Tomohisa Kurosagi,
25 lat (07.12),
syn piekarza i lekarki (dyrektorki szpitala),
w Yukan mieszka od urodzenia z przerwą na studia,
wrócił do rodzinnej miejscowości po śmierci swojego ojca,
przejął jego piekarnię (choć nie bardzo się na tym zna),
z zawodu: lekarz sądowy,
w pracy: manager (niekiedy piekarz i cukiernik w jednym),
studiował w Tokio,o swoim życiu w Tokio niewiele opowiada, przygód trochę miał, nie chwali się też swoimi osiągnięciami (udało mu się zaistnieć na niszowym rynku - nagrał kilka singli),
jeździ: głównie rowerem, nie ma prawa jazdy, czasem wybiera się na przejażdżkę motorem,
Tomo wychowywał się w szczęśliwej rodzinie. Nie jest jedynym dzieckiem Takeo i Ayi. Jednakże jego dwie młodsze siostry zmarły w nieszczęśliwym wypadku. Tomohisa nigdy o nich nie wspomina. To dla niego wciąż bolesny temat. On jako jedyny wyszedł z wypadku cały. Był sprawcą tego nieszczęścia. Siadł za kółkiem za namową dwóch sióstr i skasował ojcu samochód. Nigdy więcej nie próbował jeździć pojazdami z czterema kołami. Omija je szerokim łukiem, a kiedy już do jakiegoś wsiada, walczy z ogarniającą go paniką. Nigdy nie poszedł z tym do lekarza. Uważa się za zdrowego człowieka, mimo męczących go nocnych koszmarów. Wciąż nie może się otrząsnąć. Jego matka go nienawidzi. Wini go za całe zajście i Tomohisa nie ma jej tego za złe. Wyprowadziła się z Yukan zaraz po śmierci swojego męża. Nie utrzymuje kontaktu z synem. Tomohisa mieszka w małym mieszkanku nad piekarnią. Ma dwa pokoje, kuchnie oraz łazienkę. Nic więcej jest mu nie potrzebne. Swój rower i motor trzyma zamknięte w garażu ojca. Codziennie rano wstaje by przygotować wszystko na pełen roboty dzień. Wieczorami natomiast można spotkać go na klifach bądź odosobnionych miejscach wraz ze swoją gitarą. Wciąż komponuje piosenki. Nie potrafi się przed tym powstrzymać.
Tomohisa jest raczej spokojnym człowiekiem, któremu daleko do prawdziwego zbója. Jest pogodnie nastawiony do każdego człowieka. Nie skreśla od razu. Raczej nie często się uśmiecha i jest małomówny. Nie znosi strzępić języka, jeśli nie widzi ku temu potrzeby. Wszystko przecież można przekazać w sposób jasny i przyjemny, bez owijania w bawełnę. Potrafi się jednak obronić. Swego czasu trenował boks i nie można o nim powiedzieć by był słaby. Przeżył też przygodę z narkotykami. Wylądował nawet przez to w szpitalu i od tamtej pory stara się trzymać od wszystkiego co jest związane z lekami z daleka. Potrafi być zgryźliwy i w kilku słowach dać do zrozumienia, że nie jest zainteresowany czyjąć osobą bądź propozycją. Zerwał kontakt ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi. Jest raczej typem samotnika. Zresztą Yukan jest miejscem starzejącym się, więc Tomohisa nie ma zbyt wiele możliwości nawiązania znajomości. Nie zależy mu na dobrych stosunkach ze swoim wujkiem - burmistrzem Yukan. Ludzie często oceniają go przez pryzmat działań jego wujka, co strasznie denerwuje Tomohisę. Nie rozumie jak można być tak pustym. On sobie rodziny przecież nie wybrał. Stara sie nie pokazywać w obecności burmistrza, by przypadkiem nie zostać przez niego wciągniętym w polityczne gierki. Nie znosi polityki.
Wzrost: 175cm
Waga: 57 kg
Ulubiona słodycz: czekolada
Ulubiony kolor: biały, czarny, czerwony i granatowy
[Dobra kochani! Welcome back :D]



5 000 komentarzy:
«Najstarsze ‹Starsze 2401 – 2600 z 5000 Nowsze› Najnowsze»-na stacje jedziesz wózkiem.-oznajmił wychodząc z windy i otwierając drzwi do mieszkanie. Od razu zabrał się za pakowanie wszystkich rzeczy.
-ja ciebie też kochanie. Ja ciebie też. Bardzo. Bardzo.-uśmiechnął się oddając pocałunek. Skończył pakować wszystkie rzeczy i usiadł jeszcze na chwilę na kanapie.-mamy jeszcze godzinę do pociągu.-oznajmił głośno.
-mamy godzinę i bez dyskusji. Możemy wyjść teraz i po drodze zajść do cukierni i na plac zabaw.-zdecydował się na takie rozwiązanie.-tylko będzie problem z torbami...a raczej z torbą i miskami.
-no dobra...zbierać się idziemy.-zarządził wstając. Ubrał buty i zabrał wszytskie rzeczy.kiedy już wyszli z budynku położył chłopakowi wszystko na kolanach i zaczął spokojnie pchać wózek. Uznał że tak będzie najwygodniej.
-mhm...sądzę że tak. Mój dom zawsze będzie twoim...nawet jeśli sporadycznie to jesteś miłe widziany. Tylko sypialni przeniosłem znów na górę. Przy okazji zobaczysz fortepian.-uśmiechnął się do niego.-a co z małym?-spytał kiedy doszli do placu zabaw gdzie Yuya od razu poszedł się bawić.
-mhm czyli w końcu chwila dla nas? Jak miło.-zaśmiał się wesoło.-myślisz że jest szczęśliwy? Z taką dziwną rodziną...mając praktycznie trzy domy...
-no niby masz rację.-westchnął uśmiechając się do chłopca.-nasz maluch.-zaśmiał się cicho. Nigdy nie sądził że tak potoczy się jego życie.
-łączy nas.-uśmiechnął się do niego.-złego wilka? No to musimy iść. I koniecznie nagrać przedstawienie.-stwierdził z uśmiechem. -wiesz...na prawdę go pokochałem.
-ja wiem jak. Robisz krem na smietanie. Jest lekki i możesz dać do niego zelki.-zdradził mu sekret siadając na ławce.-mogę ci pomóc.
-Dobrze kotus robisz sam. Ja ci tylko przpisze przepis. Tylko zaloz jakiś reszyt gdzie będziesz zbierał przepisy, ok?-odgarnal mu włosy z twarzy.-Yuya! Już idziemy!-zawołał chłopca nie chcąc żeby spoznili się na pociąg.
-chcę ją kiedyś zjeść.-oznajmił wesoło. Wziął chłopca za raczke i poprowadził ich do cukierni swojego przyjaciela.-kup co chcesz to może jakiś film obejrzymy?-zwrócił się do Tomo.
-ok...czekajcie.-poprosił i w czasie kiedy makaroniki były pakowane pobiegł do sklepu obok po wodę. Wrócił do cukierni i podał ją chłopakowi.
-Takano. Słyszałem o cukierni...
-tak tak...musisz kiedyś przyjechać. Teraz trochę się śpieszę.-pomachal przyjacielowi.i wyszedł biorąc chłopca za rękę.
-możesz maluchu. Nawet ci to ostatnio proponowałem ale chyba o tym zapomniałeś.-zaśmiał się.-a ty mój najdroższy nie wcinaj się jak mały się mnie o coś pyta.-poprosił cicho się śmiejąc.
-no nie mój. Mój jest inny sam go z resztą próbowałeś.-przypomniał spokojnie jedząc babeczke.-co chcesz dzisiaj robić?-spytał.
-mhmmam.-uśmiechnął się celowo przeciagajac.-psiaki pewnie się stesknily.-powiedział zakładając nogę na nogę.-jak się podobała wycieczka?-spytał ich obu.
Objął delikatnie malucha.
-cieszę się że się podobało. Pamiętam o twoim weekendzie. Może następny? Wymyśle jakieś zabawy żebyśmy miło spędzili czas. I coś upieczemy.-zaproponował mirzwiac mu włosy.-panda będzie mnie zastępować jak nie będziesz miał się do kogo tulić.-stwierdził.
-jaka powaga...ja ciebie też kocham.-uśmiechnął się do niego.-dawaj calusa-poprosił cicho się śmiejąc.-ooo...kochanie...już dawno nie słyszałem od ciebie takich słodkich rzeczy.-powiedział nie mogąc się już doczekać aż będą sami.
-wręcz przeciwnie zajęte. I o ile mnie pamięć nie myli ma pan zakaz zbliżania się do nas więc...proszę wraz ze znajomymi szukać innego przedziału.-poprosił z uśmiechem wskazując drzwi dłonią. I właśnie dlatego wolał podróżować prywatnymi przedzialami.
-spokojnie mały...spokojnie...-poglaskal malca po włosach.-ten swistek znaczy wystarczająco dużo. Zacznij uczyć się na błędach i przestan nam grozić. Po prostu zostaw nas w spokoju.-powiedział wkładając przez okno. Już niedługo ich stacja. Za tą szybkość kochał japońskie pociągi.
-i co zabijesz własną siostrę?-westchnął ciężko. Że też wypuścili go za kaucję...paranoja. Tulil mocno do siebie Yuye i lewą dłoń położył na ramieniu chłopaka. Trzeba będzie coś wymyślić i na pewno zadzwonić do kobiety.
-nie zabije...spokojnie. Zadzwonimy do niej i wszystko będzie dobrze. Nie może jeździć do Yukan...będzie dobrze kochanie. Masz napisz mamie smsa.-szepnął mu do ucha nie wiedząc czy mężczyzna ich nie podsluchuje.-będzie dobrze.-dodał przytulajac go lekko. No pięknie...a miał być taki miły dzień.
-Tomo...nie. Nie zrobisz tego. Nie kladz czegoś takiego na swoje sumienie. Nie.-powiedział i wysłał wiadomość.-ocalimy twoją mamę i Yuya też będzie bezpieczny. I ty też. Wszystko będzie dobrze.-poglaskal go po włosach. Powoli dojeżdżali do celu.-może zadzwonić na policję?-zaproponował.
-nigdy cię nie zostawię.-zapewnił.-ok...jeśli nie chcesz policji to nie. Twoją mamę ostrzeglismy to najważniejsze. Yuye damy do dziadka a my pojedziemy do mnie tak jak było w planach. Pamiętaj że on nie ma wstępu do Yukan.-uśmiechnął się kiedy pociąg powoli się zatrzymywał.
-ja ciebie też kocham.-uśmiechnął się. Dał mu calusa i wziął wszytskie rzeczy wychodząc z pociągu. Pilnując Tomo i Yuye poszedł do samochodu i zapakowal wszystko. Jak zwykle pomógł chłopakowi wejść do samochodu następnie siadając za kierownicą.-Yuya pamiętaj o pasach.
