Tomohisa Kurosagi,
25 lat (07.12),
syn piekarza i lekarki (dyrektorki szpitala),
w Yukan mieszka od urodzenia z przerwą na studia,
wrócił do rodzinnej miejscowości po śmierci swojego ojca,
przejął jego piekarnię (choć nie bardzo się na tym zna),
z zawodu: lekarz sądowy,
w pracy: manager (niekiedy piekarz i cukiernik w jednym),
studiował w Tokio,o swoim życiu w Tokio niewiele opowiada, przygód trochę miał, nie chwali się też swoimi osiągnięciami (udało mu się zaistnieć na niszowym rynku - nagrał kilka singli),
jeździ: głównie rowerem, nie ma prawa jazdy, czasem wybiera się na przejażdżkę motorem,
Tomo wychowywał się w szczęśliwej rodzinie. Nie jest jedynym dzieckiem Takeo i Ayi. Jednakże jego dwie młodsze siostry zmarły w nieszczęśliwym wypadku. Tomohisa nigdy o nich nie wspomina. To dla niego wciąż bolesny temat. On jako jedyny wyszedł z wypadku cały. Był sprawcą tego nieszczęścia. Siadł za kółkiem za namową dwóch sióstr i skasował ojcu samochód. Nigdy więcej nie próbował jeździć pojazdami z czterema kołami. Omija je szerokim łukiem, a kiedy już do jakiegoś wsiada, walczy z ogarniającą go paniką. Nigdy nie poszedł z tym do lekarza. Uważa się za zdrowego człowieka, mimo męczących go nocnych koszmarów. Wciąż nie może się otrząsnąć. Jego matka go nienawidzi. Wini go za całe zajście i Tomohisa nie ma jej tego za złe. Wyprowadziła się z Yukan zaraz po śmierci swojego męża. Nie utrzymuje kontaktu z synem. Tomohisa mieszka w małym mieszkanku nad piekarnią. Ma dwa pokoje, kuchnie oraz łazienkę. Nic więcej jest mu nie potrzebne. Swój rower i motor trzyma zamknięte w garażu ojca. Codziennie rano wstaje by przygotować wszystko na pełen roboty dzień. Wieczorami natomiast można spotkać go na klifach bądź odosobnionych miejscach wraz ze swoją gitarą. Wciąż komponuje piosenki. Nie potrafi się przed tym powstrzymać.
Tomohisa jest raczej spokojnym człowiekiem, któremu daleko do prawdziwego zbója. Jest pogodnie nastawiony do każdego człowieka. Nie skreśla od razu. Raczej nie często się uśmiecha i jest małomówny. Nie znosi strzępić języka, jeśli nie widzi ku temu potrzeby. Wszystko przecież można przekazać w sposób jasny i przyjemny, bez owijania w bawełnę. Potrafi się jednak obronić. Swego czasu trenował boks i nie można o nim powiedzieć by był słaby. Przeżył też przygodę z narkotykami. Wylądował nawet przez to w szpitalu i od tamtej pory stara się trzymać od wszystkiego co jest związane z lekami z daleka. Potrafi być zgryźliwy i w kilku słowach dać do zrozumienia, że nie jest zainteresowany czyjąć osobą bądź propozycją. Zerwał kontakt ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi. Jest raczej typem samotnika. Zresztą Yukan jest miejscem starzejącym się, więc Tomohisa nie ma zbyt wiele możliwości nawiązania znajomości. Nie zależy mu na dobrych stosunkach ze swoim wujkiem - burmistrzem Yukan. Ludzie często oceniają go przez pryzmat działań jego wujka, co strasznie denerwuje Tomohisę. Nie rozumie jak można być tak pustym. On sobie rodziny przecież nie wybrał. Stara sie nie pokazywać w obecności burmistrza, by przypadkiem nie zostać przez niego wciągniętym w polityczne gierki. Nie znosi polityki.
