było dobrze nie marudz.-westchnął schodząc z motoru. Wprowadzil chłopaka do lokalu siadajac przy pierwszym wolnym stoliku i prosząc o menu.-co za determinacja,-zasmial się.-skąd aż taka?
[Chyba? O.o jak bardzo nie pewny jesteś? Bo nie wiem czy mam wysyłać wiadomość testowa XD]
-jak to dobrze że ja w szpitalach nie przebywam jako pacjent...-westchnął przeglądając menu.-więc...albo fruti di mare...albo diablo....-mruknął czytając składniki,-wybieraj bo ja tam obie lubie.-mruknął wzruszając ramionami.
-sprite...-zdecydował po chwili namysłu,-jasne że zawioze, to dobrze że będziesz mieć dach nad głową.-uśmiechnął się zadowolony.-chcesz zobaczyć swój dom? Od kiedy chcesz zacząć mi pomagać?-spytał na mężczyznę robiacego pizze którego było widać przez szybę.
-ok więc od przyszłego tygodnia będziesz mi pomagał. Ale nie ma obijania się, igła, nitka i lecisz. I nie wywiniesz się od mycia zwłok.-zasmial się odbierając od kelnerki napoje.-więc zajedziemy. Weźmiesz od razu gitarę.
-Dostaniesz ciało i będziesz się nim zajmował od początku do końca. Nie ma wymigasz się od mycia. Mogę cię tylko pocieszyć że warunki są lepszy nić w studenckiej pracowni. Zamiast prysznica jest całkiem spora wanna.-oznajmił opierając się łokciami o stół a głowę kładąc na dłoniach.
-Żadnego "ale Jun". Zdeklarowałeś się pomóc, więc się mnie słuchaj. Będziesz mył trupka.-wywrócił oczyma smarując kawałek pizzy sosem i biorąc gryza.-W ogóle czemu tak ci to przeszkadza, hm?-spytał unoszą brwi. Zupełnie tego nie rozumiał. Uważał że bardziej można się kłócić o szycie niż o mycie.-przepraszam jest może sos chili?-spytał akurat przechodzącą kelnerkę.
-A-ale...panowie zamówili bardzo ostrą pizzę...z reguły do tej podajemy tylko czosnkowy...
-Tak wiem. Jednak mógłbym jeszcze prosić chili?-ponowił pytanie.
-Za chwilę przyniosę...-odparła nieśmiało zaraz odchodząc.
-Nie dramatyzuj. Ja mam głównie topielce, rozczłonkowane ciała które rozbiły się o skały i bardzo ciekawe przypadki jak pan z odciętym penisem.-wzruszył ramionami.-wymiocin raczej nie ma. Wiec ciała będziesz mył.-oznajmił będąc całkowicie nieugiętym.-I bez marudzenia. Bo jak dostanie nam się wypadek samochodowy to nie ma przebacz. Sam ich wszystkich nie umyję.
[a bo studia...nie ma kiedy się uczyć, ani czasu dla siebie na odpoczynek...]
-Cola? Taka jak wszędzie...a ja i tak wolę pepsi bo jest słodsza.-wzruszył ramionami.-Normalnie też będziesz i bez gadania. Musisz się jakoś przemóc. Ja wygrałem walkę z antropofobią. To ty możesz z...myciem zwłok.-mruknął dalej spokojnie jedząc pizze.
[WHAT? O.O No nie no...juz jedną znajomą miałam co się cięła...]
-Lubię słodkie.-mruknął pod nosem.-Ja się przemogłem to i ty możesz.-fuknął osobiście twierdząc że jego fobia była jednak gorsza.-Niewygodnym? Nie wykluczam tego...no wiesz...znasz go lepiej, jest twoją rodziną...i takie tam...-nie wiedział jak ubrać to w słowa.-Przeklęty? Za to mój ojciec zwykł mawiać że przynoszę śmierć.-mruknął już nie przywiązując do tego takiej wagi jak kiedyś. Ostatnimi czasy uratował kilka osób co zmieniło jego zdanie na ten temat.
[ech...i co tu zrobic? Jakieś sugestie? Ja nad koleżanką też masę czasu spędziłam...ale nie wiem czy mogę to uznać za sukces skoro przerzuciła się na fajki...]
-szatana? Nawet całkiem blisko prawdy.-zasmial się jak bardzo trafne było to określenie. Jego ojciec był jak szatan.-nie panikuj...raczej nic ci tu nie grozi...-uśmiechnął się lekko.-no więc skoro zawsze był miły to ludzi po prostu plotkowali nic o nim nie wiedząc. Norma...coś o tym wiem...
[Ech sama mam dość niską...ale aż tak źle ze mną nie jest...chciałabym jakoś jej pomóc ale chyba się nie nadaje...nie wiem jak.]
-panikujesz.-mruknął i machnął ma to ręką.-oj daj spokój, mnie i tak nie lubią. Jestem balsamista mnie nie lubi się dla zasady.-wzruszył ramionami.-nie ważne ci mówią inni. Ty go znasz jako cudowną osobę i chyba to jest najważniejsze prawda?-spytał unoszac brwi i zabierając ostatni kawałek pizzy.
[Coś strasznie doinformowany jesteś. No cóż pewnie i tak nic nie mogę zrobić...]
-wcale tak.-westchnął.-szok po urazowy.-dodał dopijając swojego sprita.-mnie nie trzeba ostrzegać. W końcu jestem przerazajacym pomocnikiem kostuchy i takie tam. Ludzie z natury omijają mnie szerokim łukiem.-mruknął cicho,
[Wujek dobra rada? Ściana płaczu? Lina ratunkową? XD mi za to nikt nic nie mówi...ciekawe czemu...]
-ano szok pourazowy. To normalne.-przytaknal spokojnie.-logicznie powiadasz? Więc...jesteśmy z tej samej branży...poza tym mieszkaliśmy razem i zdazyles zobaczyć mnie od tej słabej strony. Więc jakoś nie masz się czego bać. Ale czemu miałoby cie zaraz ciągnąć to nie wiem...
[Tak wiem ale to już nawet nie o to chodzi XD mi ogólnie NIKT nic nie mówi XD]
-też możliwe. Więc widzisz plotki zazwyczaj nie mają poparcia w rzeczywistości.-mruknął wstajac.-możemy.-przytaknal ubierajac kurtkę.-jakie z tyłu? Jedziesz z przodu, nie chcę wypadków ani ofiar. Jestes chudy więc nie jest źle jeśli chodzi o jazdę. No i współpracujesz.-wyszedł z lokalu podchodzac do motoru i ubierajac kask.
[No bez przesady...pół roku i 18 będę miała XD może jestem mało zaufana osobą...kto wie.]
Usiadł za nim spokojnie ruszając.-no przecież jeżdżę spokojnie...nie rób ze mnie pirata drogowego.-mruknął wyjeżdżając z miasta i nie zmieniając tempa.-zadowolony czy jeszcze wolniej?-spytał jakoś w połowie drogi.
[Mogłabym powiedzieć to samo :P]
Mężczyzna jechał dalej tym samym tempem ale kiedy zauważył że chłopak puścił kierownicę momentalnie jedną ręką podtrzymał go w pasie druga kierując. Zjechał na pobocze i zatrzymał się na polu,-Co jest?-spytał zmartwiony.-źle się czujesz?-dopytal.
[Przyganial kocioł garnkowi XD co niby mam o sobie opowiadać XD]
Westchnął ciężko przytrzymujac chłopaka.-i chciałeś jechać z tyłu?-spytał cicho się śmiejąc. Dotknął dłonią jego czoła,-nie masz gorączki. Odpoczniemy chwilę i dopiero ruszymy dalej. W domu będziesz odpoczywał, leżał i jeszcze raz odpoczywał.-oznajmił.-chcesz zejść z motoru?-spytał po chwili.