-Będzie dobrze kochanie.-poglaskal go po policzku i ruszył. Szybko dojechał do Yukan gdzie byli bezpieczni. Zajechał najpierw do dziadka żeby odstawic malucha.-o widzę samochód twojej mamy...-zauważył spokojnie parkujac.
-porozmawiaj.-uśmiechnął się do niego. Podał chłopcu jego rzeczy i zmaknal samochód. Wszedł z nim do środka i przywitał się ze wszystkimi.-co u ciebie dziadku?-spytał mężczyzny żeby nie przeszkadzać Toml w rozmowie.
-jak pytasz to przynajmniej poczekaj na odpowiedź...-jęknął zabierając mu butelke.-trochę wypiłeś i tyle starczy co? Pobaw się z psami.-polecił wpuszcajac je do środka a Jolie od razu grzecznie skończyła się przywitać z Tomo.
[ok ode spać...dobranoc ^^]
-Nie dam. Już za wiele osób cię mi zraniło. Nie dopuszcze do tego.-powiedział siadają na kanapie w skłoni. Wziął chłopaka na kolana.-jesteś bezpieczny.-dodał przytulajac go do siebie.-a teraz spędzmy miło czas, ok?
-obiecuje. Zawsze będę przy tobie kochanie.-poglaskal go po włosach.-i znów przepraszasz za głupoty. To przecież nie była twoja wina...zdarza się. Nie przewidzielismy tego...
-a ja i tak będę cię o nie upominał bo nie lubie ich słuchać.-zaśmiał się cicho.-możesz skarbie ale czemu mnie o to pytasz? No i myślałem że chcesz dopiero jak z nóżkami będzie lepiej...-powiedział tulac go do siebie.
-kochanie...przecież już ostatnio ci powiedziałem że nie będę cię zmuszał ani namawiał do przebieranek. Chcesz to robisz a jak nie chcesz to nie. Więc po prostu się zdecyduj.-uśmiechnął się muskajac delikatnie jego usta swoimi.
-nie ma parcia przecież wiesz.-zaśmiał się mierzwiac mu włosy.-więc będzie i miły wieczór i baaaardzo miła noc. I tyle nam wystarczy.-ucałował go w policzek.-a teraz wybierz film a ja zrobię czekoladę.-poprosił idąc do kuchni.
-prooosze słodka czekolada z bita śmietaną dla mojego slodziaka.-powiedział podając mu kubek. Naszykowal jeszcze jedzenie i usiadł przy nim.-możemy oglądać kochanie. A co oglądamy?-spytał jeszcze obejmując go ramieniem.
-mhm...lubie ten film.-skomentował tylko i skupił się na oglądaniu. Obejmował delikatnie chłopaka czasem sięgając ręką po trochę makaronikow.
Lubił takie ich mini randki a z tej wyjątkowo się cieszył bo minął miesiąc odkąd mógł tak go tulic. Kiedy film się skończył przeciagnal się lekko i wziął ostatniego makaronika.
-podobał się film?
-ukryty talent do wybierania filmów? Ciekawa umiejętność.-zaśmiał się muskajac jego usta.-kocham cię.-szepnął mu do ucha.-bardzo bardzo.
-już mój najdroższy...-zaśmiał się wstając i biorąc go na ręce. Calujac go namiętnie wszedł po schodach do swojej sypialni. Otworzył drzwi i wszedł do środka kładąc chłopaka na łóżku.-spelniam twoje zachcianki mój najukochanszy.-szepnął po francusku.
-żadnych. Dzisiaj spełniam twoje wszelkie zachcianki. Ile chcesz i jakie chcesz.-powiedział wsuwajac chlodne dłonie pod jego koszulkę.-mów mi wszystko...jakbym nie widział co mam robić.-poprosił.
-no nie jestem lalka...-przyznał spokojnie.-ale i tak dzisiaj spelniam twoje zachcianki.-dodał calujac go namiętnie również badając dłońmi jego tors.-u ciebie czuję żebra a sam muszę zacząć ćwiczyć...-mruknął.-tak tak jestem swoim facetem...
-wedle życzenia.-zdjął jego koszulkę i pocałował namiętnie, mocno i gwałtownie. Całował go długo dopóki nie stracił oddechu a kiedy się od niego odsunął dyszal delikatnie.-tak cię całować?-spytał niczym całkowity laik.
Oddawał pocałunki z równą pasją. Odsuwal się tylko na moment zeby złapać oddech i wracał do ust chłopaka. Dłonie rozbiegly się po ciele chłopaka nie wiedząc gdzie się podziać. Macał go gdzie tylko sięgał aż w końcu zaczął piescic jego sutki.
-Kocham cię...kocham...kocham...kocham cię tak mocno że bez ciebie mogę nawet zwariować...Kocham cię...jesteś dla mnie jak narkotyk a ten miesiąc był dla mnie jak odwyk...-szeptał między pocałunkami mocniej drapiąc jego sutki.-drap kochanie...u mnie na studiach mówiło się podrapane plecy oznaczały udany seks...-zaśmiał się.
Jun
-Co tu się dzieje!-wrzasnął mężczyzna wchodząc w poniedziałek do pracowni.-Tomo wstawaj!-warknął na niego od razu szykując apteczkę.-Co ty sobie myślałeś głupku!?-spytał oblewając mu ranę płynę dezynfekującym aż nie zaczęła buzować.
-Teraz chcę więcej...-szepnął przygryzając chłopakowi dolną wargę. Otarł się o niego schodząc niżej. Szybko zdjął z niego spodnie i bokserki od razu zajmując się jego interesem.
Jun
-Będę krzyczał! Wiesz jakie to niebezpieczne? Pełno tu zarazków poza tym daje rozkładającymi się zwłokami bo jakoś nie pomyślałeś o otworzeniu okna. Będę musiał tu wietrzyć.-westchnął znów polewając mu ranę.
-głośniej...-poprosił przejeżdżając językiem po całej jego długości.-zaszalej kochanie...mów czego chcesz.-dodał uśmiechając się łobuzersko.
Jun
-Dobra już dobra...-powiedział spokojni ostatni raz polewając mu ranę płynem.-E tam...mi się normalnie otwiera...-mruknął zaklejając mu ranę plastrem.-gotowe...nie powinno się nic złego dziać ale idz w razie czego do mamy.-westchnął chowając apteczkę i otwierając okno.
-Niecierpliwy jak zwykle.-zachichotał wstając z łóżka żeby zdjąć spodnie i bokserki.-zastanawiam się czy kiedyś nie będziesz taki niecierpliwy...-dodał związując włosy i wchodząc z powrotem na łóżko.
Jun
-Oj no i chwilę będzie szczypać...grunt że się odkaziło.-mruknął wkładając zwłoki do trumny.-Coś się stało twojej mamie?-spytał zmartwiony.
-Widzisz...i na co była ta wrednie długa przerwa?-spytał retorycznie. Uniósł jego biodra i postanowił nie kazać więcej czekać ukochanemu, zaczął powoli w niego wchodzić.
Jun
-Jak mógł wyjść za kaucją? Powinien móc dopiero po połowie wyroku...paranoja...-mruknął pomagając mu trochę.-ech no nic...ale jak to groził?
-Mhmmmmmmmm...-odparł się przerywając go całować. Przyspieszył żeby dam mu to czego chce. Zszedł po całunkami na jego szyję robiąc kilka malinek.-tylko mój...-wydyszał.
Jun
-Ach rozumiem...nie martw się. Będzie dobrze i na pewni nic jej się nie stanie. Nie może akurat kiedy zaczęliście się dogadywać.-stwierdził.
-Mmmmm...-mruknął i jęknął cicho dochodząc w nim. Wyszedł z niego powoli i położył się obok niego na brzuchu.-Ne...Mocne malinki ci zrobiłem...co zrobisz jak Yuya o nie zapyta?-spytał dotykając ich palcem.
Jun
-W takim stanie? Zwariowałeś?-mruknął idąc za nim.
-Prawdę? Ale żeś wymyślił...-mruknął śmiejąc się cicho.-zachowaj się jak dorosły nie rób wiochy mówiąc dziecku że wujek tak zrobił...
Jun
-PUCHNIE?! Twój kochaś mnie zabije...-jęknął biorąc go na ręce i mimo protestów zaniósł na górę.-Jak nie możemy do twojej mamy to sam się zajmę tą twoją cholerną raną. I żeby nie było umiem...zraniłem się raz w nogę...-powiedział biegnąc po apteczkę. Ze też Kei musiał akurat wrócić do Kyoto.
-Kochanie...on ma 10 lat...na jakie tematy ty rozmawiasz z dziesięciolatkiem do cholery jasnej?-spytał wzdychając.-No nic...więc przy nim nie będziemy za bardzo się kochać...-wywrócił oczyma.-Idziemy się umyć?-spytał wesoło.
Jun
-Musiałeś za długo tam siedzieć...-spanikował trochę. Zdezynfekowanym nożykiem naciął mu ranę żeby upuścić ropy i trochę krwi. Podał mu tylko czekoladę żeby nie zasłabł.
-Kochanie...ale to dziecko. Można trochę zamydlić.-westchnął. Dał mu całusa i wziął go na ręce zanosząc do łazienki. Posadził go na krześle i zaczął przygotowywać kąpiel.
Jun
-Mhm...pewnie...-mruknął pracując nad jego raną.-Ja przeżyłem to ty też tylko...ech...jak mogłeś się tak urządzić...-jęknął szczęśliwy że w końcu zaczęła lecieć krew.
-no proszę jak ładnie cenzurujesz swoje wypowiedzi.-zaśmiał się zakrecajac wodę i wkładając chlopka do wanny wchodząc zaraz za nim.
Jun
-ech no dobra...wyglądał koszmarnie. Ale czemu w ogóle dopuszczono go do takiego stanu? Są jakieś standardy...gnijacych zwłok z reguły nie ruszamy.-westchnął.-uwaga będzie piekło...-powiedział polewajac ranę spirytusem.
-no grzeczny....-zaśmiał się. Posadził go sobie na kolanach i mocno przytulil.-później...jak zacznie więcej wiedzieć będziemy się martwić, co? A to jeszcze tylko jakies 6 lat...-powiedział sięgając po gąbke i mydło.
Jun
-to mógł go wziąć wcześniej. Są rzeczy które możemy zrobić a są takie na które jest już za późno. No nic...mam nadzieje że jednak nic ci nie będzie bo inaczej będę musiał ochrzanic własnego szefa. Lez przyniosę ci więcej czekolady.