Wzrost: 175cm
Waga: 57 kg
Ulubiona słodycz: czekolada
Ulubiony kolor: biały, czarny, czerwony i granatowy
[Dobra kochani! Welcome back :D]



5 000 komentarzy:
«Najstarsze ‹Starsze 3601 – 3800 z 5000 Nowsze› Najnowsze»-mhm...sądzę że to dobry pomysł. Wrócisz do wagi i pokoncertujesz. No i zdążymy wszystko załatwić. Będzie dobrze.-dał mu calusa. -odpocznij.
-nie jestem zły. Wiem że potrzebujesz czasu i w ogóle. A ładna pogoda do postawa jeśli chcemy na przykład popływać. Planowałem rejs jachtem...no nic.-zaśmiał się.-nie jestem zły.
-dobranoc.-ucałował go jeszcze i poszedł do salonu.-chcesz coś porobic Yuya?
-możemy maluchu. Nie bój się o to pytać. To normalne że chcesz odwiedzić mamusię. Nam to wcale nie przeszkadza.-uśmiechnął się i przytulil lekko.
-nie jest. To że kochasz nas nie znaczy że nie możesz kochać ich. W tym nie ma niczego złego. Nie będziemy zazdrosni spokojnie.
-Nie ma za co maluchu. W końcu jesteśmy rodziną.-uśmiechnął się i zmierzwił mu włoski.-śliczny, to my prawda? Na prawdę piękny. Pokażemy Tomo jak się obudzi, a na razie zasłużył na honorowe miejsce na lodówce.-oznajmił wesoło.
-Możesz maluszku, przecież pieski też należą do rodziny.-uśmiechnął się do niego lekko.-Wiesz...niby byśmy mogli pójść na chwilę. Tylko trochę obawiam się zostawiać Tomo tak samego...To bardzo ważne skarbie?-spytał patrząc na niego uważnie.
-mhm...no to widzę że bardzo ważne. Ale torcik możemy zrobić ze składników które mamy. To będzie wystarczający prezencik. Ci co zrobimy razem dla niego. I ten rysunek.-uśmiechnął się.
-jasne. Zrobimy jakiś mały i pyszny torcik najlepiej czekoladowy. Zaraz się za niego weźmiemy ale wcześniej nie chcesz oprawic tego rysunku?
-możesz.-zaśmiał się i przyniósł ramke. Włożył do niej rysunek i podał chłopcu.-proszę bardzo. Teraz możemy iść robić torcik.-wziął chłopca na ręce i zaniósł do kuchni. Po około dwóch godzinach torcik był gotowy i ozdobiony.
-Yuya poczekaj chwilę.-poprosił idąc pomóc Tomo.-pomogę ci trochę...-powiedział ostrożnie prowadząc go do łazienki. Tam zostawił go już samego żeby nie było że się narzuca.
-dlatego powinieneś mój drogi leżeć grzecznie w łóżku.-zauważył spokojnie i wziął go na ręce zanosząc do sypialni. Położył go na łóżku i okrył kołdrą.-odpoczywaj kochanie.
-co ci się sni skarbie?-spytał przytulajac go delikatnie.-opowiedz...co to za koszmarki masz?-poprosił zmartwiony.
-rozumiem skarbie. Ale wiesz że już jest dobrze. Ten wujek nic ci nie zrobi, wiem że wspomnienia co wróciły i masz koszmarki ale nie masz się czyn martwić. Ja na pewno nie dam komukolwiek ciebie dotknąć.-zapewnił go i pocałował lekko.
-raczej wątpię że ktokolwiek by lubił skarbie. To musi być dla ciebie straszne. Takie sny.-poglaskal go po policzku.-potule ale póki co nie za długo. Zostawiłem Yuye w kuchni...
-jasne skarbie.-ucałował go jeszcze raz.-kocham cię.-uśmiechnął się i wstał z łóżka idąc po chłopca. Wrócił z nim na rękach i z torcikiem.
-z okazji twoich imieninek wujku.-oznajmił radości chłopiec i poczekaj aż Takano posadzi go na łóżku a sam zajmie się torcikiem. Yuya podał mu oprawiony obrazek.-wszystkiego najlepszego.
-um dobrze. Ale...na pewno się podoba?-spytał nieśmiało.