[Taaa to dowiedziałam się przez przypadek jeśli mnie pamięć nie myli XD]
-to nie myśl. Wyladowalbys w piachu...-pokrecil głową.-straciłbym przyjaciela i jeszcze musiał go balsamiwac...nie za takie wrażenia dziękuje...-mruknął,-dobra posiedzimy...jak poczujesz się lepiej to powiedz, wtedy odczekamy jeszcze chwile i ruszymy. Nie musimy się śpieszyć.-dodał spokojnie.
[Mhm rozumiem...w sumie nic dziwnego że nie lubisz...]
-Hej, hej, spokojnie. Nie wiem co ci jest ale to może być szok pourazowy...no i bardzo prawdopodobne że jesteś osłabiony. Odpoczniemy i pojedziemy dalej. W domu też powinieneś odpocząć, jeść dobrze...-westchnął cicho.-siły ci wrócą. Skoro cie wypisali to wszystko jest ok.
[No racja nie jest. Chociaż nie wiem czy mam prawo się wypowiadać XD szpitalu byłam raz...jak się urodziłam]
-przestan pierdolic.-niemalże warknal,-czy kiedykolwiek zostawiłem ci na pastwę losu? Nie. I teraz też tego nie zrobię. Odpoczniesz i jakoś dojedaiemy. Choćbym musiał usadzic cie na motorze i prowadzić go do Yukan ale się tam zawioze. Więc nie pieprz tylko oddychaj.
[Sporo...i weź no jak tu nie współczuć? :P]
-to normalne przecież. Kto by się nie bał?-uniósł lekko brwi.-to wszystko przecież było związane z twoim ojcem...nic więc dziwnego że boisz się tego widoku...jeśli będziesz potrzebował to płacz. Może znajdziesz coś comja ominalem.-uśmiechnął się do niego lekko.-nie bój się wracać do domu.
[Dobra idę spać bo jutro mam szkole...i sprawdzian z wosu...XD dobranoc]
-śmiać sie nie będę. Czy kiedykolwiek się śmiałem?-spytał unosząc brwi i zdejmujac mu kask.-jeszcze nie jedziemy. Trzęsiesz się jak galaretka, chcesz spowodować wypadek?-westchnął cicho.
-Bo najważniejszy jest kochający rodzic...-mruknął.-no jakoś dojechać musimy żebyś mógł się w końcu położyć i odpocząć.-westchnął myśląc nad jakimś rozwiązaniem.-Więc...odczekamy jeszcze chwilę i pojedziemy, a jeśli znów coś będzie nie tak to się zatrzymamy. Trochę to będzie trwało ale w końcu dojedziemy. Zostało tylko jakieś 10 km.-wyjaśnił plan działania.
Kiedy chłopak się odezwał westchnął ciężko.-dobra jedziemy...ale jeśli coś by się działo to się zatrzymujemy. Najważniejsze jet żebyśmy dojechali cali, bez wypadków.-mruknął zakładając kask,-więc nie graj twardziela.-ostrzegł go odpadając motor i powoli włączając się do ruchu. Jechał na tyle powoli na ile mógł.
Jechał spokojnie cały czas kontrolując czy chłopaka mu się nie osuwa. Kiedy się odezwał i puścił kierownicę momentalnie się zatrzymał.-miałeś się odezwac jakby coś się działo.-westchnął schodząc z motoru.-odwioze motor i po ciebie przyjdę...chyba ze masz inny plan?
Tylko przytaknal i odjechał. Zaparkował w garażu i pobiegł w stronę miejsca gdzie zostawił chłopaka.-siadaj...ledwo stoisz nie mówiąc o poruszaniu się...zaraz cie tam zaniose...-oparł się dłońmi o kolana chcąc trochę odpocząć.-daleko to?-spytał patrząc na chłopaka lekko zmartwiony.
-to nie daleko, doniose cie.-oznajmił prostujac sie i podchodzac bliżej chłopaka.-więc po co się stamtąd ruszales? Mogłeś zostać w szpitalu...-westchnął wyjmujac z kieszeni gumke i zwiazujac włosy.-ale lepiej nie ryzykować jazdą do miasta....będziesz wymiotowal?-spytał kontrolnie nie wiedząc czy może go wziąć na ręce.
Westchnął ciężko na prawdę nie wiedząc co na to powiedzieć. Wziął go na ręce niczym małe dziecko i ruszył w odpowiednim kierunku,-czemu wypisala cie ze szpitala skoro jeszcze powinieneś zostać? Zupełnie tego nie rozumiem...nie tak zachowują się matki...
-a weź się nią nie przejmuj...-poglaskal go po plecach.-wyplacz się jeśli musisz gluptasie. To boli, co to ona ci zrobiła. Jak cie potraktowała. Możesz płakać.-uśmiechnął się lekko.-nie będę widział bo patrzę przed siebie.-dodał spokojnie.-nie musisz się powstrzymywać.-zakończył milknac.
-nikt nie chce żeby rodzic go nienawidził. Jesteś dobrym synem to nie twoja wina.-złapał go pewniej delikatnie glaszczac go po plecach. -nie dziekuj.-odezwał się po dłuższej chwili.-lepiej ci?-spytał również po jakim czasie zatrzymując się na skrzyżowaniu.-gdzie teraz?
-Ok no to prosto. Powinienem trafić.-szedł powoli starając się nie potknąć na krzywym chodniku. To było ta jedna rzecz z Tokio za którą najbardziej tęsknił, proste chodniki.-Jak lepiej na sercu to połowa sukcesu. A jak już dojdziemy to ładnie się położysz i powrót do zdrowia to będzie tylko kwestia czasu.-uśmiechnął się w oddali zauważając już szkołę.
-Musiałeś zemdleć? Ten pies się na mnie rzucił...-mruknął oskarżycielsko. Wziął łyk herbaty.-Opowiedziałem staruszkowi jak to wszystko się stało. Odpoczywaj i niczym się nie martw.-uśmiechnął się do niego lekko.-Wyjdziesz z tego.-pokiwał głową biorąc leżące na stole ciasteczko.
Machnął na to ręką.-tylko szybko zdrowiej.-polecił celując w niego palcem wskazującym.-nie ma wiecznego obijania się.-zachichotał.-oj nie dziękuj. Możemy przyjąć że masz u mnie dług.-zaproponował wzruszając ramionami.
-przyszłość?-spytał zaskoczony podając mu rękę. Przytaknal chłopakowi dając znak że usłyszał.-a w jakim aspekcie tą przyszłość?-spytał. Nie zwykł wierzyć w takie rzeczy jak przewidywanie przyszłości ale zawsze warto było posłuchać. Przez dłuższą chwilę milczał.-no dziadku. Co tam wyczytales?
Mężczyzna uniósł brwi i założył nogę na nogę. No jasne że chory i o wiele młodszy chłopak nie przyniesie mu spokoju.-uciec?-spytał przeczesujac włosy dłonią.-czemu miałby uciec?-mruknął i pokrecil głową.-no dziadziu skąd ty tyle wiesz?
-mojego szczęścia? Co mu nagadales i czemu niby miałby uciec?-spytał krzyżując ręce na piersi.-dorabiasz a co emeryturka za mała?-zasmial się biorąc łyk herbaty.-ech gluptasie...-westchnął zwracając się do chłopaka.-trzebabulo siedzieć w szpitalu...-pokrecil głową.
-mówił że nie chce na studia...-mruknął bardziej do siebie.-spokojnie dziadku. Ja sobie radze...moje szczęście zdaje sobie sprawę z różnicy wieku.-wyjaśnił lekko wzruszając ramionami.-jestem spokojny.-spojrzał na leżącego chłopaka.-no ale mogłeś jakoś dogadać się z lekarzami.-westchnął na prawdę nie rozumiejąc poczynań tej kobiety.