-z takimi wujkami? Innych opcji nie ma. Ale wiesz...będą lecieć pytania o dojrzewanie i dorastanie i tak dalej...i jak mu się zacznie jakaś dziewczyna podobać? Powinnismy się na to przygotować.-zaśmiał się.
Jun
-ale nie zasypiaj...-poprosił patrząc na ranę.-zna zasady a prosił cię o pomoc. Muszę mu to powiedzieć Tomo...tutaj chodzi o bezpieczeństwo pracowników.
-nie żałuję...to na prawdę wspaniały dzieciak. Wiem że póki co to na pewno niemożliwe ale chciałbym żebyśmy kiedyś zamieszkali wszyscy razem. Jak rodzina.-wyznał dając mu lekkiego calusa.-dobrze go wychowamy...a na razie poradzmy sobie z jego problemami w szkole.
Jun
Przybiegł od razu podając mu miskę.
-czemu nie poprosi?-spytał zwiazujac mu włosy.
-mhm...wiem że musisz.-uśmiechnął się do niego łagodnie.-mi też się nie podoba...trzeba coś z tym zrobić. No i pomimo że to małe miasteczko musimy się postarać żeby się o nas nie dowiedzieli...bo mały będzie miał jeszcze gorzej. Coś trzeba wymyślić.
Jun
-e tam zaraz problemy....-obejrzał jego rękę.-hm...na moje oko jest ok. Ale trochę zakażonej krwi było w organizmie i pewnie przez to wymioty...odpoczniesz i będzie dobrze.
-ej ej...też nie chce żeby skrzywdzili naszego malucha ale nie wolno nam ich bić...wyluzuj. Coś wymyslimy.-zapewnił.-i nie spij kotus tylko szapon podaj.-poprosił.-pokaże ci nowe rysunki.
Jun
-o proszę jak ładnie sobie odpowiedziałeś. Musisz odpocząć. No i muszę patrzec co z raną...
-zagraj. Chętnie posłucham.-odparł mając mu włosy.-więc nie śpij bo chce ją posłuchać.-powiedział dając mu calusa i biorąc się za splukiwanie mu piany z włosów.
Jun
-ash...jak zwykle głupoty. Uważam tylko że mogłeś odmówić bo zwłok w takim stanie nie powinniśmy ruszać z uwagi na nasze zdrowie. I dobrze o tym wiesz. Toma też.
-fortepian jak byk stał w salonie...ja noszę okulary i mogę czasem nie widzieć ale ty?-zaśmiał się słuchając swojej ukochanej piosenki i myjac sobie włosy. Wyszedł pierwszy i szybko się wytarl i ubrał bokserki. Wymienił soczewki na okulary i pomógł chłopakowi.
Jun
-nie przyjalbym.-funkął. Wstał i odebrał herbatę.-jak mogłeś o to prosić? To było niebezpieczne...zranił się. Gnijacych zwłok się nie balsamuje.-funkął.
-dobrze napisz.-uśmiechnął się i zaniósł go do sypialni na łóżko. Podał mu gitarę a sam zaczął grzebać w szafce w poszukiwaniu szkicownika.-pokaże co i od razu dam na ścianę.-powiedział szukając.
Jun
-szczerze? Nie wiem. Miałem podobną sytuację ale nie wiem jak będzie reagował jego organizm. Po coś są reguły. Praca balsamisty jest niebezpieczna. Naucz się tego.
-zaśpiewam. W końcu w duecie śpiewają dwie osoby, prawda?-zaśmiał się podając mu rysunki.-rysowalem ze zdjęć. Ciebie w mundurku...kilka z wigilii...kilka jak odwiedziła nas Rika. No i jest nawet Yuya.
Jun
-co z tego? To było niebezpieczne! Dobrze o tym wiesz! Mogło być gorzej. Nawet teraz nie wiem w jakim jest stanie.
-jak to nie mam? Mam...-podał mu odpowiedni rysunek.-rysowalem jak tworzyles.-przypomniał biorąc rysunki i idąc je powiesić.-a ty mi graj skarbie.
Jun
-ych...-popatrzył ostro na szefa jakby mówiąc że przeprosiny nic tutaj nie dadza.-spokojnie Tomo...spokojnie. Ej chlopie trzymaj się.-poklepal go po policzku.-usiadz...napijesz się trochę.-powiedział. Zbiegł na dół i wziął wódkę i kieliszek.
-kochanie mnie już masz. Dostałeś na święta.-przypomniał wieszajac rysunki. Kiedy skończył usiadł na łóżku słuchając piosenki.-śliczna.-powiedział kiedy chłopak skończył.
Jun
-tym razem możesz. To pomoże cię że tak to ujme zdezynfekowac od wewnątrz. Wiem co mówię. Pij.-polecił podając mu kieliszek i szklankę z sokiem.
-gdzie ty go trzymasz?-spytał zaskoczony. Bujal się w rytm piosenki uśmiechając się lekko. Uwielbiał słuchać jego głosu.
Jun
-jego matka cię zabije...-mruknął. Ale jak chcesz. Podnieś odpowiedzialność za to jak go urzadziles.-mruknął biorąc chłopaka na ręce.-dawaj...ja prowadzę.-powiedział uznając że tak będzie bezpieczniej.
-nie wiem...-wzruszył ramionami.-zawsze masz przy sobie teczkę z rysunkami?-zdziwił się i położył przy nim okrywajac ich koldra.-narysuje się jakiś przyzwoity żebyś mógł powiesić.-obiecał.
Jun
-gdybyś nie był ojcem mojego chłopaka zrobiłbym ci krzywdę.-funkął do Tomy. Położył chłopaka na tylnym siedzeniu i odjechał do szpitala. Na miejsce szybko odnalazł mamę chłopaka i wyjaśnił wszystko.
-mhm rozumiem...chodzimy już spać, ok?-zaproponował tulac go lekko.
Jun
-a tobie nie zależy na przyjaciołach? To mój najlepszy przyjaciel. To on był przy mnie w najtrudniejszych chwilach. To oczywiste że mi na nim zależy.-odparł chłodno.
-kocham cię.-szepnął zdejmujac okulary i zasypiajac.
Jun
-w takim razie radzę go nie wypisywać.-powiedzial Jun stojąc w drzwiach.-znam go i dobrze wiem że ani mu się będzie śniło nie wychodzic z domu. -mruknął.
-mmmm...brakowało mi takich pobudek.-zaśmiał się przytulajac go mocniej do siebie i nie otwierając oczu. Ziewnal i kichnal.
-słowo?-spojrzał na niego pomagając mu wstać a w sumie to biorąc go na ręce.-Toma ma szczęście że nic złego ci nie jest....ja też bo kochas byłby wściekły...no nic. Wioze cię do domu i masz w nim grzecznie siedzieć.
-a gdzie tam...tak sobie z rana kichnalem...-zaprotestował.-jak się spalo kochanie? Może masz jakieś życzenia co do śniadania?-spytał kładąc się na plecach.
Jun
-no nie wiem...tym razem chyba bym dostał...-mruknął cicho sie śmiejąc.-właśnie dlatego gluptasie masz o siebie dbać i jeść dużo witaminek.
-no to jeszcze trochę polezymy i wtedy zrobię śniadanie...-powiedział sięgając okulary.-no od razu lepiej...kocham cię.-dał mu calusa.-kiedy już tak mnie nie zostawiaj.
Jun
-no jasne...starasz.-wywrócił oczyma.-zemdlales i nic mi nie pobrudziles.-zapewnił spokojnie.-zgaduje że chcesz do swojego domu, co?
-nie strasz mnie tak nawet na żarty...-poprosił oddychając głęboko.-skarbie? Może następnym razem spotkamy się ciebie? Co ty na to?-spytał bawiąc się jego włosami.
Jun
-jasne.-posadził go z tylu samemu idąc na siedzenie kierowcy.-więc ładnie do ciebie. Chcesz żebym chwilę został?
-musimy przechcic twoją sypialnie-zaśmiał się wesoło.-no dobra...-zgodził się wstając. Poszedł się ubrać w dresik a nastepnie zszedł na dół zrobić śniadanie i nakarmić psiaki.
Jun
-ok więc zostanę.-uśmiechnął się powoli dojeżdżając do domu chłopaka.-mów jak będziesz czegoś potrzebował...-poprosił.
-jasne...chyba zostały w salonie...-mruknął idąc po nie. Podał je chłopakowi i wrócił do gotowania.-a do picia będzie pyszna owocowa herbata.-powiedział. Idź do salonu i zobacz fortepian-polecil.
Jun
-ech to nie.twoja wina więc nie przeszkadzaj. Jakbyś nie wziął tej roboty to nie byłoby problemu.-zauważył parkujac. Wysiadł z samochodu i wniósł chłopaka na mieszkania.
-wiem że piękny. I pięknie brzmi.-dodał. Przyniósł jedzenie i picie do salonu.-chodź zjesz a później pospiewamy.-zaproponował.
Jun
Wywrócił oczyma.-tak tak...brawa dla ciebie.-mruknął okrywajac go kocem.-zaraz przyniosę.-uśmiechnął się i poszedł do kuchni po chwili wracając z napojami.-posiedze z tobą ile będziesz chciał...
-twoje pyszne śniadanie. Jak zwykle robione z miłością.-zaśmiał się dając mu calusa w policzek.-kochanie a duet chcesz na fortepian?
Jun
-to oczywiście...jesteś moim najlepszym przyjacielem...to ty mnie myłeś jak mój popieprzony ojciec mnie zgwałcił i w wielu innych ciężkich chwilach byłeś. Jakby coś ciebie stało to bym mu wlal nawet jeśl jest ojcem Ryu.
-dobrze nie bede sie wtracal w twoje tworzenie.-zapewnił unosząc ręce i zaraz wracając do jedzenia.-ale jak już skończysz to chce być pierwszym który usłyszy.-ostrzegł.
Jun
-no właśnie...już żołądek ci mówił że nie wolno.-westchnął ciężko.-no i rozmawiamy już o tym. Toma tym razem przesądził.
-jasne skarbie. Jeśli będzie coś nie tak to powiem. Ale pewnie będzie śliczna.-powiedział kończąc jeść i popijając sokiem.-ale zanim będziesz chciał spróbować jak będzie brzmieć to daj mi nuty.-poprosił.
Jun
-dobra już nie będę...-westchnął.
-Ech kochanie...a przecież mało ci nałożyłem.-zmarudzil. Usiadł wygodniej i delikatnie objął chłopaka.-kocham cię.
Jun
-zostanę ile będziesz chciał. Już ci to przecież mówiłem.-przypomniał spokojnie uśmiechając się do niego łagodnie.
[dobranoc ^^]
-Mhm...wiem że nie możesz.-przytaknal tulac go do siebie i glaszczac go po włosach.-dlatego co nie zmuszam. Ale musisz powoli więcej jeść...-dodał. Dał mu szybkiego calusa.-mój kochany...-przejechał palcami po jego szyi.