-no mój mały...na pewno przecież tak ślicznie narysowałeś.-uśmiechnął się Takano i podał wszystkim po kawałku torciku.
-wujku? Gdzie chciałbyś pojechać na wakacje?
-tak daleko?-zdziwił się chłopiec ale zaraz się uśmiechnął.-ja bym chciał w dużym domku trochę pomieszkac. Ale tak razem. I żebym mógł zaprosić kolegów na noc...tatuś się zgodził ale chciałbym wiedzieć czy wujek nie ma nic przeciwko...bo ja nie chce żebyście się znowu kłócili...
-wujku boli bardzo?-spytał zmartwiony chłopiec a Takano tylko przyglądał się temu z uśmiechem jedząc swoje ciasto.-ale możemy pojechać...przecież wujku chciałbyś. To czemu opuszczasz?
-ano właśnie mi też mowiles że chcesz pojechać. W takim razie pojedziemy.-wtrącił się Takano.
-ale przecież możemy zrobić tak żeby zdążyć.-zaprotestował szybko chłopiec i poczekał aż Takano poda mu książeczkę.-ale pomożesz mi trochę wujku? Bo ja jeszcze nie znam wszystkich znaków...-poprosił kładąc się obok niego.
-już się kładę.-wstał z krzesełka i wsunal się pod koldre obejmując lekko chłopaka. Yuya zaczął powoli czytać zatrzymując się kiedy czegoś nie rozumiał i prosił o pomoc.
-pewnie tak...bo zajmuje się i mną i wujkiem. Gdybym nie złamał nóżki to tatuś nie byłby taki zmęczony...-zauważył smutno chłopiec a Takano trochę mocniej objął Tomo.
Chłopiec pokrecicl przecząco głową.
-ja mogłem uważać jak chodzę...-zaprzeczył cicho. Takano zaśmiał się cicho przez sen i wymamrotal po francusku coą co brzmiało podobnie do 'może kochanie łamagi'-wujku? Tatuś coś powiedział?
-mhm...no dobrze wujku.-zgodził się chłopiec już nie chcąc się drazyc tego tematu. Przytulil się lekki do Tomo i przymknal oczy.
Chłopiec uśmiechnął się lekko. Wolałby nie być lamaga żeby nie sprawiać problemów ale nic na to nie mógł poradzić. Cieszył się że mimo wzuzysko jest kochany. Zamknął oczy starając się zasnąć.
-już się tym zajmuję skarbie.-odparł spokojnie i wstał z łóżka. Wyjął z niego Yuye i zaniósł rondo jego pokoju żeby też nie złapał gorączki. Wziął leki przeciwbólowe i przeciwgoraczkowe i wszystko inne co było mu potrzebne. Zapalił lampke tak żeby światło było małe i nie razilo chłopaka. Pomógł mu usiąść i podał pół małej kromki z maslem.-najpierw zjedz.-poprosił.-dasz radę?-spytał zaraz nie chcąc go męczyć.
-wiem skarbie. Już ci daje tabletki.-posadził go jeszcze raz i podał mu wszystko co powinien wziąć. Delikatnie położył go na poduszki.-zaraz przestanie.-zapewnił biorąc chustę z miski z wodą i obmywajac mu twarz.
-nie przejmuj się mną. Teraz najważniejsi jesteście ty i Yuya. Ja sobie jakoś poradzę więc jeśli źle się czujesz to po prostu mnie wołaj bez względu na to co bym robił i która byłaby godziny. Rozumiesz?-namoczyl jeszcze raz chuste i porządnie wykrecil.
-oj skarbie...nie mecze się. Gdybym był na twoim miejscu pewnie zrobiłbyś to samo co ja. Spokojnie. Na tym polega miłość kochanie. Jest się na dobre i na źle.-powiedział przemywajac mu twarz i trochę zbijajac mu gorączkę.
-kochanie...-objął go delikatnie.-nie stracisz skarbie. Będę z tobą już na zawsze więc nie martw sie.-otarł mu łzy.-nie płacz. Kocham cię...nie lubie oglądać twoich łez.