-debilizm, korupcja i wszystko co najgorsze-odparł żywo gestykulujac.-dziadku jeśli on nie chce, jeśli tutaj mu dobrze to nie będę go zmuszał. Obiecałem już sobie że do niczego nie będę go zmuszał...jeśli zmieni zdanie i będzie chciał iść na studia to go nie będę zatrzymywał. Jasne że będę smutny i niezadowolony. Ale chce żeby spełniał swoje marzenia.-wyjaśnił dobrze wiedząc że puszczenie swojego małego szczęście na studia byłoby dla niego ciężką decyzja.
Jun
Westchnął ciężko.-Studia to...ja nie wiem czy chcę żeby jechał. Nie wiem. Ojciec nie chce go puścić bo się martwi i boi. A ja, masz rację jeśli wyjechałby studiować pojechałbym razem z nim. Tylko co by to dało? Dom by się zawalił a jego ojciec a mój szef za chiny ludowe nie poradzi sobie sam w robocie. Jasne mi pomogły panie jasnowidzu. Pomogły i to jak.-pokręcił głową.-ja nie wiem co dadzą jemu.
~*~
Takano
Było około południa i młody cukiernik spałby pewnie jeszcze dłużej gdyby nie szczekanie domagającej się spaceru suni. Ubrał się i wyszedł na taras biorąc ze sobą psa.-Tak wiem Jolie...jestem tutaj tydzień a jeszcze nie zobaczyłem okolicy...-westchnął schodząc w dół do miasteczka.-Gdzieś tutaj powinna być piekarnia...może tam mógłbym pracować...-mruknął sam do siebie jedną rękę wkładając do kieszeni.
-Hej ty!-zawołał na chłopaka stojącego przed spalonym budynkiem.-Niedawno się wprowadziłem. Nie wiesz może gdzie tu jest piekarnia?-spytał podchodząc.
Takano
-Łagodna.-poprawił z automatu.-Lubi cię.-zauważył dość niechętnie.-Normalnie na wszystkich warczy i szczeka jak głupia.-wyjaśnił wzruszając ramionami.-bez jaj...-mruknął oceniając wzrokiem zgliszcza.-szukam pracy. Jakbym chciał świeże pieczywo to sam bym sobie upiekł, co z resztą robię.-wyjaśnił wyciągając dłoń w jego stronę.-Kyouhei Takano. Cukiernik. Studiowałem w Paryżu więc jakbyś kiedyś potrzebował kogoś do pracy to się polecam. Mogę też pomóc w odbudowie.-zaproponował chcąc jak najszybciej zacząć coś robić. Siedzenie w domu go męczyło, a zjadanie jednego ciasta przez tydzień nie było najprzyjemniejsze.
Jun
-Więc co mam go namawiać żeby wyjechał?-spytał unosząc brwi.-Nie zabieram mu go. Daję mu wolną rękę. Do niczego nie zmuszam.-westchnął.-Ja wiem że się pogodzą. Nie uważam żebym go zabierał ojcu. Nadal jednak uważam że jego ojciec przesadza.-upił łyk herbaty.-Jeśli będzie naprawdę chciał studiować to to zrobi...ale na razie niech tu zostanie...póki nie jest w pełni zdrowy.
Takano
Mężczyzna umilkł na chwilę wyraźnie się nad czymś zastanawiając.-Odbuduję ją.-oznajmił w końcu.-Ale najpierw zrobię dango. Jeśli mi wyjdzie, zrobimy piekarnio cukiernię. Na prawdę chcę żeby ludzie posmakowali moich ciast.-włożył zmarznięte ręce do kieszeni kurtki.- Jeśli nie wyjdą to trudno...ja jakoś sobie poradzę. Jednak mam jeden warunek.-odkaszlnął.-Tu był też twój tom, prawda? Zamieszkasz ze mną. Nudzi mi się samemu.-mruknął.-Jolie. Nazywa się Jolie.-odpowiedział.
Jun
-Ale żeś wymyślił. Ja mam dość rozmów wychowawczych.-mruknął kręcąc głową.-Poza tym co mam z nim rozmawiać...sam mówił że tutaj mu dobrze...-wzruszył ramionami.-Jeśli poczuje że chce pogadać bo ma wątpliwości czy iść na studia czy nie to raczej sam przyjdzie. -mruknął uznając że taka opcja jest najbardziej optymalna.
Takano
-A masz kasę żeby na tej SWOJEJ ziemi odbudować SWOJĄ piekarnię?-spytał unosząc brwi.-ja mam na tyle sporo żeby zrobić z tego całkiem niezły budynek. Więc jak? Odbudujemy ją razem? To mi wystarczy. Jeśli masz gdzie mieszkać spoko, ja dałem tylko propozycję.-mruknął niezadowolony. "propozycję za którą wielu oddałoby wszystko" dodał w myślach.-Jolie ty zdrajczyni...aż tak go polubiłaś.-mruknął cicho.
~*~
Jun
-Wiesz ty co dziadku...młodzież to ja jeszcze zrozumiem...ale żeby taki staruszek...kibicował 27 letniemu mężczyźnie w związku z 17 latkiem...to naprawdę...-zaśmiał się wstając.-będę się już zbierał. Zwłoki same się nie zbalsamują.
Jun
-cześć, to stołek Ryu, złaź.-rzucił od razu cicho się śmiejąc.-ty nie siedzisz i nie patrzysz, tylko pracujesz. Zostały jakieś 4 ciała. Trafiłeś akurat na wypadek. Tan jest fartuch i wszytko inne.-wskazał na metalową szafę przy zlewie.-Tak masz ciała-wskazał na jeden z kątów gdzie leżały czarne worki.-A tam wanna i stół. Powodzenia.-mruknął objaśniając gdzie co jest.
~*~
Takano
-Racja, mógłbym spokojnie otworzyć swoją cukiernię tylko...no właśnie ciebie raczej wszyscy tu znają. Jak i tą piekarnie którą tutaj miałeś. Więc, sam rozumiesz. Walka o klientów byłaby ciężka a na to nie mam chęci.-wzruszył ramionami.-Nie powierzysz? A gdybyś tak spróbował moich wypieków? Może zmienisz zdanie.-zaśmiał się cicho.-zapraszam do mnie wieczorem, nie będzie co prawda dango...ale myślę że zadowolisz się ciastem czekoladowym i torcikiem truskawkowym.-Złożył propozycję uznając że musi przekonać do siebie chłopaka za wszelką cenę.
Takano
-no ale wszyscy znają twoją piekarnie. Jesteś tutejszy nie to co ja.-mruknął gwizdzac na sunie która zaraz szła przy jego nodze.-darmowe to swoją drogą. Zobaczysz jakie pyszne.-zasmial się wesoło.-co mnie sprowadza...-powtórzył cicho.-chciałem spróbować życia w rodzinnym mieście mamy...-wzruszył ramionami.-ot taki kaprys.
Jun
-nie będziesz się obijał kiedy ja mam pełne ręce roboty. Skoro już tu jesteś to pomożesz.-zasmial sie.-najgorszymi się już zająłem. Chyba wracali z imprezy. Bynajmniej to stwierdziła policja. Same małolaty.-wyjaśnił szukając nici.
Jun
-ale jak na moje oko to wina kierowcy tira. Byłem na miejscu wypadku.-wyjaśnił.-kierowcę skremiali.-dodał.-oj zaraz tam najgorsza...nie marudz.-fuknal zaczynając szycie ran.-jak już mówiłem najgorszymi się już zająłem, na przykład jeden chłopaka nie miał nogi i ręki. Na szczęście je znaleźli.-mruknął kończąc jeden szew.