Jun
-Przestraszyłeś mnie bardzo.-sprostowal.-na serio się bałem i martwiłem. Zaczynałem myśleć że już po tobie -mruknął.
[em...ja odpisałam XD]
-Mhm...wiem że nie możesz.-przytaknal tulac go do siebie i glaszczac go po włosach.-dlatego co nie zmuszam. Ale musisz powoli więcej jeść...-dodał. Dał mu szybkiego calusa.-mój kochany...-przejechał palcami po jego szyi.
Jun
-Przestraszyłeś mnie bardzo.-sprostowal.-na serio się bałem i martwiłem. Zaczynałem myśleć że już po tobie -mruknął.
-Ech zaraz...mam jeszcze trochę czasu nooo...-mruknął wstając i pomagając mu z naczyniami.-Będziesz dzisiaj?-spytał wkładając naczynia do zmywarki.
Jun
Wywrócił oczyma.
-No jasne nic ci nie będzie...ale myślałem że walnę własnemu szefowi...a to już nie byłoby za dobre jeśli chodzi o moją pracę albo o mój związek.
-Hmmm...więc może spotkamy się później...no nic.-dał mu całusa i poszedł się ubrać.-Jeśli będziesz czegoś potrzebował to wiesz gdzie mnie szukać. A i jak będziesz u dziadka to powiedz Yuyi że jak chce to może przyjść z Maxem na czekoladę.-dodał kiedy ubierał buty.
Jun
-Nie marudź...jedz więcej to odzyskasz siły.-mruknął podtrzymując go w pionie.-gdzie chciałeś iść?-spytał.
-Mhm...no tak...w każdym razie jak go spotkasz to mu przekaż. Miłego dnia skarbie.-oddał całusa i wyszedł z domu zjeżdżając do cukierni motorem gdzie od razu wkręcił się w wir pracy wraz z nową pracownicą.
Jun
-Ok głuptasie. Zaraz cię tak zaniosę i poinstruujesz mnie co mam robić.-zdecydował idąc do kuchni.
Mężczyzna zaśmiał się cicho i wyszedł zza lady podchodząc do chłopców.
-Słucham maluszku? Czego dusza pragnie?-spytał witając się z nimi.
Jun
-Nie ma za co głuptasie.-zaśmiał się spokojnie wykonując jego instrukcje.-Ryu ostatnio stwierdził że jak się nie nauczę gotować go jak kiedyś zostanę sam to umrę...
-Jej...super. Zuch chłopak dawaj piątkę.-przybił z nim piątkę i wskazał im stolik.-Maks a ty co byś chciał?-spytał jeszcze chłopca.
Jun
-Em...już zmniejszam....-mruknął szybko wykonując polecenie.-Ale ja nie zostanę sam nooo...bo zawsze będę z Ryu...-mruknął.
-Ok maluchy zaraz podam.-powiedział. Miał dzisiaj mały ruch więc spokojnie poszedł do kuchni. Po dłużej chwili przyniósł chłopcom ich zamówienie.-Smacznego. Jeśli czegoś byście chcieli to będę w kuchni.-powiedział mierzwiąc im włosy.
Jun
-Ech...jeżdżę na chińszczyznę albo na pizze...no i Reiko też dobrze gotuje. Nie umrę.-mruknął dodając to o co chłopak prosił.
Mężczyzna wrócił spokojne do pracy. Spakował kilka słodkości na wynos a w przerwach czytał jakiś francuski magazyn.
Jun
-No teraz to mnie stawiasz w sytuacji patowej...pewnie coś bym wykombinował no...Ryu mnie zostawił z książką kucharską jak pojechał do szpitala ale mi ciężko coś ugotować samemu...-mruknął.
Zrobił pauzę akurat oglądając film i sięgnął po telefon. Zaśmiał się cicho i zaczął wystukiwać odpowiedź. 'Nie umieraj! Przejechać się tobą zająć?' napisał i wysłał włączając play.
Jun
-Tobie się tak wydaje. W tamtej książce niby też wszystko jest proste a ja spieprzyłem naleśniki. Za nic się więcej nie biorę bo spalę komuś dom.
'no McDolnada nie przywiozę...ale na kanapie mogę spać...za chwilę będę kotuś :*' odpisał i wstał z kanapy. Wyłączył cały sprzęt i zjechał motorem do domu chłopaka zaraz pukając do drzwi.
Jun
-No wiele rzeczy wychodzi jak ktoś nade mną stoi i mówi co mam robić...-mruknął
-Wybacz...w okolicy nie ma.-odparł wchodząc i podając mu maseczkę.-Ale mogę ci coś dobrego upichcić jak chcesz.-zaproponował.-nawet hamburgera bo mam ze sobą składniki.-pomachał torbą.
Jun
-Problem w tym że sam już tego nie zrobię...więc lepiej to zostawić w spokoju.
-Nie wiem kotuś...może to jakaś osłabiona odporność albo coś?-wzruszył ramionami.-uważaj teraz na siebie, jedz witaminki i nie zbliżaj się do trupków...zobaczymy czy to coś da. Leż ładnie a ja zrobię ci jedzonko.-uśmiechnął się idąc do kuchni.
Jun
-Nie Tomo...nie wyjdzie bo już próbowałem. Więc to zostaw, ok? Będę wdzięczny.
-Bo kotuś...tam pełno zarazków.-odparł wzdychając ciężko. Skupił się na robieniu dla Tomo cheeseburgerów.
Jun
-Po tylu próbach mam prawo.-fuknął.
-Przywiozłem zaraz podam!-odparł biegnąc z gotowym jedzeniem i zaraz podając mu paczkę chusteczek.-Ech dbaj o siebie i jakiś czas odmawiaj, ok? Nie chcę żeby przeziębienie przeszło w coś gorszego.
Jun
-Ech nie ważne...-mruknął wyłączając gotową zupę i nalewając do miski razem z makaronem.
-No jasne. I właśnie dlatego jesteś potem przeziębiony.-podał mu sok.-wieloowocowy z witaminkami. Do dna kochanie.-poprosił siadając na fotelu.
Jun
-Proszę bardzo. Masz talent do łapania choróbsk.-mruknął.
-A to prawie nie możliwe? Ty z szalikiem? Jak to się stało?-uniósł brwi.-No nic nie poradzimy na to że zachorowałeś. Mam syrop na gorączkę i syrop na katar. I takie lekarstwo cytrynowe co się je pije na gorąco. Postawię cię ładnie na nogi.
Jun
-No do czegoś trzeba, ale żeby taki?-wywrócił oczyma.
-Najpierw leki potem przyjemności. Wcinaj i nie marudź...Jutro ci przywiozę McDonalda a teraz jedz.-wywrócił oczyma.-Jak ty się w ogóle zaraziłeś, co? Ktoś na rehabilitacji był chory?
Jun
-Może to i lepiej? Wolę nie być zarażony...-mruknął.-dobry bo mnie instruowałeś. Ja serio mogę wszystko spieprzyć.-westchnął ciężko.
-Przywiozę...-wywrócił oczyma.-No ładnie...więc pewnie od nich się zaraziłeś. No nic...zajmę się tobą jak dobry i kochany partner.-wyjął z toby syropy i nalał do miarek które podał chłopakowi.-I zaraz ci dam lek rozgrzewający.-powiedział wstając.
Jun
-I pewnie spalę Amakusie dom. Zwariowałeś do reszty.-mruknął okrywając go kocem.
-Zawsze kochanie. I w zdrowiu i w chorobie. Nie zadawaj takich pytań, przecież wiesz że nie przestałem cię kochać nawet kiedy nie mogłeś w ogóle chodzić.-przypomniał. Przyniósł mu kołdrę i okrył go dokładnie.-pij powoli.-poprosił.
Jun
-No i tobie dom spale. Mowy nie ma. Nic nie gotuję i zostawcie mnie wszyscy w spokoju.-fuknął obrażony że wszyscy się go czepiają.
-nikogo? No to może lepiej milczeć? Nie wiadomo kto to...-mruknął cicho. -wiesz...może to być twój wujek...albo nie wiem...lepiej siedzimy cicho...-dodał równie cicho.
Jun
-czepiasz się więc lepiej milcz. I zostaw temat gotowania...zacznij jakiś inny...nie wiem...rozmawiałeś ostatnio z Ryu?
-em...jeśli mogę się wtracic...już podałem mu leki i teraz wystarczy że będzie się wygrzewal. Poradzę z nim sobie...na prawdę...-uśmiechnął się lekko. Był zdecydowanym przeciwnikiem leczenia naturalnego.
Jun
-tylko trochę szeczolow?-uniósł brwi.-boże...co ten dzieciak ci nagadal?
-Yuya ale ja się już zająłem Tomo...-jęknął i poszedł do sypialni ani myśląc o niesieniu wrzatku. Podał leki i jego zdaniem nic innego nie było potrzebne. Miał w planach zrobienie jeszcze gorącej lemodiady bądź wycisnieciu soku z pomarańczy. Ziołom był przeciwny.
Jun
-tsaaa...byłem ciekawy ile ci wypaplal...-mruknął czerwieniac się mimowolnie.-za grosz wstydu...-westchnął.-a ty ile mu nagadales?
-no właśnie widzisz kotus...ja nie bardzo jestem za tego typu metodami leczenia.-westchnął podchodząc bliżej do niego.-jak już powiedziałem dałem mu odpowiednie leki...nie sądzę żeby to było konieczne.-wywrócił oczyma.-chyba że sam tego chcesz.-z ostatnim zdaniem zwrócił się znów do chłopaka
Jun
-gdybym coś teraz pił to bym się zachlysnal...albo co oplul...ta raczej to drugie...-mruknął łapiąc się za głowę.-no pięknie...
-więc cię nasmaruje. A dziadzius odpuści wdychanie ziół.-mruknął klekajac przy łóżku.-gdzie cię nią posmarować?-spytał nie bardzo się orientując.
Jun
-ty to nazywasz nieszkodliwa umiejętnością ja...spaczaniem mózgu niewinnemu chłopcu lat ledwo 18...-mruknął.
-mhm...-nabrał trochę maści i zaczął ją spokojnie rozsmarowywac na torsie chłopaka. Zachichotal widząc zostawione malinki na szyi i torsie.
Jun
-ta wspominał coś że będzie chciał cię wypytać o 'techniki'. A ja mu mówiłem żeby to sobie odpuścił. Nie posłuchał co mnie z reszta nie powinno w ogóle dziwić.
-żadnego wdychania...i sio zanim mały się zarazi...-mruknął odprowadzając ich do drzwi. Wrócił do sypialni i ubrał chłopaka opatulajac go dokładnie koldra.