-wiem skarbie. Ja ciebie też.-szepnął tylko i poczekał aż też zasnie. Puścił go i posprzątał po czym wrócił do łóżka od razu zasypiajac. Był zmęczony i nic nie mogę na to poradzić.
Takano korzystając z tego że nikt go nie woła pospal trochę dłużej. Wstał kiedy już całkowicie odpoczął. Przebral się wtedy w coś czystego i poszedł do kuchni zrobić śniadanie. Zdecydował się na coś szybkiego i prostego. Kiedy skończył poszedł do pokoju chłopca z talerzami.
-hej moje ciamajdy. Co robicie?
-Mam na was jajeczniczke.-oznajmił wesoło podając mu talerze.-jutro zrobię wam jakieś dobre japońskie sniadanko.-obiecał jeszcze.-hmm...w sumie zupełnie zapomniałem żeby dawać ci kieszonkowe. Wybacz maluchu miałem dużo na głowie ostatnio. To dobry pomysł żebyś odkładał sobie pieniążki...trzeba się tylko zastanowić ile miałbyś dostawać.
-ech to może ty zdecyduj? Ja nie wiem ile byłoby ok.-jęknął. Wychowywał się w innych warunkach i nie chciał też za bardzo rozpieszczac chłopaka.
-to ja może lepiej nie mówię ile dostawałem...-mruknął tylko. Dostawał dużo a jako dzieciak lubił odkładać.-więc...sądzę że 900 będzie ok. Jesteś sumiennym chłopcem i jeśli będziesz ładnie odkładał to może nawet dostaniesz podwyżkę.-uśmiechnął się do chłopca.
-nie ma za co maluszku. Wiem że jesteś sumiennym chłopcem.-przytulil go lekko.-uzbierasz sobie na coś co byś chciał.-dodał uznając że w ten sposób najlepiej chłopiec zrozumie wartość pieniądza.
-no nie musisz wszystkiego ale regularnie odkladaj część pieniążków.-uśmiechnął się do niego.-no a jak ma idzie nauka jazdy na wózku?
-no właśnie maluchu wujek już nie raz był na wuzku. A później wujek cię nauczy jak chodzić o kulach bo przecież w poniedziałek idziesz do szkoły skarbie.-przypomniał.-a wujek idzie na kontrolę.
-jasne kochanie. Jak mi pozwolą to nawet wejdę z tobą do środka. Martwię się i od razu chce wiedzieć czy wszystko ok.-uśmiechnął się lekko i usiadł z nim na łóżku.-mój kochany.-ucałował go w policzek.
-no nieźle go nauczyłes.-zaśmiał się cicho.-potem deszcz kule. Mama mówiła że masz gdzieś tutaj takie dla niego.-przytulil go delikatnie i przyłożył dłoń do czoła.-no spadła ci trochę gorączka e i tak dam ci leki, ok?
-no zauważyłam że jakoś nikt mnie nie wolał i wyjątkowo cicho było....dziękuje skarbie. Potrzebowałem chwili odpoczynku ale teraz już jestem pełny energii i mogę spełniać wasze zachcianki.
-tak w pożądku. Jak wyzdrowiejecie to zamawiam sobie dzień odpoczynku ale póki co jest ok. Zajmę się wami. Nie przejmujcie się mną.
-oj skarbie...na prawdę mi nic nie będzie. Trochę zmęczenia jeszcze nikomu nie zaszkodziło.-zaśmiał się i wziął go na ręce.-przyniosę ci koldre i poduszkę.
-nie ma za kochanie.-uśmiechnął się i położył go na kanapie.-odpocznij kochanie.-powiedział po chwili przynosząc mu pościel.-potrzebujesz czegoś?
-na pewno kochanie?-spytał popraiajac mu koldre.-gdybyś czegoś potrzebował to zawolaj. I nie wstawaj sam bo powinieneś odpoczywać.-zauważył spokojnie i usiadł na fotelu zajmując się Jolie.
-wiesz maluszku wolałbym żeby Maksiu przyszedł tutaj się pobawić. Będę spokojniejszy. Dobrze? Może tak być?-spytał spokojnie. Martwił się o niego.