Takano
-po studiach mam tego czasu aż w nadmiarze.-zasmial się.-gdzie? No tam...-machnął w przeciwnym kierunku niż szli.-taki spory dom na klifie.-wyjaśnił.-ale to wieczorem bo muszę je najpierw upiec.-dodał.-a sobie oceniaj. Jestem pewny swoich zdolności.-wzruszył ramionami,
Takano
-co za głupie pytanie. We francji masz jedych z najlepszych światowych cukiernikow. Jeśli chcesz być najlepszy musisz uczyć się od najlepszych.-wyjaśnił wzruszając ramionami.-nie bałem się wyjazdu, niby czemu miałbym się bać? Znałem język, byłem tam kilka razy...-przerwało mu szczekanie suni na jakiegoś przechodnia.-Jolie spokój.-powiedział trzymając mocno psiaka za obrożę.
~*~
Jun
-strasznie marudzisz o to mycie. Dalbys już sobie spokój. Umyles i co stało się ci coś?-wywrócił oczyma.-no no...nieźle jak na kogoś kto dość długo nie zajmował sie trupami.-pochwalił z usmiechem kończąc ciało i biorąc się za następne. Zdjął z niego ciuchy i wsadził do wanny.-wiesz że myjesz je z całego brudu, bez tego ani rusz.
Takano
-mam go. Wypracowalem go latami.-powiedział spokojnie. Odprowadził chłopaka do domu a na jego pytanie pokrecil przecząco głową,-nie mam czasu, mam jeszcze do zrobienia te ciasta. No i Jolie jest głodna.-wyjaśnił.-pogadamy wieczorem jak przyjdziesz,-dodał zakładając suni smycz.
~*~
Jun
-ej no!-fuknal biorąc sobie kolejne ciało które również umył,-miałeś sam sobie je myc. -westchnął.-a tak w ogóle to byłeś zobaczyć co zostało z piekarni?-spytał kładąc ciało na stół i je wycierajac.
Jun
-jeśli mógłbyś załatwić szampana to było super.-ocenił co najlepiej będzie pasowało do jego ciast.-więc widzimy się wieczorem.-pomachal mu odchodząc a psina grzecznie poszła za nim.-no Jolie...czemu on? Każdemu odgryzlabys rękę a jemu grzecznie dawalas się głaskać pieszczochu...-zasmial się tarmoszac ją po lebku. Jak tylko doszedł do domu od razu wziął się za pieczenie. Był podekscytowany tym że ktoś z poza francji będzie próbował jego wypiekow.
Takano
-oj no jedno umyles.-przyznał na chwilę przerywając pracę.-no trochę zajmie ci odbudowa. Chyba najlepiej zburzyć i postawić na nowo. Wiesz jest taka metoda stawiania domu w miesiąc.-zaproponował wracając do pracy.-a jak gitara? Skoro motor ocalał to dobrze.-przytaknal.
Takano
Mężczyzna spędził dobre 6 godzin na same pieczenie. Wykonał małe truskawkowe okrągłe torciki które przyozdobil truskawka i bita śmietaną. Układając wzory za pomocą szprycy. Ciasto czekoladowe zrobił na dużej prostokatnej blaszce. Wybrał sześć kawałków. Każdy z nich ozdobil kawałkiem czekolada i własnoręcznie robionymi karmelowymi spiralkaki. Akurat kiedy wszystko wykładał na stół usłyszał radosne szczekanie swojej suni która szybko pobiegła do drzwi.
-No co Jolie? Przyszedł?-spytał spokojnie idąc do drzwi.
Jun
-spokojna głowa raczej się nie rozwali...w Tokio jest tak robione większość domów...jest tanio a łatwiej odbudować w razie trzęsienia ziemi.-wyjaśnił.-nie mówiłem bo nie wiedziałem.-westchnął kończąc swoją robotę i podchodzac do szafki.-skoro spalone to rozrobie silikon...-mruknął wyjmujac proszek i wsypujac go do wiadra z wodą.
Jun
Zasmial się cicho.-głupek.-skomentował tekst o penisku energicznie mieszając silikon.-może coś znajdziesz. Wiesz ja nie szukałem jakoś bardzo dokładnie. Nie chciałem grzebać w twoich prywatnych rzeczach.-wyjaśnił spokojnie.
Takano
-Jolie!-krzyknął chcąc zatrzymać psine. Wziął od niego butelki i pieczywo.-szampan jest ok. Wino tez.-ocenił alkohole.-oj no...mass ocenić moje wypieki.-zasmial się wesoło.-tak sam. Czasem się nudze. Wiesz sam w wielkim domu...tylko Jolie mi towarzyszy.-wyjaśnił wzruszając ramionami.
Takano
-Nie lubię małych domów.-odparł krótko siadając po turecku na kanapie.-Po prostu muszę mieć dużym dom, nawet jeśli miałbym mieszkać sam z psem.-dodał nalewając szampana do kieliszków.-Siostra jest projektantką. Pomogła mi tu urządzić.-odparł.-Zna mój gust więc nie zajęło jej to długo. Tata zbudował kiedyś to miejsce dla mojej mamy ale cóż..nie zdążyła się wprowadzić.-wzruszył ramionami biorąc łyk płynu.
Jun
-No no...-pochwalił przyglądając się jego pracy.-coś tam jeszcze pamiętasz ze studiów.-zaśmiał się pomagając mu z twarzą w końcu to ona będzie najbardziej widoczna na pogrzebie.-Wiesz dziwię się że tylko jego tak przypaliło...-mruknął zerkając na zdjęcie.
Takano
-Tak mieszkała. Tutaj się urodziłem i mieszkałem 2 lata. Potem moja matka umarła i zabrał mnie do siebie ojciec. Jestem jego nieslubnym synem, ale reszta jego dzieci traktuje mnie jak rodzeństwo. Ale jego żona nigdy mnie nie zaakceptowała.-wyjaśnił od niechcenia, bawiąc się kieliszkiem mieszając szampana.-ha?-popatrzył na niego wyraźnie niezadowolony.-trudno się dziwić skoro nie mogłem tu dostać porządnej czekolady.-mruknął bardziej do siebie.
Jun
-z naszymi wykładowcami trudno o to żeby poszła.-zasmial się. Kiedy skończyli zdjął maskę i rękawiczki i podszedł do zalewu umyć ręce.-jasne, pomogę. Ale nie tutaj, w powietrzu unosi się pełno zarazków.-wyjaśnił idąc do drzwi.-chodź do mojego pokoju.-zaproponował.
Takano
Zacisnął dłonie w pięści.-skoro nie wiesz czego brakuje to może nie brakuje niczego i tyko ci się wydaje.-zaproponował z parodią uśmiechu na twarzy.-zaryzykować..phi robię to prawie całe życie.-mruknął nakładając sobie na talerzyk ciasta czekoladowego i go próbując. Westchnął cicho. "Ma rację. W biszkopcie jest za mało kakaa pomimo ze dałem tyle ile było w przepisie a do kremu zamiast śmietany mogłem dać serek mascarpone..." pomyślał odkładając talerzyk na stół a dłonie ściskając tak mocno aż zbielaly mu knykcie.-lubie. To miłe uczucie kiedy ludzie uśmiechają się jedząc twoje wypieki.-mruknął.
Jun
-e staruszek i na mnie ostatnio jest ciety.-mruknął wyjmujac z szafki apteczke.-Ryu zazdrosny? Nie powinien...a bynajmniej sądzę ze mi ufa...-wzruszył ramionami pomagając mu zdjąć bandaz.-no i jeszcze trochę boleć będzie. Rana musi wyschnac.-mruknął obowiązując jego ramie czystym bandazem.
Takano
Westchnął mierzwiac sobie włosy.-najgorsze jest to ze masz rację. Zestresowalem się i ślepo trzymalem się przepisu. Ty wiesz ze coś jest źle. A ja wiem co. Za mało kakaa w biszkopcie. Prawda Jolie? Ty też pewnie przyznasz mu rację.-psinka w odpowiedzi szczeknela i wróciła do wylizywania talerza. Spróbował truskawkowego lekko się uśmiechając.-ten wyszedł lepiej bo to mój przepis i zawsze robię go z pamięci.-wyjaśnił.-dyplomy nic nie znaczą jeśli nie stoi za nimi pasja.-westchnął przełamując swoją dumę.-jestem facetem a moją pasją jest cukiernictwo i nadal popelniam takie błędy jak trzymanie się przepisu. No dawaj możesz się już śmiać.-machnął ręką biorąc łyk szampana.