Jun
-mowy nie ma...ech ten dzieciak w ogóle nie słucha tego co do niego mówię.-westchnął niezadowolony.-rezygnuje z pracy w Tokio.
Od razu wstał z kanapy i pobiegł do sypialni chłopaka.
-jestem kochanie...pracowałem na laptopie w salonie. Potrzebujesz czegoś?-spytał zapalajac lampke.
Jun
-dojazdy i...później jest mi za zimno. Wiesz to są nocki z trupami...rezygnuje z tej w Tokio...ta tutaj mi starczy.
-ech kochanie...coś się stało?-spytał spokojnie tulac go delikatnie.-zaraz zrobię ci herbatki...chcesz do salonu?-dodał glaszczac gio po włosach.
Jun
-ale ja już tam nie pracuje. A nawet jeśli to nie prosilbym cię o pomoc.
-dobrze...odgonimy złe sny.-uśmiechnął się niosąc go razem z kołdrą do salonu gdzie ładnie położył go na kanapie.-przerysowywalem torty na 3D...wyjaśnił po co mu tablet graficzny.-zaraz podam herbatę.-dodał idąc do kuchni.
Jun
-to nie tak...po prostu nie chce cię narażać.-wyjaśnił wzdychajac ciężko.
-jasne kochanie. Większość to slubne.-wyjaśnił idąc do kuchni. Zrobił mu herbatę z miodem i podał mu ją z uśmiechem. Okrył koldra i ustawił laptopa tak żeby widział.
Jun
-ech...możemy skończyć ten temat? Rzuciłem tą pracę i jak na razie nie mam zamiaru do niej wracać.
-a...nad takim jednym specjalnym.-odparł wymijająco uśmiechając się do niego lekko. Znów ustawił sobie wygodnie laptopa i wrócił do przerwanej pracy nanoszac detale takie jak nuty, gitary i fragmenty tekstów piosenek.
Jun
-bohaterem? Chyba nie rozumiem pytania...w jakim sensie bohaterem?
-oj no mówię że to taki specjalny więc lez grzecznie i mi nie zagladaj...-mruknął śmiejąc się cicho. Zabrał się za projektowania ozdoby na samej górze tortu.-a jakie naleśniki chcesz?
Jun
-nie wiem...może jak byłem młodszy? Wiem że chciałem być uratowany.-wzruszył ramionami.
-taki specjalny śluby.-wywrócił oczyma zdradzają mu trochę.-ok...więc zamówienie przyjęte. Jutro na sniadanko będziesz miał naleśniki.-uśmiechnął się na chwilę przerywając żeby poprawić okulary.
Jun
-mhm...dla mnie tata był 'tym złym' chciałem żeby uratował mnie superbohater...albo nawet nie super byle uratował. No niestety takie rzeczy tylko w bajkach.-wzruszył ramionami.
-mhm...będzie Mcdonald...-wywrócił oczyma wstając.-idę do toalety więc nic mi nie klikaj...długo pracuje nad tym projektem.-powiedział zapisując zmiany a następnie idąc do łazienki.
Jun
-e tam...-machnął ręką.-to już było po fakcie...to znaczy jak już u niego nie mieszkałem. I uparcie nie chciałem jej słuchać...
[idę spać, dobranoc ^^]
-Zobaczysz jak skończę.-obiecał kiedy już wrócił do salonu. Położył laptop na kolanach a tablet graficzny na klawiaturze. Wrócił do projektowania ostatniej największej ozdoby na torta czyli młodej pary na samej górze ciasta.
Jun
-ech no niby wyciągnęła mnie z pierwszego dola i zaprowadziła do lekarza...-przyznał spokojnie wzruszając ramionami.
-to dobrze skarbie. Będzie ci trochę lżej z pomocą.-uśmiechnął się do niego.-no...skończyłam.-powiedział patrząc na cały tort.
Jun
-twoim bohaterem?-uśmiechnął się lekko.-no tak...
-za co tym razem gluptasie?-spytał cicho się śmiejąc.-proszę zobacz.-obrócił laptopa pokazując mu już 3 projekt ich tortu slubnego
Jun
-będę o tym pamiętal.-uśmiechnął się lekko.-w sumie gdyby nie ja to pewnie byś już nie żył...
[aj...no to widzisz? Nie choruj Tomo...]
-Myślałem żeby wnętrze zrobić czekoladowe...to znaczy ten biszkopt winny i krem mocno czekoladowy, a wierzch z czekolady plastycznej, wszystkie ozdoby.-Wyjaśnił swoją koncepcję.-Ej no...obrączki będą inne...i to niespodzianka więc ich na tort nie dam.-wywrócił oczyma.-Ale miśka gdzieś dam jak bardzo chcesz. Tomo bo to będzie nasza uroczystość...nie psiaków i nie Yuyi, kocham go ale...no wiesz...to nasz ślub będzie.-powiedział podając mu chusteczki.
Jun
-Dla Ryu? Toczymy wieczną wojnę o to, że za bardzo się o niego martwię. Tylko że mam ku temu powody. Ostatnio pojechał do miasta ze znajomymi, nie miałem nic przeciwko, nawet słowem się nie odezwałem a ten do mnie dzwoni upity...zadzwoniłby do Keia ale pomylił numery.-werstchnął.
[taki...nieprzyjemny zbieg okoliczności...]
-Ech...no dobrze kotuś. Gdzieś to wcisnę...-obiecał. Naniósł szybko poprawki.-Tak jest dobrze? Masz jeszcze jakieś pomysły-spytał odgarniając mu włosy z twarzy.-chciałbym żebyśmy razem uzgadniali każdy element ślubu...poza obrączkami które grzecznie leżą u mnie w domu...-poprawił okulary.
Jun
-Nie ochrzaniłem...nie jak był trzeźwy...no nie miałem jak bo ojciec mu dał szlaban na wychodzenie z pokoju i nie mogłem się z nim spotkać przez miesiąc.-wydął usta w dzióbek.-wiem że ma prawo popełniać błędy ale...no jest na mocnych lekach i w ogóle...
[to go uzdrow...może w drugą stronę też zadziała...]
-Piosenkę dla nas? A powiedz coś więcej po co miałaby być, kiedy puszczona i takie tam.-poprosił zamykając laptopa i siadając bokiem na kanapie i przodem do chłopaka.
Jun
-ja po prostu je miałem okazji go ogrzanic.-sprostowal.-wiem że nastolatek kurcze też byłem nastolatkiem...ale...no wiesz...te leki...
-hmmm...ok. Jeszcze ustalimy kiedy zaśpiewamy. Ale pamiętaj że pierwszego tańca ci nie odpuszcze.-zaśmiał się.-a na miesiąc miodowy zwiedzimy francję. Ci być chciał zobaczyć?
Jun
-no...byłem ciągle na lekach przeciwbólowych...i spilem się jak miałem 15 lat ale...ech no nie ochrzanie go. Grzeczny będę...
-więc tak spoza Paryża...proponuje winnice, cudne plaże w saint tropez i wiele innych atrakcji.Zdajesz się na mnie.-zaśmiał się.
Jun
-ale leki przeciwbólowe to pikus przy tym co on bierze!-sprzeciwił się.-i ja miałem powód żeby się upic...
-a co byś chciał zjeść glodomorku?-Spytał cicho się śmiejąc. Już nie pamiętał kiedy usłyszał od niego że jest głodny.-przed chwilą jadles, co się stało skarbie?
Jun
-ech no...ja się staram mu nie matkowac, ok? Staram się też go jakoś wspierać ale...jak mam go wspierać kiedy on jest taki uparty? Chciał iść na fotografię i uparcie na studiach chce być jak najdalej od rodziny.
-hej....kochanie...nie płacz...-poprosił glaszczac go po włosach.-już idę zrobić...-obiecał wstają i idąc do kuchni. Zrobił dwie czekolady jedną dla siebie i drugą dla chłopaka i wrócił do salonu.-no kochanie już mam dla ciebie czekoladke z piankami.-podał mu kubek.
Jun
-no niby tak...on pewnie też chce tylko...a jak zaslabnie? Albo znów jakieś chorobsko złapie? A jak w Tokio się wkreci tak jak ty?-podał najgorsze opcje.
-masz zachcianki jak kobieta w ciąży...-zaśmiał się cicho i podając mu bananka.-smacznego. Czekoladę pij powoli bo gorąca...a właśnie. Widziałeś kiedy taką fontanne czekolady?-spytał z szerokim uśmiechem jakby miał jakiś pomysł.
Jun
-no raz był zgwalcony...ale...no wiesz jakie jest Tokio...złe towarzystwo i nie trudno się wkrecic. Martwię się no...po prostu się martwię...
-oj no mi chodzi o taką w realu!-zaśmiał się.-bo ja taką mam. Mogę przynieść do ciebie na naszą następną randkę. Chcesz? I może na ślubie damy? A obok truskawki...uwielbiam truskawki w czekoladzie...
Jun
-no...może jestem trochę uprzedzony...nawet jeśli mam trochę miłych wspomnień. Wiem że powinienem mu zaufać, dać mu studiować tam gdzie chce i w ogóle to się nie wtrącać ale...martwię się.
-co tylko będziesz chciał. Mówię tylko ze ja uwielbiam truskawki.-powiedział pijąc swoją czekoladę.
Jun
-a jak nie zrozumie? Ech Tomo nie wiem. Na razie mam jeszcze czas. Powiedział że nawet jak pojedzie do Kyoto to nie chce mieszkać u Keia a...jakby to ująć...głupio mi będzie go odwiedzać jak będzie z kimś mieszkał...
-będzie co tylko będziesz chciał...ale to na randce. A jutro obiecany Mcdonald. Spokojnie nie zapomniałem.-zapewnił pojąć swoje czekoladę i uśmiechając się do niego łagodnie.-uwielbiasz? Więc zawsze będę ci ja robił...nawet jak już będziemy staruszkami.
Jun
-Ech...no niby możemy...ale...czy tylko ja widzę masę problemów? Może ja się po prostu za bardzo o niego martwię? Pewnie tak...przepraszam i nie myślę racjonalnie...-mruknął sam do siebie.
-a ty będziesz mi śpiewał? Ty uwielbiasz moja czekoladę a ja uwielbiam słuchać twojego głosu. Jest taki przyjemny i kojacy.-uśmiechnął się.-może idź do łóżka?
Jun
-aha...proszę...jeśli ty mnie pouczasz w sprawach związku to musi być ze mną na prawdę źle.-westchnął.
[dobranoc ^^ spij dobrze]
[hej ^^ jak tam czujesz się dzisiaj lepiej?]
-na zdrowie kochanie.-zaśmiał się podając mu chusteczki.-boisz się? Och kochanie będę przy tobie całą noc jeśli chcesz. Wiem że nie chcesz mnie zarazić ale przecież nie musisz się tulic...albo rozłoże sobie futon.-zaproponował.