-nie smuc się...już w poniedziałek idziesz do szkoły.-uśmiechnął się i poglaskal go po włosach.-ech co ja się z nimi mam...-westchnął myśląc co by zrobić na obiad.
-lasania w całości domowej roboty.-uśmiechnął się di niego lekko i usiadł przed nim na podłodze.-jeszcze dochodzi w piekarniku. Nie robiłem dużo żebyś nie marudzil.-dodał spokojnie.
-zrobiłem tyle że dla każdego spokojnie starczy.-uśmiechnął się i dał mu calusa.-na kolację będzie coś innego. Chyba że zostanie obiadu w co wątpię....a powiedz jak ci się spalo misiu?
-oj i tak jesz mało...zostawię ci trochę, ok?-wywrócił oczyma i zaśmiał się cicho.-tak ci ładnie idzie wracanie do wagi...nie ma zostawiania.-dał mu ukradkiem buziaka.
-przecież nie pilnuje cię jakoś bardzo.-zaśmiał się cicho.-Yuya?! Obiad!-zawołał chłopca idąc już do kuchni.
-tak maluchu a ter już ładnie wszyscy siadajcie do stołu.-poprosił z uśmiechem. Ucieszył się że chłopiec sobie radzi z wózkiem. Będąc już w kuchni nałożył wszystkim porcję i zaniósł do salonu.-smacznego.
Takano zjadł szybko zupełnie ignorując spojrzenia Jolie i szczeniakow. Zaprowadził je do kuchni i dał karme do misek.-psiakom też życzę smacznego.-zaśmiał się i zabrał za zmywanie.
-ech...wiesz co, ja się na prawdę boję że coś wam się może stać. Nawet jeśli to będzie tylko wywrocenie się wózka. Aż tak bardzo chcecie gdzieś iść?
-Na plażę? No ja nie wiem czy wózek na plaży to jest dobry pomysł. Nie możecie dzisiaj pobawić się w domku? Z resztą zaraz to jeszcze omówimy, ok?
-ech uparciuchy małe. Zaraz to uzgodnimy ok? Najpierw posprzatam.-zaśmiał się i zabrał za zmywanie.
-dobra maluchy.-powiedział kiedy już skończył i usiadł na fotelu.-jak dla mnie jeszcze dzisiaj powinniście jeszcze dzisiaj zostać w domu. Nie wiem dlaczego tak bardzo chcecie wyjść ale takie jest moje zadanie. Tomo co sądzisz?
-No dzięki za pomoc kochanie. Jak rozumiem zawsze do usług.-mruknął-moja decyzja jest taka że jeszcze trochę za wcześnie żeby Yuya wychodził. A już na pewno na plaże.
-Ale dobrze zrobiłem? Jeszcze nie powinien wychodzić. Jutro może i się zgodzę. Dzisiaj nie. Z resztą ty powinieneś leżeć jeszcze w łóżku. Ech...-westchnął już nie wiedząc czy podjął dobrą decyzję.
-albo nawet z tobą skarbie.-zaśmiał się cichutko.-bardzo chcieli iść...myślisz że mieli jakiś większy powód?
-boże...weź się nie wydurniaj. Jestem zmęczony mam głupie myśli.-jęknął.-no dobrze...więc pójdę z Yuya i pieskami na spacer jutro.
-mhm...skarbie?-przyłożył mu policzek do czoła.-no już nie masz gorączki. W nocy miałeś taką strasznie wysoką. Na prawdę się wystraszyłem.
-nie ma za co przepraszać kochanie. W takim momentach jestem po to żeby ci pomóc i tak jak mówiłem możesz mnie budzić. Wystraszyłem się ale gorączka na szczęście spadła. W poniedziałek pojedziemy na kontrolę...będzie dobrze.
-tak wiem ogólnie wszystko gra. Ale i tak trochę się martwię.-wzruszył ramionami calujac go lekko.-no dobrze...chociaż wolałbym żebyś odpoczął więcej...
-wiem kotus ale teraz innych opcji nie masz. Mogłeś uważać wychodząc spod pryszica. A tak o...moja kochana łamaga.-zaśmiał się i znów lekko ucałował.