Jun
Pokrecil głową.-nie jest pedantem. Ale w swoim pokoju utrzymuje porządek.-wyjaśnił siadajac na fotelu przy biurku.-z tobą jakos wytrzymałem 3 lata studiów. A jest czystszy niż ty balaganiarzu jeden.-zasmial sie celujac w niego palcem.
Takano
-a weź zignoruj tą moją gadanine.-mruknął i machnął na to ręką.-łazienka...wyjdź tamtymi drzwiami, i korytarzem prosto ostatnie drzwi.-wyjaśnił najlepiej jak umiał. Nalal sobie wina powoli je pijąc. Taki nawyk ze studenckich czasów.
Jun
-twoja połowa pokoju na studiach to była stajnia augiasza.-wypominał mu.-nadal chcesz zrobić mieszkanko nad piekarnia?-spytał unoszac brwi.-rower? Mogę cie zawieźć do miasta ale dopiero jak rana ci się zagoi.-zaproponował.
Takano
Skinął głową.-Myślałem nad taką małą cukiernią, w której będą też stoliki. Będzie można usiąść i zjeść na miejscu lub ładnie zapakowane zabrać do domu. Strona internetowa umożliwiałaby zamawianie ciast, tortów na jakieś specjalne okazje. Oczywiście można by to zrobić na miejscu.-wyjaśnił jak to sobie wyobrażał.-Jolie ty mała zdrajczyni!-fuknął na psinę, która podeszła do niego przepraszająco liżąc go po dłoni.
Jun
-Ano wiedziałeś. A jak raz posprzątałem to się darłeś że nic nie mogłeś znaleźć...-zaśmiał się wspominając tamtą sytuację.-A następnego dnia jak wróciłem z imprezy to znów był bałagan. Pod tym względem byłeś niesamowity. Umiałeś ze mną wytrzymać ale jednocześnie w jeden dzień potrafiłeś zrobić taki syf.
Takano
-Właśnie chodzi o to że koniecznie tu.-mruknął tarmosząc psinę za uszy jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.-nie uśmiecha mi się co rano dojeżdżać. Myślałem nad wypromowaniem jej poza Yukan. Najpierw ulotki i reklamy w pobliskim mieście. Później pomyślę o czymś większym. Jeśli byłbyś zainteresowany współpracą...-urwał odwracając wzrok w stronę chłopaka.
Jun
-Wiesz co sądzę że mój porządek był najmniejszym problemem bo zawsze trafiałem na ludzi którzy jako taki porządek utrzymywali. Główny problem to moje budzenie się w nocy...Ryu o nich nie wie...póki co jeszcze się przy im nie obudziłem. Czasem mam jeszcze nawroty.-mruknął.
Takano
-Wiesz w razie co...bo pomoc zawsze mi się przyda. Prowadzenie czegoś takiego samemu może być ciężkie. Nie chcę tego bardzo rozbudowywać. Po prostu na najbliższe miasteczko...Ciężko to wyjaśnić ale muszę w Yukan i żadne inne miejsce nie wchodzi w grę. Zastanów się nad moją propozycją.-poprosił wyciągając rękę żeby go zatrzymać.-Możesz wewnątrz.-mruknął trochę za późno.
Jun
-czystość ta? A ja nadal twierdzę że to moje budzenie. Jedną laskę prawie udusiłem...ale to love hotel i zupełnie inna historia.-mruknął.-więc po prostu obawiam się że jak to wróci to no wiesz...wystraszę go albo zrobię mu krzywdę.
Takano
-Nie smęcę.-mruknął wstając. Poszedł do przedpokoju.Ubrał buty i kurtkę.-Ej no ale weź mi psa nie zabieraj!-zaśmiał się cicho.-Wiesz co...ona dziwnie na ciebie reaguje. Jakby cię znała. Czasami przyjeżdżałem tutaj z ojcem na grób mamy...może kiedyś się spotkaliśmy? A jak nie tu to może w Tokio byłeś?-zaproponował wyjmując z kieszeni cygaretki i zapalniczkę.
Jun
Wywrócił oczyma.-odezwał się znawca. Może nie jestem jedyny ale i tak...-kichnął zakrywając twarz dłońmi.-ale mając w pamięci jak reagowali inni ciężko mi o tym nie myśleć.-wzruszył ramionami.
Takano
-Jolie jest z Francji.-wyjaśnił.-Ale często przyjeżdżałem tutaj z ojcem i wtedy jechała ze mną. Może na ulicy...ale bardziej prawdopodobne Tokio...-zaciągnął się mocno a kiedy wypuszczał dym zrobił z niego kołeczka.-Może...może to ciebie widziałem na święta jak grałeś w jednym z barów...-mruknął.-Wydajesz się znajomy to dlatego się zastanawiam.-wyjaśnił swoje zachowanie.
Jun
-Ach no tak lata obserwacji...nie pamiętam żebyś mnie oblewał wodą...-mruknął.-nie nakręcam się przecież, no może trochę. Ale nie bardzo przecież. Tylko trochę.-wzruszył ramionami.-Może masz rację bo ostatnie dwa lata były raczej spokojne.
Takano
-Mam fotograficzną pamięć, więc to bardzo prawdopodobne.-mruknął.-Nie wydaje mi się...ale nie będę się upierał.-machnął ręką.-Jak już mówiłem tutaj mieszkała moja mama. Nie chciałem być w Tokio z macochą która tylko myślała jakby się mnie pozbyć kiedy tylko wróciłem z Paryża. Pomyślałem więc że przeprowadzę się tam gdzie się urodziłem...mieszkanie przy morzu jest...ciekawe.-uśmiechnął się.-Chciałem być na swoich śmieciach i założyć tutaj cukiernie, albo przynajmniej u kogoś pracować. W każdym razie z kimś.-wyjaśnił.
Jun
-No ciekawe co jeszcze zrobiłeś a ja tego nie pamiętam...-zaśmiał się.-dobra nie będę się nakręcał. Będę grzeczny i myślał o pozytywach.-obiecał przykładając dłoń do serca.
Takano
Zamilkł na chwilę mocno się zastanawiając.-Jakieś...3 lata temu...na święta chyba. Jolie ma to do tego, że była ze mną.-wyjaśnił.-Może ze sobą rozmawialiśmy ale nie pamiętam.-wzruszył ramionami.-A ty co nie masz żadnych?-spytał unosząc brwi. Dźgnął go palcem w bok.-żadnego "możesz sobie wziąć". To ty mi kilka godzin temu gadałeś że to twoja ziemia. Nikt nie zmienia tak szybko zdania nawet kobiety.-mruknął.-co z tego że nie lubią? Jest w tej dziurze ktoś jeszcze kto umie piec? No wiesz prowadzenie cukierni samemu to piekło.
Jun
Popatrzył na mężczyzna z "puka się" na ustach ale ugryzł się w język i wziął papiery.-Tyle to się w Tokio płaci, facet oszalał. Ale o ile się nie mylę nic nie możemy zrobić...-westchnął.-Co nie Tomo?-zwrócił się do chłopaka.
Takano
-no to chyba najwyższy czas się nad nimi zastanowić.-uniósł brwi nawet nie wyrywajac dłoni.-nie marudz. Nie będę ci płacił podatków. A to czy źle pieczesz ocenie sam. Skoro owy 17 latek odpada to cóż, zostajesz ty.-wzruszył ramionami.-prowadziles tą piekarnie, miałeś klientów. Ciągle mówisz że nikt tu za tobą nie przepada. Co masz na myśli?-uniósł jego twarz za podbrudek i popatrzył w oczy.-zastanów się nad współpracą ze mną.-poprosił.