Jun
-no możesz nie mówię przecież że nie...-wywrócił oczyma.-a gotowanie zostaw w spokoju...już przecież mówiłem...
[no to nie wiele...ja mam tyle jeśli zachoruje...]
-dobrze kochanie.-poszedł za nim i wyjął sobie futon. Musiał przyznać że rzadko tak spał był po prostu przyzwyczajony do standardów europejskich. Położył się wygodnie.-dobranoc skarbie.
Jun
-no ale ja nie umiem i prawdopodobieństwo że samemu coś mi wyjdzie jest jak 1 do 10 000.-funkął na niego.-mogę go zabrać na romantyczną kolację...
[no ja na dodatek rzadko choruje...]
-mną się nie przejmuj gluptasie...-westchnął samemu też zasypiajac. To nie jemu miało być wygodnie tylko Tomo.
Jun
-no...tą w restauracji się nie otruje...-fuknal niezadowolony że się go ciągle męczy o to gotowanie.-na romantyczną kolację to trzeba mieć jakieś umiejętności...a ja nawet naleśniki spieprze.
Mężczyzne obudził hałas i wiadomości. Poszedł do salonu i usiadł na kanapie.-hej skarbie jak się spalo?-spytał sprawdzając dłonią jak tam jego temperatura.-zjesz coś i dam ci leki, dobrze?
Jun
-nie potrafię i przestać się kłócić. Dlaczego jesteś taki uparty z tym gotowaniem?
-lepiej kochanie.-zgodził się uśmiechając się łagodnie.-ale leki wciąż musisz wziąć. Co chcesz zjeść? Na obiad ci przywiozę Mcdonalda ale teraz coś zdrowego i pożywnego.-powiedział obejmując go lekko ramieniem.
Jun
-oj bo ja już nie raz próbowałem! Tylko że nie wychodzi po raz n'ty. Mam dość i po prostu się poddalem. Radzę sobie i bez tej umiejętności.
-musisz jeść głuptasie...-westchnął wstają i idąc do kuchni. Po znalezieniu wszystkich składników zabrał się do gotowania. Poszło mu szybko.-kotus?! Chcesz coś do nich?!-spytał.
Jun
-bo uznałem że równie dobrze mogę iść do restauracji.-burknal.-śpij. Dobranoc.
Wziął wszystko o co prosił chłopak i sok pomarańczowy po czyn wrócił do salonu.-smacznego kochanie.-podał mu jego porcję samemu siadają obok niego i jedząc swoją.-Tomo? Czemu bales się spać sam w pokoju?-spytał cicho.
Jun
-jak będzie tak chory to będzie leżał w szpitalu! Kurde Tomo...-westchnął mając już tego serdecznie dość.
-mhm...rozumiem. Nie musisz się bać kochanie. Nie umrzesz. To zwykle przeziębienie nic strasznego.-zapewnił mierzwiac mu włosy.--a teraz jedz ładnie żebyś nabrał sił.
Jun
-póki co nie mam podstaw żeby tak zakładać.-mruknął.-no nic. Nie chce się z tobą kłócić. Gotowanie nigdy nie było moją mocną stroną i poza kanapkami, tostami, platkami z mlekiem i daniami instant nie zrobię nic.-powiedział wstając.-jeśli byś czegoś potrzebował to dzwon.
-mhm rozumiem. I teraz kiedy mi o tym powiedziałeś będę wiedział żeby cię nie zostawiać i być przy tobie.-uśmiechnął się kończąc swoją porcję.
Jun
[nie mam pojęcia co napisać....]
-a co chciałbyś robić jak już jesteś chory? No żebyś się nie nudzil.-uśmiechnął się lekko. Nalal sobie soku.
Jun
-Kiara stój!-krzyknął na sunie swojego partnera. Biegnąc za nią wpadł na Tomo.-sorry...-mruknął w końcu łapiąc psinke.
-no dobrze więc nudzić się nie będziesz. Ja idę zaraz do pracy. Około południa zrobię sobie przerwę więc wpadne zobaczyć jak się czujesz.-uśmiechnął się podając mu leki.
Jun
-wyprowadzam ją wieczorami...akurat miałem ochotę na spacer.-wyjaśnił siadając obok niego i zapalając papierosa.
-nasmaruje i jak będziesz chciał to zostanę na noc. A teraz się zmywam.-powiedział dając mu calusa w czoło i wychodząc do pracy.
Jun
-trochę...czasami jak Ryu nie ma. Ja to lubie i nic na to nie poradzę.-wzruszył ramionami.-czasem wychodzi Ryu a czasem ja.
Takano tak jak obiecał odwiedził go w czasie przerwy a później po pracy przynosząc mu Mcdonalda.
-mam dla ciebie kolację!-oznajmił w drzwiach.-jak tam piosenki?
Jun
-gdyby to było zwykłe uzależnienie to bym rzucił ale...ja to lubie.-wzruszył ramionami próbując napoju.-mhm...dobry.
-nie idą? Może nie masz inspiracji? O czym chciałeś napisać?-spytał siadając na kanapie.-a jak się czujesz?
Jun
-bardzo zabawne...znów poruszasz ten temat? Odpusc sobie...ok?
-mhm...może po prostu nie miałeś weny? Ja jak nie mam to nic nie narysuje.-wzruszył ramionami.-zjedz a ja zrobię herbaty.-zaproponował wstając.
Jun
-zacznę. Miałem z resztą spróbować czekolady twojego kochasia.-zaśmiał się cicho.-to dobrze że wam dobrze idzie.-uśmiechnął się i poklepal go po plecach.
-już jadłem.-odparł idąc zrobić herbatę. Wrócił po chwili podając mu jeden kubek.-jak będziesz czegoś potrzebował to mów.
Jun
-ajc...to wpadne przed pracą...o której masz pierwszą partię?-spytał taktycznie.
-no zjadłem już.-uśmiechnął się lekko.-będę przy tobie.-zaśmiał się.-dzisiaj był męczący dzień...więc jestem spocony i pewnie jeszcze pachne czekolada...może wezmę prysznic?
Jun
-będę około 7...więc coś dla mnie schowaj.-poprosił.-to może i Ryu dam do szkoły...w każdym razie dobrze jest mieć przyjaciela w piekarni.
-no moge pozniej.-zgodził się biorąc od niego cole.-zaraz dam ci leki...i ostatnie jutro rano i powinno być dobrze.-powiedział obejmując go.-dzisiaj był duży ruch...i przyszedł jakas kobieta z magazynu z wyobraź sobie z Tokio.
Jun
-no a jak. A po pracy pójdę do cukierni...o ile Ryu mi wcześniej czegoś nie przyniesie.
-wiesz...nawet ładna. Zrobiła zdjęcie, zadała kilka pytań, zamówiła ciasto i czekoladę. Najgorsze było to że się do mnie obiecała...-wzdrygnal się.
Jun
-e...i tak chyba pójdę...chce spróbować czekolady.
-a co zazdrosny?-Zachichotal łapiąc go za rękę.-nie tykaj mnie...nie mogłem powiedzieć żeby się odpieprzyla bo mam narzeczonego bo by to napisała w magazynie i by nikt nie przyjechał...ale ją zbywalem.-odparł cicho się śmiejąc.
Jun
-eee...wątpię że chciałbym kogokolwiek zabijać...ty też lepiej o tym nie myśl słyszysz? Wybij sobie z głowy takie pomysły.
-twój 'brzydal' ma branie nawet wśród klientek cukierni.-Zachichotal.-jest kilka z okolic...a kilka specjalnie przyjeżdża z dalszych zakątków kraju...wiele się zaleca.-dodał uśmiechając się łobuzersko.-nadal nie jestem zazdrosny mój buraczku czerwony?-zaśmiał się cicho.
Jun
-pewnie zrobiłbym je tak żeby zatrzeć ślady. I raczej trucizną którą ciężko wyczuć. Może gaz? Ten bez zapachu i koloru?-wzruszył ramionami.-ale to hipotetycznie bo to nie na moje sumienie.
-zazdrośnik...-Zachichotal.-ale znając jego i tak się nie przyzna...-dodał wstają i biorąc leki chłopaka z którymi poszedł do sypialni. Zapukał do drzwi.-mogę nie spać ale weź leki, ok?
Jun
-nie myśl o tym. Nawet niech ci do głowy nie przychodzi zabijanie kogoś, jasne? Ciesz się życiem.
-obraziles się na mnie?-spytał wchodząc do jego pokoju i kładąc leki na szafce nocnej.-nie jestem nimi zainteresowany przecież wiesz. Słodko się zarumieniles skarbie...-dodał siadając na boku łóżka.
Jun
-przecież powiedziałem że masz nawet nie próbować! Słuchasz mnie w ogóle?-krzyknął na niego.-to głupi pomysł. Pomyśl o Yuyi...o swojej mamie o tacie i o kochasiu. Pomyśl o sobie! Nawet nie myśl o zabiciu kogoś.
-obraziles...inaczej byś mnie tak złośliwie nie wyganial...-mruknął niezadowolony.-no Tomo...o co ci chodzi?
Jun
-uspokoj się!-krzyknął potrzasajac nim delikatnie.-uspokoj się. No już...Tomo...nie będę krzyczał.-powiedział przytulajac go do siebie.-wiesz że to jest złe. Nie rób tego...nie znizaj się do jego poziomu...jesteś tutaj bezpieczny...więc się spokój. Nie zabijaj go.
-mhm...no dobrze...to będę się już zbierał. Odpoczywaj kochanie...przyjdę przed pracą sprawdzić jak się czujesz.-uśmiechnął się lekko wstając.
Jun
-powiedziałem żebyś się uspokoił. Nie zabijaj go. Jeśli będzie coś próbował możesz iść na policję. Zgłosić że grozi tobie i twojej rodzinie mogą go zamknąć w psychiatryku. Pomyśl o innych rozwiązaniach.
-dobra..co się stało? Rozumiem że możesz mieć powód żebym nie spał u ciebie...ale żebym nie mógł wpaść rano sprawdzić jak się czujesz? O co chodzi? Masz jaki problem? Martwi cię coś? Powiedz mi...-poprosił zmartwiony.
Jun
-pójdę z tobą na policję chcesz? Pokażemy listy z pogróżkami...będą musiał coś z tym zrobić. Nie będziesz się bal go całe życie...ale nie zabijaj go. Nie rób tego.
-nie kłam...wiesz że mi na tym nie zależy. Ty i twoje zdrowie jest najważniejsze. Co się stało? Tomo...-wziął go na kolana i przytulil mocno.-powiedz co co gryzie.