-aha podłoga pewnie też...w ogóle to cała łazienka cię nie lubi.-zironizowal.-jasne zaniose cię. Tak będzie najlepiej. Nie powinieneś jeszcze chodzić.-zauważył wstając i biorąc go na ręce.
-och no jasne zwal na mnie i na kanapę lamago.-zaśmiał się i położył go na łóżku mocno otulajac go koldra i kocem.-no już powinni być dobrze. Polezec z tobą?
-no dobrze. Gdybyś czegoś potrzebował to po prostu mnie zawołaj.-uśmiechnął się i wyszedł. Poszedł do pokoju Yuyi i zapukał.
-no urocze.-zaśmiał się cicho.-potrzebujecie czegoś? Coś do picia?-spytał ne chcąc im przeszkadzać w oglądaniu.-Yuya? Jak tak bardzo chcesz iść na podwórko to jutro pójdziemy.-dodał z lekkim uśmiechem.
-ok zaraz wam coś przyniosę. A...i bądźcie cichutko dobrze? Bo wujek śpi i główka go boli.-poprosił ich i wyszedł po chwili wracając z sokiem i kubkami.-gdybyście jeszcze czegoś potrzebowali to będę w salonie.-poinformował ich.
-ja ciebie też.-powiedział i zmierzwil mu włoski.-bawcie się dobrze...tylko nie za głośno.-dodał i wyszedł z uśmiechem. Rozłożył się na fotelu i zaczytal się w znalezioną książkę.
Takano odprowadził wraz z Yuya Maksa do drzwi po czyn postanowił obudzić Tomo na kolację.
-Tomo, kochanie...-zaczął go wołać wchodząc do sypialni.
[no właśnie widzę...czemu to?]
-cholera...Yuya! Dzwoń po babcię!-krzyknął do chłopca samemu starając się zatamowac krwawienie i obudzić chłopaka. Nie wiedział co robić i powoli zaczynał panikować.
[Ahjo...to może lepiej idź już spać?]
-Jak to nie odbiera?! Czemu akurat teraz?! I po co po niego dzwoniles? Sam mogę go zawieźć!-krzyknął ale zaraz się zreflektowal.-Yuya...przepraszam...nie powinienem na ciebie krzyczeć. Martwię się po prostu...zadzwoń jeszcze raz do babci...ok?-ręce trochę mu się trzesly kiedy stara ł się chociaż trochę uspokoić.
-Yuya!-krzyknął za chłopcem nie chcąc żeby ten go zostawiał.-nie umrze...-dodał cicho.-nie może.-powiedział już trochę głośniej i pewniej. Kiedy tylko Jun przyjechał zaniósł Tomo do samochodu.-Yuya ty też jedziesz. Nie zostawię co samego.
-nie podnos się. Lez spokojnie jedziemy do szpitala.-poinformował go cały czas trzymając go w ramionach które lekko drzaly. Bał się i nic nie mógł na to poradzić.
-znów stracił przytomność...-powiedział cicho. Wziął chłopaka na ręce i od razu pobiegł do szpitala mając nadzieje że natknie się tam na mamę chłopaka.
Takano w tym czasie zdążył odprawić Juna prosząc żeby zajął się Yuya i wypalić kilka papierosów żeby trochę się uspokoić. Dopiero wtedy wrócił do środka i usiadł na korytarzu.
[te...na serio masz jakiś czarny humor...no nie mogłeś go oszczędzć?]
Takano kilka razu otworzył i zamknął usta jakby nie wiedząc co powiedzieć.
-a...rozumiem. Ale...on wyjdzie z tego prawda? Da się coś zrobić?
[no no...to naprawdę łaskawy czyn...]
Takano cały czas potakiwal głową. Nie wiedział co by było lepsze. Takie rzeczy wolał zostawiać lekarzom. W głowie kolatalo mu że on nie może stracić słuchu. Nie wiedział czemu akurat to. Ostatnie pytanie trochę go zaskoczyło.