Jun
Uniósł ręce w geście kapitulacji.-wiesz mogłeś od razu powiedzieć ze mam rację i nic nie da się z tym zrobić. Nawet jeśli podasz z wujkiem to będzie tylko gorzej albo wpakuje nas w kolejny szantaż.-skrzyżował ręce na torsie.
Jun
-spanikowalem...osaczyl mnie jakbym mógł cokolwiek zrobić. Nie róbmy nic. I tak nic nie poradzimy, może być tylko gorzej.-mruknął uznając ze podatki jeszcze nie raz się zwiększa.
Takano
-wredota.-syknal.-no to zostaje sam...ale wiesz...może jednak. Może...-wzruszył ramionami. W końcu chłopaka zawsze mógł zmienić zdanie. A nuż się do niego przekona.-nie poznałem go. A powinienem? Jednak jak tylko sie wprowadziłem dostałem papiery z podatkami. Wysłałem je ojcu a on wszystko uregulował. Strasznie wysokie jak na take zadupie,
Takano
-właśnie miałem straszną ochotę uderzyć cie w twarz. Ale tak z liście żeby za bardzo nie bolało.-mruknął nawet nie wstajac.-co mnie obchodzi jakiś stary burmistrz? Co mi może zrobić? Spali mi dom to odbuduje sobie.-wzruszył ramionami.-weź trochę wyluzuj. Współpraca będzie. I żaden stary pryk w garniaku mi w tym nie przeszkodzi.-mruknął.-jutro? Pewnie to samo co dzisiaj. A może coś porysuje.
Jun
-wyjme trochę kasy z konta ojca. Starczy choćby nie wiem co. Ty nic nie musisz robić.-mruknął stukajac palcami o biurko.
Takano
-ale wyluzuj. Na razie trzyma się ode mnie zdała a jakby coś to mam plecy. Jestem bezpieczny.-poklepal go po ramieniu.-oh, martwisz się o mnie?-spytał z lekkim uśmiechem. -rysuje.-przytaknal bawiąc się piaskiem.-może kiedyś ci pokaże. Może.-wzruszył ramionami. Odebrał wibrujacy mu w kieszeni telefon.-tak siostra?
-Takano galeria "Didin" znów ogłosiła ten konkurs co w tamtym roku.-oznajmiła mu radosnym głosem.
-ten w którym zająłem drugie miejsce rysując ciebie?
-tak dokładnie ten. W tym roku tematyka to akt.
-Akt?!
-dobra mała płacze. Wyśle ci wszystko na maila.-mówiąc to rozliczyla się a mężczyzna jeszcze chwilę patrzył się w ekran telefonu.
Jun
-daj spokój. Ja się wszystkim zajmę. Myśl o sobie.-machnął ręką zdejmujac z półki papierosy i odpalajac jednego. Zaciągnał się mocno.-jakoś sobie poradzimy.
Takano
-jeszcze nie wiem czy będę rysował. Ale jak już będę to na pewno nie siebie.-mruknął.-w tamtym roku obiecałem sobie że następnym razem zajmę pierwsze miejsce. Więc pójście do burdelu odpada.-westchnął patrzac trochę tępym wzrokiem przed siebie.-ale znalezienie kogoś kto się dla mnie rozbierze i będzie siedział tak kilka godzin będzie raczej trudne.
Jun
-ojcu nic się nie stanie jak mu zabiore trochę pieniędzy. Nawet nie zauważy. Jebany gruby biznesmen.-zgasil papierosa w popielniczce. -jakoś sobie poradzimy. Jeśli zajdzie taka potrzeba to osobiście stluke burmistrza.
Takano
-gwiazdy ta?-mruknął patrząc w niebo.-a weź. Każdy będzie rysował kobietę. Bo słyszysz akt to widzisz nagą kobietę. Ale co w tym ekscytującego kiedy rysujesz to co inni. Nie, ja chcę narysować mężczyznę, chłopaka. Ale tutaj trudniej bo jaki zgodzi się pozowac nago dla innego mężczyzny?-zasmial się przywołując do siebie psine,
Jun
-tu chodzi o Ryu, musi przyjąć.-mruknął zaciskajac dłonie w pięści.-nie ma sprawy jak coś to jestem do usług.-mówiąc to wstał z zamiarem odprowadzenia go.
Takano
-ej to jest dobry pomysł! Mógłbyś mi zapozowac.-ocenił go uważnie mu się przyglądając.-nawet byś pasował. Nie doknalbym cie i był profesjonalny jeśli o to ci chodzi.-dodał od razu.-sensowny i ogóle?-wyłapał glaszczac psine.
Jun
Mężczyzna akurat wracał z miasta kiedy zauważył pracującego chlopaka. Zatrzymał się i zszedł z motoru.-hej jak ci idzie? Może w czymś pomóc?-spytał podchodzac do niego.-zdecydowałeś się co robisz z piekarnia i mieszkaniem?
Takano
-no weź nie bądź taki...nic ci nie zrobię serio. Nawet palcem cie nie tkne.-popatrzył na niego prosząco.-mów dalej, mów.-zasmial się słysząc komplementy.-a tak serio to mógłbyś zapozowac. Przecież to nic takiego.
Jun
-chętnego? Ale wiesz ja ni wyobrażam sobie żeby prowadził ja ktoś inny niż ty.-zasmial się.-wiesz wciąż czekam na moje dango i w ogóle. -przypomniał siadajac obok niego.
Takano
-w sumie nie znam tu nikogo innego. Mam czas do grudnia może jeszcze zdążysz zmienić zdanie.-wzruszył ramionami.-już dzisiaj nie będę nic mówił na ten temat.-obiecał.-skoro aż tak ci to przeszkadza.-wzruszył ramionami.-racja mało cie znam...więc może opowiesz coś o sobie?-zaproponował.
Jun
-są dobre. Potrzeba ci tylko trochę praktyki pod okiem kogoś kto się na tym zna.-wyjaśnił swój punkt widzenia.-ale to jest moje zdanie. Patrz ile osób kupowało u ciebie. Trochę praktyki i będzie jeszcze smaczniejsze.
Takano
-cokolwiek. Odpowiedz coś co uważasz ze możesz mi powiedzieć. Parę faktów nie musisz zaraz opowiadać bóg wie jakich sekretów.-wyjaśnił wzruszają ramionami.-wiek, rodzinną, i takie tam.
Jun
-mówię ze są smaczne tylko musisz trochę pocwiczyc.-powtórzył zupełnie jakby chłopak wcześniej nie usłyszał.-jak odnaleźć marzenia? Nie wiem...to przychodzi samo. Chyba. Tak sądzę. W pewnym momencie po prostu stwierdzasz ze właśnie to jest twoim marzeniem.
[jako że mamy podobny wiek to znamy się z LO, oki? xD]
Kurosagi wrócił do Yukan co sprawiło że nawet się ucieszył. Wreszcie znajoma twarz w wiosce. Lubił chłopaka za czasów liceum. Widział w nim zawsze potencjał i fakt że znów był w wiosce coś musiał oznaczać. Złapał go tego dnia podczas spaceru, zakrywając mu rękoma oczy.
- Yo staruszku - mruknął mu do ucha. - Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia - oświadczył prosto z mostu. - Wystąpisz u mnie jutro. Potrzebuję cię, serio. Nie wstydź się - dźgnął go w bok.
Takano
Pokiwał w zamyśleniu głową.-Zabawa zwłokami? Wiesz...ja osobiście wolę ciepłe u żywe ciała...ale no...-zaśmiał się.-Ale nekrofilem nie jesteś, nie?-spytał żeby się upewnić.-Nie masz marzeń, ta? No weź, każdy jakieś ma. Nawet takie głupie i małe-zamyślił się patrząc na swoją sunię która ufnie podchodziła to chłopaka.-Znajdziemy twoje marzenie.-oznajmił w końcu.-Jolie przerażasz mnie trochę. Gdzie ta nazwana psina która prawie wszystkich moich przyjaciół, partnerów i partnerki pogryzła do krwi?-mruknął wykładając się na piasku.