Jun
-słuchaj...pójdę z tobą jeszcze raz...do innego oddziału...tylko nie rozumiem tych tutaj. Przecież wiele razy pomagałeś w ich sprawach.-westchnął.-nie myśl więcej o zabijaniu go, ok? To zły pomysł. Bardzo zły. Zranisz tym wiele osób. Niedawno odzyskałeś mamę. Masz rodzinę nie rób głupot. Takano pewnie powie ci to samo. Nie zabijaj go pojedziemy do innego oddziału policji albo od razu ruszymy z procesem i psychiatryk murowany.
-tylko tyle? Na pewno tylko tyle?-spytał unoszą brwi i wchodząc mu do łóżka.-przecież wiesz że kocham tylko ciebie.-powiedział obejmując go mocno.-nikogo innego. Tylko ciebie. Nie masz o co być zazdrosny. Mam ci przypomnieć jak ja byłem zazdrosny?
Jun
-muszą uwierzyć. Nie jesteś paranoikiem...ja ci wierzę i wszystko ładnie zalatwimy. Nie możesz od razu go pozwać o nachodzenie i grozenie? Powinni go zamknąć w psychiatryku. Chodź obgadamy to u mnie.-powiedział wstając i podnosząc go. Sunia od razu do niego przybiegła.
-żadnego pojutrza. Przychodzę rano sprawdzić jak się czujesz. Nie wychodz z łóżka, śpij grzecznie a jak coś to dzwon.-powiedział wstają wstając z łóżka i wychodząc z domu chłopaka zamykając za sobą drzwi na klucz.
Jun
-no ale coś trzeba zrobić. I nie zabijać go.-mruknął ciągnąc go do domu Amakusów.-musisz się uspokoić.
[oki...idę spać ^^ dobranoc ^^]
Takano tak jak zapowiedział przyszedł do niego rano. Otworzył drzwi i zdjął buty wchodząc do środka. Zaszedł do sypialni a widzac chłopaka śpiącego tylko przyłożył mu dłoń do czoła sprawdzając gorączkę a później zabrał się za robienie śniadania.
Jun
-to nie jest najlepsze pomysł. To najgorszy na jaki mogłeś wpaść.-mruknął.-idziesz do psychologa. Masz swojego czy mam zadzwonić po mojego?
-hej!-krzyknął zatrzymując kij ręką żeby nie dostać w głowę.-kochanie to ja!-dodał wyrywajac mu kij i wyłączając gaz pod patelnia. Tomo to ja...skarbie co się stało? Kto cię nachodzi?-spytałboraz go na ręce.
Jun
-ok...więc zadzwonie po swojego. Jutro będzie do tego czasu śpisz u mnie.-oznajmił wchodząc do domu a później prosto do swojego pokoju. Zadzwonił do swojej psycholozki która obiecała być jutro z samego rana.
-na pewno? Kotek jak ktoś cię nachodzi to coś trzeba z tym zrobić...-poglaskal go po włosach.-dojdzissz sam do salonu? Zaraz przyniosę ci śniadanie i porozmawiamy, ok?
Jun
-oj jeden dzień cię nie zbawi. Teraz najważniejsze żebyś porozmawial z psychologiem skoro mnie nie słuchasz.
-nie przepraszaj gluptasku.-zaśmiał się cicho. Po chwili przyszedł do salonu dając mu naleśniki z dzemem i gorącą czekoladę.-masz zjedz i się napij...porozmawiamy.-uśmiechnął się lekko.-gorączka spadła. Jak się czujesz?
Jun
-nie bój się. Masz mnie i Takano. Obronimy cię przecież. Zglosimy to na policję ale najpierw psycholog.
-nic mi nie jest obroniłem się.-uśmiechnął się lekko. Dał mu calusa w policzek.-to dobrze że już ci lepiej. Dam ci ostatnią porcję leków. I po tym już koniec z lekami i jutro ładnie wstaniesz do pracy jak będziesz chciał.
Jun
-wiem. Rozumiem cię. Ale musisz się uspokoić i zacząć trzeźwo myśleć. Nie wolno co nikogo zabijać.-powiedział siadając obok niego.
-oj no bo tyle ciasta wychodzi...-mruknął biorąc sobie jednego.-ale przecież pomogę ci zjeść...-dodał siadając wygodniej.
Jun
-a dlatego że zostawilbys wiele osób które kochasz i które kochają ciebie. A twój problem można załatwić inaczej.
-już mnie wyganiasz kochanie?-spytał dając mu calusa.-kocham cię wiesz? Przyjdę wieczorem pomoc ci z naleśnikami.-zaśmiał się cicho.-jeśli coś by się działo to wiesz gdzie mnie szukać.
Jun
-oj...bo kaucja ale to dziwne bo powinien po połowie kary....-mruknął cicho.
-a to niby dlaczego? Chociaż raz byłeś o mnie zazdrosny. To słodkie.-zaśmiał się cicho.-no nic idę do pracy. Miłego dnia.-powiedział wychodząc i zzamykając za sobą drzwi.
Jun
-ej głuptasie...nie na podłodze bo zmarzniesz.-wniósł go na łóżko.-śpij i się nie bój. Nie będziesz żył w ciągłym strachu. Będzie dobrze.
Mężczyzna spokojnie skończył pracę i otrzymał wywiad do akceptacji czy wszystko pasuje po czyn odesłał dziennikarce. Po pracy pojechał do domu. Wziął prysznic i laptopa i pojechał do chłopaka. Otworzył drzwi swoim kluczem i wszedł do środka.
Jun
-jak to gdzie? Obok ciebie. Duże łóżko więc się posun.-mruknął wchodząc do łóżka.
-mam bo...no jak ci urządzałem dom to miałem swoje klucze i...i tak mam je nadal.-wyjaśnił.-oddam ci jeśli przeszkadza ci to że je mam.-dodał siadając obok niego.
Jun
-ech...gluptas...wiesz że jeszcze nie zdjął kamer z pokoju? I teraz on to widzi a nie Yuto?-spytał unoszac brwi.
-no jak chcesz to ci je oddam. Oszczędzam ci chodzenia do drzwi i w ogóle...no i masz moje klucze...chyba że faktycznie nie...-wzruszył ramionami i wyjął swój pęk kluczy.-proszę...od mojego domu.-podał mu klucz.
Jun
-nie...ale to znaczy że albo zaraz tu przyjdzie jak ogląda...albo zobaczy rano i będę się musiał tłumaczyć...-westchnął.-mam nadzieje że nie będzie obrażony.
-no dobrze...więc będę pukal. Tylko jak bym zapukał to byś szedł otworzyć z kijem...kotek opowiedz co się dzieje.-poprosił.-wiesz że chce twojego bezpieczeństwa...-dodał łapiąc go za rękę.
Jun
-poradzę sobie a on pewnie zrozumie. Ostatnio powiedział że uważa za słodkie to jak cię traktuje. Mój mały braciszku.-zaśmiał się obejmując go lekko.
-zabić? Kochanie...to proste...bo cię kochamy. Nie chce żebyś był w więzieniu i miał kogoś na sumieniu.-Powiedział nie bardzo rozumiejąc sytuację ale tulac go do siebie.-ale...powiedz mi dokładnie o co chodź.
Jun
-no cóż...jakoś tak wyszło że z tobą wytrzymuje.-zaśmiał się.
-kochanie...ale to nie znaczy że musisz sobie psuć sumienie. Nie pozwolę ci zabić kogokolwiek. Skarbie kocham cię...nie chce żebyś zabijał. Coś wymyślimy. Jakoś to rozwiążemy bez mordowania. Będzie dobrze.-powiedział tulac go do siebie.
Jun
-proszę bardzo.-zaśmiał się również zasypiajac.
-będzie dobrze...będzie dobrze kochanie.-przejrzał wiadomości w telefonie chłopaka.-ech...nie wiesz kto to? Kochanie jak on niby ma cię widzieć...to są groźby i zastraszanie i z czymś takim idzie się na policję.
Jun
-Ała!-krzyknął od razu się budząc i ściągając z sobie chłopaka.-o co chodzi?
-nie masz zadnych paranoi. Coś się wymyśli...obiecuje. Tylko nikogo nie zabijaj. Proszę. Złamiesz serce nie tylko mi ale też Yuyi i swojej mamie i tacie. Proszę nie rób glupot. Ok?-ucałował go w czoło.
Jun
-ech...ledwo podniósł się z łóżka a do pokoju weszła jego psycholog.-hej Mika...-ziewnal machajac jej na przywitanie.-to jest Tomo...ja zejde do pracy a wy porozmawiacie.-powiedział wstając z łóżka.
-mhm rozumiem. Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej? Załatwiłbym kogoś bliżej...pomógł bym ci...a tak mówisz mi dopiero też, czemu? Sądziłem że mi ufasz...nadal masz opory przed mówieniem mi niektórych rzeczy?-spytał nie puszczając go nawet na chwilę.
Jun
-dzień dobry.-przywitała się siadając na krześle.-usiadz, poloz się jak ci tam wygodnie. Po prostu powiedz co cię gryzie.-powiedziała spokojnie wyjmujac notesik.
-nie bój się. Potrafię się obronić a Yuya mieszka u dziadka a tam jest bezpieczny. Zamieszkam z tobą na jakiś czas, chcesz? Może tak poczulbys się pewniej? Nie będąc samemu w domu...spokojnie kochanie. Coś wymyslimy. Może Ken nam pomoże?
Jun
-nie mój drogi...zabijając go znizylbys się d jego poziomu i zostawilbys bliskie osoby i zniszczylbys sobie sumienie. Jest wiele innych sposobów. Normalne że się boisz jeśli robi i robił ci takie rzeczy. Ale nie daj się aż tak zastraszyć.
-chce żebyś jak najmniej się bał...o siebie. O mnie się nie martw. Nic mi nie będzie umiem się obronić. Ale ty jesteś osłabiony i ledwo stoisz...boję się zostawać cię samego.-powiedział tulac go do siebie.
Jun
-uspokoj się i pomyśl trzeźwo. Pomyśl ile to ma konsekwencji i co da ci to że go zabiles jeśli najprawdopodobniej dostajesz dożywocie? To bez sensu. Najpierw się spokój.-poleciła mu łapiąc go za dłoń.
-możesz spać u mnie ile chcesz. Wiesz o tym skarbie. Weź potrzebne rzeczy i pójdziemy do mnie. Przyjechałem motorem może jakoś się zabierzemy.-uśmiechnął się.-kochanie mówię ci nie martw się o mnie.
Jun
-ech słuchaj mój drogi...mówimy hipotetycznie bo nikogo nie zabijesz.-westchnela.-nie wiem czemu...może...jest coś co zyskałby po twojej śmierci? Pieniądze albo coś w ten deseń...-spytała mając pomysł na rozwiązanie.