-narzeczonym...-odparł cicho.-o zgody jakiekolwiek lepiej pytać jego mamę...-dodał równie cicho.
Oparł się ciężko o ścianę. Oddychał szybko i nierówno. Ledwo wyszedł że szpitala a kiedy w końcu znalazł siena zewnątrz zapalił pierwszego papierosa opadajac na kolana. Po wypaleniu paczki do końca wstał i zupełnie nie wiedział co że sobą zrobić. Wszystkie autobusy już odjechały więc usiadł na ławce przed szpitalem zastanawiając się co powinien teraz zrobić.
Kiedy poczuł jak kobieta go obejmuje wtulił się w nią bezdzwiecznie płacząc. To go zwyczajnie przerosło. Na propozycje kobieta pokrecil tylko głową przecząco.
-nie chce mu się pokazywać w takim stanie.-wyjaśnił.
-ale musi się czegoś podjąć.-powiedział niczym małe kaprysne dziecko.-musi...prawda? Nie możesz czegoś zrobić? Przekonać go jakoś...-zadrzal lekko po czym długo siedział w milczeniu.
-jest uparty...wątpię żeby posłuchał...tylko czemu on nie chce? Przecież jeśli się niczego nie podejmie to będzie tylko gorzej. Nie chce go stracić...-szepnął powoli przestając płakać i się uspokajają
-porozmawiam z nim. Przecież jest szansa że słuchu nie straci...musi się czego podjąć.-odsunął się od niej i wstał.-gdzie leży?
-dam radę...-mruknął tylko i proszę do wskazanej sali. Wszedł cicho otwierając drzwi.-um...Tomo?.-zaczął cicho.
-znów przepraszasz za głupoty. Zjesz później.-powiedział klekajac przy jego łóżku i przytulajac policzek do jego dłoni.-martwilem się. Nadal się martwię...i boję. Wiem że ty też się boisz. Oboje wiemy że musisz się poddać leczeniu...-zaczął cicho.
-Jest z Junem i Ryu. Nic mu się będzie. Kochanie proszę nie zmieniaj tematu. Ja na prawdę też się bardzo boję. Im szybciej zaczniesz leczenie tym lepiej. Proszę...nie bądź uparty...
[dobranoc ^^]
-no skarbie...masz do wyboru jeszcze chemioterapie. Wiem że się boisz ale...ale na coś musisz się zdecydować. Bądź dobrej myśli. Nowotwór nie jest złośliwy i przecież nikt nie powiedział że na 100% stracisz słuch...kochanie ja na prawdę nie chce cię stracić....-ostatnie zdanie wypowiedział ciszej.
-nie wydurniaj się!-krzyknął nie przyjmując pierscionka.-chcesz zerwać? Tylko dlatego że jesteś chory? Jaja sobie robisz?-otarł łzy.-nie stracisz słuchu. Masz szczęście. Masz...Tomo proszę...podejmij się leczenia...wszystko będzie dobrze.
-dobrze to go przechowam skarbie...-zgodził się chowając go do kieszeni.-nie wiem którego. Pewniejsza jest chyba chemioterapia...
-cóż...rozmawiałem z lekarzem i sądzę że to będzie lepszy i pewniejsze. Będzie trwało długo ale...ale będzie lepiej.-złapał go za dłoń.-nie stracisz słuchu...będzie dobrze skarbie.
-tak sądzę że to bym wybrał.-powiedział spokojnie.-nie mów już nic. Pojedziemy jak wyjdziesz kochanie. Nie przejmuj się tym teraz proszę. Musisz wyzdrowiec. Pójdę po lekarza.
-zaraz wrócę obiecuje. Odpoczywaj teraz. Muszę pójść po lekarza. Nie chce żebyś cierpiał.-powiedział po czym wybiegł. Odnalazł mamę chłopaka i wyjaśnił wszystko.
-nic mu nie będzie prawda? Boi sie ale podejmie się leczenia.-powiedział cicho.-mogę zostać do rana?-spytał jeszcze.
-nie jeszcze nie dzwonilem. Jakoś nie miałem do tego głowy.-mruknął niewyraźnie.-zaraz do niego zadzwonie. Jun z nim został razem z Ryu.-dodał w końcu wstając z podłogi i wyjmujac telefon.