Jun
-Czemu? A czy twój wyjazd nie będzie oznaczał ze burmistrz wygrał? Jaki to ma sens?-spytał unosząc brwi wyraźnie zaskoczony postawą chłopaka.-Zostań i zacznij od nowa. To wszystko jest ciężkie ale weź...nie możesz się poddać.-mruknął dźgając go palcem w bok.
- Ale Tomo... to przecież nic wielkiego. Usiądziesz na stołku ze swoją gitarą. Będziesz tylko ty, gitara i twoja piosenka. Jak kiedyś na scenie. Pamiętasz? Śpiewaliśmy razem - przypomniał mu z uśmiechem. Naprawdę chciał powrót swojego starego dobrego zespołu. albo chociaż jego cżęści. Pamiętał, że Tomo był jedną z niewielu osób, które grać potrafiły na instrumentach.
Sho miał zaprotestować. Widząc jednak nieugiętą minę Kurosagiego zrezygnował z tego pomysłu. Skinął więc tylko głową na znak że zgadza się na wszystko i uśmiechnął lekko.
- Dla ciebie mogę powiększyć ofertę o koktajle bananowe - puścił do niego oczko ruszając nieco żwawiej. - Ale może jednak uda mi się cię namówić na wizytę w moim małym królestwie? Prowadzę chór szkolny. Przydałaby mi się pomoc z tymi dzieciakami. Wiesz... większość z nich przypomina mi nas. Są takie zagubione - szepnął.
- Co jest grane Kurosagi? - Sho objął chłopaka ramieniem i poprowadził go wprost do swojego baru, który otworzył szybciej specjalnie na potrzeby swojego gościa. Szybko zrobił koktajl bananowy, przyprawiając go delikatnie czekoladą i stawiając ją przed Tomo. Usiadł obok niego, patrząc mu prosto w oczy. - Co się stało? Wydajesz się nie być sobą w tej chwili.
Takano
-ale to jest właśnie ekscytujące w związkach. To ze są takie nieprzewidywalne i pełne skrajnych emocji. Trochę mi tego brakuje.-zasmial się.-trup po prostu leży. I jest zimny.-mruknął wzruszając ramionami jakby chciał powiedzieć ze nie rozumie nekrofilow.-tak.-przytaknal.-tak się z Jolie dobralismy. Też potrafię ugryzc.-uśmiechnął się ukazując białe równe żeby.
Jun
-zmęczony, zmęczony. Zostawiasz to tak? Facet spalił ci dom!-krzyknął żywo gestykulujac.-weź się nad tym zastanów, ja wiem ze możesz być załamany ale...ale kurcze no. Tu jest twój dom.-machnął ręką w stronę burzonego budynku.
Takano
Wywrócił oczyma wstajac. -jakie sprzedanie?-mruknął i pokrecil głową. Zabrał psinke do domu postanawiając że spróbuje wypiekow chłopaka. Zjadł jednego rogalika ze smakiem kawałek oddając suni.-I co sądzisz Jolie? Dobre ale brak mu wprawy. Kwartał pos moim okiem i byłoby cacy.-stwierdzając,
***
Nastęnego dnia wstał dość wcześnie uznając że sobie porysuje. Wziął szkicownik wraz z zestawem ołówków oraz wegli i usiadł na tarasie.-Jolie leżeć.-polecił psince z braku modela rysując zwierzaka.
Jun
-ale ty marudzisz! Pojedziesz i co? Uciekniesz tak jak ja? I co ci to da? -spytał krzyżując ręce na piersi.-tak ci pomógł? Nie wiesz co chcesz? To może nad tym pomyśl! Jak można nie mieć żadnych marzeń? Może było cisza dobrze więc nie miałeś żadnych.-zaproponował patrząc na niego ostro.
Takano
-już nic.-odparł odkładając przybory na stolik.-rozproszyles mi modelke. W ramach rekompensaty bądź tak kochany i zapozuj mi do pracy konkursowej.-powiedział pół żartem pół serio. Zdecydował się że wyśle pracę jednak nadal potrzebowal modela.-spróbowałem wczoraj twoich rogalikow. Są dobre. Trochę ćwiczeń pod moim okiem i byłoby jeszcze lepiej.-uśmiechnął się lekko.
Jun
-ala, kurwa masz szczęście z mi go nie zlamales!-warknal dotykając nosa i ocierajac krew. Złapał go za zraniona rękę wykrecajac ją lekko i przykładając mu ją do pleców.-tak znalazłem po pierdolonych dwóch latach egzystencji. Czy tutaj czy gdzieś indziej i tak zaczniesz od zera. Ale tutaj jest twój dom i dziadek. Więc się kurwa jego mac uspokoj i przestan działać tak cholernie impulsywnie bo jetes zmęczony! Zostajesz.
Takano
-jeszcze jakoś cie przekonam,-mruknął. W końcu zawsze dostawał to czego chciał.-serio chcesz mi to SPRZEDAĆ?-spytał wyraźnie niezadowolony.-wolałbym współpracę. Moglibyśmy się lepiej poznać, no wiesz...mało osób znam tutaj. -wzruszył ramionami.-razem zawsze razniej sprowadzić taki biznes.
Jun
-a nazwisko takie samo to przypadkiem macie.-fuknal jednak puścił chłopaka patrząc na niego ostro.-Chyba mi nie powiesz ze tyle razy wyciagalem cie z samego dna żebyś teraz uciekał przez grubasa w garniaku. Przestan się dolowac i odbuduj swój dom.
Takano
-dlaczego? Jesteś w tym dobry trochę podszkolic i byłoby świetnie. Skąd masz mentlik?-spytał siadajac wygodniej i przeglądając papiery.-mieszkales nad piekarnia, prawda? Gdzie teraz mieszkasz?-dodał wciąż czytając dokumenty.-nie rozumiem twojego podejścia.
Jun
-no to przed czym jeszcze uciekasz? Podkulasz ogon kiedy masz wybór.-fuknal kopiąc kawałek gruzu.-pomogłem ci z alkoholem i narkotykami. Później wyjechałem. Co da ci wyjazd? Tchurzysz
Takano
-co mam zrobić żebyś zmienił zdanie i jednak pracował ze mną?-spytał już trochę zrezygnowany. Jeszcze nigdy nie było mu tak ciężko coś zdobyć.-ze staruszkiem? Jeśli jednak zmienilbys zdanie to masz niewiele czasu. Jak to od cienie kupię od razu zaczynam budowę,
Jun
-daj spokój co da ci wyjazd i ucieczka.-mruknął wciąż uważając ze on nie miał innego wyjścia. Wziął od chłopaka papiery,-no i dobrze do dupy z taką matką.-mruknął oddając mu kartki.-podpiszesz i będziesz wojny, nie będziesz musiał uciekać.
Takano
-zawsze warto mieć rodzinę, nawet jeśli nie związaną krwią...-mruknął.-coś o tym wiem. Z rodziny znam tylko stronę ojca.-nerwowo postukal palcami o stolik.-ale dlaczego rezygnujesz z piekarni? Sprzedajesz ją mi bo uznajesz że dam sobie radę ale ja...-przelknal sline.-bo ja specjalizuje się w słodyczach. Gorzej u mnie z pieczywem.-wyjaśnił przyznając się do swojej słabości.
Jun
-i co masz zamiar uciekać!? Bo co?! Bo ona cię nie chce?! Ale inni cie chcą! A jej tu i tak nie ma!-warknal za nim kopiąc kamyk w stronę chłopaka.