-miło słyszeć że ci się podoba...sam malowalem ściany...i ten zachód o który kiedyś mnie prosiles masz w studiu na ścianie. Chciałem żeby było ci tu jak najlepiej.-uśmiechnął się szczęśliwy że sprawił mu radość.-ech kochanie...ale ja się mogę obronić a ty nie bardzo...więc ja mam większe prawo żebyście martwić...jak będziemy razem to będziemy mniej się martwić.
Jun
-no...a mogę wiedzieć czyim dzieckiem jesteś? Może to też ma coś wspólnego? A skoro teraz powodem są pieniądze to może po prostu dać mu to co chce i się odczepi?-zaproponowała.
-no jasne kochanie...szło ci świetnie tylko trochę się chwiales...zamach był całkiem niezły ale łatwy do złamania. Zrozum że jesteś słabszy i mniej zwinny niż kiedyś. Jeszcze trochę i może nie będę się tak martwił?-wzruszył ramionami.
Jun
-i jak się z tym czujesz? Sądzę że mimo adopcji na pewno cię kochali...wychowali cię i jak adoptowali cię bardzo wcześnie to byłeś jak ich dziecko.-usmiechnela się do niego lekko.
-wiesz kochanie...może to i lepiej że nie pamietales? Dzięki temu nie zostałem porażony...-westchnął.-no nie wiem kotus...przecież nim mi się nie stanie a tobie może...straszyli cię że ci mi zrobią?-spytał spokojnie wciąż go przytulajac.-kule? Hmmm...może jakoś je przywiazemy?
Jun
-zabiles je celowo czy w jakimś wypadku? Na pewno nie celowo. Pomyśl na spokojnie czy warto. Ja ci mogę już odpowiedzieć że nie warto.-powiedziała spokojnie.-spróbuj najpierw z pieniędzmi, ok?
-nic mi nie będzie...spokojnie skarbie. Mimo tego że nie wyglądam masz silnego chłopaka z czarnym pasem w karate...i uczyłem się trochę kendo...trochę więcej wiary we mnie, co?
Jun
-spokojnie...spokojnie.-powiedziała łapiąc go za dłoń.-no nie wiem...a nie mógłbyś ich jakoś zdobyć?może tak byś się go pozbył i nie brudzil sobie rąk morderstwem z premedytacją.
-wiem kochanie...ale jestem tu przy tobie i na pewno cię obronie. Zyjmy normalnie, dobrze? Chciałbym żebyśmy byli szczęśliwi...na pewno cię obronie jeśli zajdzie taka potrzeba.-zapewnił tulac go do siebie. Czuł jak chłopak drży w jego ramionach.
Jun
-nie wiem co zrobić...uważam jednak że zabicie go to zły pomysł. Pomyślałam że może pieniądze by załatwiły sprawę...jeśli uważasz inaczej to trudno. Ale nie posuwaj się do morderstwa.
-jak mam nie panikować i nie być nadopiekunczy kiedy się boisz? Och skarbie...coś wymysle...zrobię wszystko żebyś tylko nie musiał nikogo zabijać...nie chce żebyś kogoś zabijał.-powiedział glaszczac go po włosach.
Jun
-mhm...a nie możesz...spytać o co mu chodzi? Wiem że się boisz ale...można spytać...-zauważyła spokojnie.-zawolac Juna? Może chcesz coś pić?
-nie będę zabijał. Ale ty też obiecaj że tego nie zrobisz. Proszę? Na paluszek?-odsunął go od siebie i wyciągnął dłoń z wysuniętym małym palcem.-kocham cię...nie chce żebyś kogoś zabił z premedytacją.
Jun
-spokojnie.-objęła go łagodnie.-oddychaj spokojnie. Będę liczyła. Na raz wdech a na dwa wydech.-poprosiła zaczynając powoli liczyć w jednym określonym rytmie.
Mocno scisnal jego palec i uśmiechnął się lekko.
-dziękuje. To dla mnie dużo znaczy...-dał mu calusa.-kocham cię wiesz? I chciałbym z tobą być już zawsze...-dodał tulac go do siebie.-zabierz szczoteczke do zębów i lecimy do mnie.
Jun
Od razu się od niego odsunęła. Przecież nie chciała do siebie zrazić chłopaka. Podała mu chusteczki i usiadła przed nim na podłodze czekając aż trochę się uspokoi. Była cierpliwa w końcu na początku nigdy nie było łatwo.
-dlatego dotrzymaj obiednicy, ok?-poprosił ubierajac buty. Poczekał na chłopaka i jakoś przymocowal kule do motoru. Chwilę później parkowal w swoim garażu.-jesteśmy na miejscu cali i zdrowi.-powiedział pomagając mu zejść z motoru i podając mu kule.
Jun
-tak już go wołam.-powiedziała wstając z podłogi. Zawołała Juna który zaraz przyszedł i usiadł obok chłopaka obejmując go ramieniem.
-no...oddychaj spokojnie.
-tęsknią za tobą...-zauważył cicho się śmiejąc.-chcesz coś? Może gorącą czekoladę?-zaproponował kiedy już zamknął garaż i zakluczyl drzwi od domu.-zrobię ci taką dobrą z syropem malinowym.
Jun
-nie przejmuj się...ja na swojej pierwszej nie odezwałem się nawet słowem.-zapewnił spokojnie.-później będzie lepiej...jeśli oczywiście będziesz chciał.
-na prawdę tęsknią. Przyzwyczaiły się że byłeś codziennie i teraz nią dadzą ci spokoju.-zaśmiał się.-povaw się z nimi chwilę a ja zrobię czekoladę i salatke.-uśmiechnął się idąc do kuchni gdzie zabrał się za robienie smakołyków.
Jun
-nie przepraszaj.-pokiwala przecząco głową.-nic się nie stało. Jak na pierwszy raz powiedziałeś sporo. Jun tylko płakał w poduszkę...
-Mika...
-ok już nic nie mówię...
Mężczyzna akurat skończył wojowac w kuchni i przyniósł chłopakowi czekoladę na poprawę humorku i salatke owocową.
-proszę kochanie...smacznego.-powiedział siadając z jego drugiej strony żeby Jolie mogła nadal być blisko chłopaka.
Jun
-ok. Nie ma sprawy. Zatrzymałam się niedaleko w hotelu robiąc sobie małe wakacje. Zostawię ci mój numer i jak będziesz gotowy to zadzwoń.-powiedziała podając mu swoją wizytówkę.
-jeśli będziesz chciał jeszcze to nie wahaj się prosić. Od razu ci zrobię.-powiedział dając mu calusa. Wstał po laptopa.-zrobiłem listę rzeczy które moglibyśmy zobaczyć we francji.-pokazał mu tabelke.-zdjęcie, nazwa i miejscowość.-wyjaśnił.
Jun
-zostaje tu na małych wakacjach przy okazji odwiedzając znajomych. Nie przejmuj się...do Tokio jest daleko...zostanę jakiś czas w okolicy.
-Hmmm...-zamyslil się trochę. Nigdy się nad tym nie zastanawiał.-nie wiem, chyba po prostu spędziłem tam miłe chwilę. Bardzo tolerancyjny kraj...i w ogile. Studia były przyjemne...zobaczyłem wiwlw pięknych miejsc...tak po prostu ją lubie.-wzruszył ramionami.
Jun
-zaufaj jej. To dobra kobieta i bardzo mi pomogła.-szepnął kiedy Mika się już z nimi pożegnała.
-jasne kochanie...przecież będziemy mieli cały miesiąc miodowy na zwiedzanie i zabawę...najpierw Nowy Jork a później Paryż i reszta francji. Zobaczysz co najlepsze.-obiecał dając mu calusa.-ale do tego jeszcze czas...
Jun
-ajaj...znam to. Dopiero na drugim spotkaniu mówiłem normalnie...a na pierwszym ją skopalem i zaryczalem jej całe łóżko...młoda wtedy była...dopiero zaczynała.
-ja ciebie też kochanie. Bardzo cię kocham. Bardzo. -objął go ramieniem i ucałował w policzek.-cieszę się że ciebie spotkałem...nawet jeśli mamy czasem pod górkę. Bardzo cię kocham.
Jun
-dobrze, możesz. Nie przejmuj się i odpoczywaj.-polecił mu.-może chcesz herbaty?
-jeszcze nie myślałem...-przyznał szczerze. Wziął chłopaka na kolana żeby im było wygodniej.-to dopiero początki cukierni więc się na tym nie skupiałem. Ale ciasto zelkowe...czemu nie. Musiałbym najpierw zobaczyć czy wyjdzie ale to dobry pomysł.-zgodził się z lekkim uśmiechem. Głowę zaprzątał sobie tym jak poradzić sobie z wujem chłopaka.
Jun
-nie ma sprawy nie musisz dziękować.-powiedział spokojnie i zszedł na dół do kuchni. Wyjaśnił Ryu zw Tomo zostanie jakiś czas bo ma problemy i wrócił na górę z herbatą i lodami.-proszę bardzo zestaw pocieszajacy...
-ale czasami nie masz świetnych pomysłów.-zauważył spokojnie. Pocałował go namiętnie.-kocham cię...a teraz obejrzyj propozycje miejsc które możemy zwiedzać we francji.-podsunął mu laptopa.
Jun
-nie ma za co...-uśmiechnął się lekko klepiac go po ramieniu.
-nie naciskam...po prostu wiele miejsc trzeba dużo wcześniej rezerwować i w ogóle.-wzruszył ramionami.-już nie będę...-dodał niczym skarcone dziecko.-co chcesz dzisiaj porobic?
Jun
Wzruszył tylko ramionami nie chcąc się z nim kłócić.-fajnie że smakują. To takie które robiłem na studiach...
-no wiem że jadę...ale nie na całe wakacje...miesiąc tylko...-mruknął.-a przecież jedziesz ze mną na dwa tygodnie.-przypomniał spokojnie.-a później pójdę na jeden z twoich koncertów.-zdecydował śmiejąc się cicho.-więc dluuugi okres narzeczenstwa...rozumiem.-powiedział dając mu calusa.
Jun
-cieszę się że lepiej. Może się przespij? Ja muszę iść do pracy...
-no wiem że nie zabraniasz ale ja nie chce. Będę się martwił no i chce zobaczyć twój koncert. I może zabiorą gdzieś Yuye?-wzruszył ramionami.-za szybko ten pierścionek? Przepraszam...ale że ślubem poczekamy...-obiecał raz po raz go calujac.
-dobra to martwienie się określam co nie znaczy że nie chce zobaczyć ciebie na dużej scenie.-zaśmiał się cicho.-Ten jeden raz spedze inaczej wakacje przecież to nic takiego. Może będzie fajnie? -wzruszył ramionami.-idź się umyj i do spania. Ja mam do zrobienia jeszcze tort.
Prześlij komentarz