Takano
Wycelował w niego palcem wskazującym.-dobra. Na razie dam ci spokój i zacznę z cukiernią. Ale choćby nie wiem co namówię cię żebyś wrócił. I mi pomógł.-oznajmił z zaciętą miną. Chłopak przyciągnął jego uwagę. Początkowo jedynie przez Jolie, jednak smak rogalików który przypomniał mu dwa lata spędzone w Yukan obudził jakieś wspomnienia.
Jun
Na słowa chłopaka nic nie odpowiedział. Nie zdążył. Przyglądał się całej akcji śmiejąc się pod nosem z niemałą satysfakcją. Widząc krew na ramieniu chłopaka ruszył za nim.
-Ale chyba nie powiesz mi, że nie jesteś zadowolony po tym jak mu przyłożyłeś? Sam widzisz że lepiej złapać byka za rogi niż wziąć nogi za pas. Tomo złamałeś mu nos!-zaklaskał.
Takano
Pokiwał głową w zamyśleniu.-Mogę pójść na taki układ. Ale wiesz każdy urlop kiedyś się kończy.-zauważył z lekkim uśmiechem.-To jak już idziesz to weź mi też.-poprosił. Przejrzał papiery zauważając że niektóre punkty trzeba zmienić skoro Tomohisa ma być jedynie na urlopie. W czasie kiedy chłopaka nie było wykonał telefon do siostry żeby do końca tygodnia przyjechała z gotowym projektem budynku i wnętrza.
Jun
Zatrzymał się na moment.-wiesz że nie wiem...Ale tak myślę...że te wszystkie twoje nałogi i to wychodzenie z nich. To było dla ciebie. No i...przyjaźnie które zawierałeś. No i...nie polubiłeś pracy w piekarni? Chyba jest coś co lubisz co nie?-spytał idąc za nim.-Trzeba ci zmienić opatrunek.-dodał spokojnie.
Takano
-dzieki.-wziął łyk koktajlu.-dobry jest.-przytaknął czytając sms'a.-to mieszkanie musi być? Wiesz...siostra mi właśnie napisała że ma pomysł ale potrzebuje do dyspozycji dwa piętra inaczej nic się nie zmieści. Mógłbyś zamieszkać u mnie. Mam masę wolnych pokoi a jak sam zauważyłeś ostatnio, nudno mieszkać samemu.-zaproponował.-dobra piwnica zostanie. Nie martw się o to.
Jun
-no ej, wyjście z nałogów raczej nie jest złe.-zauważył spokojnie.-No to mamy piekarnia, trupki i muzyka. No ale chyba wiesz co sprawia ci przyjemność, prawda? Tak jak na przykład ja lubię patrzeć na skończoną pracę, kiedy ciała są czyste i ładne. A dajmy na to taki kucharz lubi patrzeć jak inni ze smakiem jedzą jego potrawy. No na pewno masz coś takiego.-westchnął delikatnie go asekurując.
Jun
-No i problem wyjazdu z głowy. Lubisz morze, a w Yukan jest naprawdę ładne. Ale no wiesz...serio nic? Ty to jednak dziwny jesteś.-mruknął kręcąc głową z niedowierzaniem.-Na pewno coś jest. Tylko ty nie wiesz co.-oznajmił wciąż pilnując żeby chłopak nie upadł albo coś.-Więc idziemy do dziadka.-westchnął wiedząc że znów może się czegoś nasłuchać.
Takano
-Ale marudzisz! Też będę rano wstawał i pewnie będę korzystał z motoru żeby dojechać.-mruknął.-Jak budynek będzie za duży to pierdykinie w dół. A znając moją siostrę będzie chciała drugie piętro zrobić za szkłem bo "widok na morze". I tu się z nią zgodzę.-powiedział już wiedząc że ciężko będzie dojść do porozumienia.
Takano
-nie może. Chodzi o widok.-mruknął.-rano mogę cię wozić bo sam będę jechał więc w czym problem? Masz jeszcze jakieś argumenty na przeciw?-spytał unosząc brwi. -zobaczysz projekt i wtedy ocenisz.-dodał biorąc kilka lykow koktajlu.
Jun
-no to odpocznij chwilę. Ale to nie znaczy że musisz wyjeżdżać.-mruknął pomagając dziadkowi zmienić opatrunek.-nie wiem co możesz...w sumie może na tydzień byś wyjechał gdzieś żeby na chwilę zmienić otoczenie. A potem byś wrócił. Jedź sam albo z kimś.-wzruszył ramionami.
Takano
Wywrócił oczyma.-o 5 minut krócej no straszne.-popatrzył na niego z politowaniem.-no dobra, krótko się znamy. Mimo wszystko pamiętam ze spotkaliśmy się kilka razy w barach w Tokio. Mimo ze studiowałem we francji to czasem przyjeżdżałem do domu.-wyruszył ramionami.-skoro aż tak bardzo nie chcesz to może mała dobudowka? Sam mowiles ze nie chcesz wiele.
Jun
-wieś ty co...nie rozumiem jak przez tyle lat można nie znaleźć pasji.-westchnął stwierdzając ze gdyby nie rana to pewnie by go dzgnal palcem w bok.-wyjedź odpocząć jak zagoi ci się rana. Może do onsen? Znajdziesz jakąś fajna pannę.-Zasmial się obmywajac ranę kiedy mężczyzna przestał.-ma się dobrze. Raczej nie choruje, czasem miewa koszmary ale jest dobrze.
Takano
-taką obok. Byle nie nad.-mruknął zrezygnowany.-jakbym cie przeleciał to raczej bym pamiętał. A nie pamiętam. Chyba że sam byłem schlany.-wzruszył ramionami.-w każdym razie ja ciebie pamiętam. Chociaż trochę.-dla niego mieszkania z kimś po bardzo krótkiej znajomości było czymś normalnym. W Paryżu było to wręcz codziennością,
Jun
-taka twoja natura. Ne zmienisz tego,-wzruszył ramionami siadając na stolku.-nic ci tu nie pomożemy. Musisz sam dojść do tego co lubisz robić. Musi coś takiego być więc na pewno jest. Tylko musisz dobrze szukać,
Takano
-no więc dobra, jak już się tak upuerasz to będziesz miał tą swoją dobudowke.-westchnął.-wiesz ja jednak twierdzę że bym pamiętał. Mam czasem niesamowicie dobrą pamięć.-zasmial się a słysząc pytanie chłopaka umilkl na dłuższą chwilę. Zamieszal koktajl słomka i wziął kilka lykow.-nie raczej nie.-odpowiedział w końcu.-chociaż....-zastanowił się.-nie to jedjak nie była miłość. Więc odpowiedź, nie byłem zakochany.
Jun
-zlamales mu nos. Nie wiem czy będzie czy nie. Ale był wściekły.-zasmial się zadowolony.-można powiedzieć że jestem dumny bo w końcu mu się postawiłeś,
Takano
czy chciałbym? To chyba oczywiste. Każdy chciałby poznać tą jedyną osobę.-zauważył z uśmiechem.-Paryż wybrałem ze względu na mistrzów. Tam najlepiej uczyć się na cukiernika. Do taka jakby mekka. Czy coś w tym stylu. Francuski umiem ale nie umiałbym kogoś nauczyć.-wyjasnil.-a ty byłeś zakochany?-odbił pytanie
Jun
-jakbys go jeszcze trochę powyzywal to byłoby idealnie.-zasmial się wesoło.-ale na razie odpoczynek i nic więcej.-zastrzegl celujac w niego placem wskazujacym.
Takano
-deser który opisałby Ciebie? Na pewno byłby słodko gorzki. Sadze ze torcik byłby ok. Słodki krem z serka mascarpone i słodkiej czekolady. Winny biszkopt a na wierzch gorzka czekolada. Ale nie wiem czy to pasuje. Chyba za krótko Cię znam.
Jun
-ja? Pewnie jak ludzie przestana umierać.-zasmial się -a tak serio to może gdzieś pojade z Ryu. Ale nie wiem kiedy. Może i mi przydałby się odpoczynek.
Prześlij komentarz