-nie jestem na ciebie zły maluszku. Wybacz że tak myślałaś.-przeprosił go od razu.-czuję się dobrze...jestem zmartwony tylko, to wszystko. Wujek...wujek ma nowotwór. Ale nie groźny. Przejdzie leczenie i wszystko będzie dobrze. Jak wrócę to zrobimy dla wujka żurawie,ok?
-w ogóle nie jestem zły. Ani odrobinę.-zapewnił go.-idź spać maluszku. Wrócę rano a ty idź już spać, ok?
-wrócę. Rano będę.-obiecał i jeszcze chwilę stał przy oknie. Po dłuższej chwili wrócił do kleczenia przy łóżku Tomo. Trzymał go lekko za dłoń.
-hej...-przywitał się z nim kiedy lekarz wyszedł.-jak się dzisiaj czujesz?-spytał z lekkim uśmiechem i poglaskal go po policzku.
-posiedze jeszcze...-zdecydował siadając na brzegu łóżka.-ale tylko chwilę. Nie będę codziennie obiecuje. Chce żebyś odpoczął a ze mną nad głową to będzie ciężkie. Przyniosę ci ubrania jak będę następnym razem. Pamiętaj o jedzeniu.-umilkl na chwilę zastanawiając się czy o czymś nie zapomniał.-pierścionek wloze do pudełka. Będzie na ciebie czekał. Jak będziesz czegoś potrzebował to jestem pod telefonem.
-Przytulę.-odparł spokojnie całując go jeszcze w policzek.-Trzymaj się skarbie. Przyjadę niedługo.-pomachał mu i wyszedł żeby zdążyć na autobus.
-Em...no przywiozę ale...-nie skończył zdania tylko skinął głową.-Przywiozę co będziesz chciał. Wyślij mi listę smsem.-poprosił.
-Hej skarbie...-Takano uśmiechnął się lekko wchodząc z gitarą, torbą innych potrzebnych rzeczy i 1000 żurawi.
-Widzę kotek...ale nic nie poradzimy na działanie leków prawda? Jakoś znów wrócisz do wagi. Wiem że się starasz.-podprowadził go do łóżka.-Przywiozłem wszystko o co prosiłeś i żurawie które zrobiliśmy wraz z Yuyą.
-Więc jednak przychodzi...-zauważył tylko. Powiesił żurawie we wskazanym miejscu i usiadł na brzegu łóżka.-Twoja mama mówi że wszystko idzie dobrze...
-Mhm...ale wszystko się ułoży. Skoro wszystko idzie dobrze to po leczeniu również ładnie przybędziesz na wadze. Spokojnie. O nic się nie martw. Ważne żebyś wyzdrowiał...
-nie przedam. Radzę sobie. I nie wygaduj głupot. Wyzdrowiejesz, wrócisz do domu, wrócisz do wagi i wszystko się ułoży.-powiedział zdecydowanie.-a i wiem że nadal się nie pogodziliscie ale...twój tata chciałby cię odwiedzić.
-skarbie...ja też nie wiem. Ale on na prawdę się o ciebie martwi. Jest twoim ojcem, chciałby cię odwiedzić kiedy leżysz w szpitalu i podnieść cię na duchu. Pozwól mu. Sądzę że temat jakoś sam się znajdzie.-wzruszył lekko ramionami.
-nie będę cię zmuszał. Powinieneś odpoczywać więc już spokojnie nie musisz się niczym stresować. Przynioslem ci ciasto czekoladowe i pralinki. Yuya trochę pomagał.-uśmiechnął się i położył na stoliku wymienione rzeczy.
-cóż skarbie...to trudne pytanie. Nie wiem...sądzę że powinieneś. Ja ze swoim pewien czas też nie utrzymywałem dobrych stosunków ale z czasem się pogodizlismy...-wzruszył lekko ramionami i umilkl na chwilę.-poza tych kochanie on zawsze był przy tobie, prawda?
-masz rację oddał...ale zrobił to w dobrej wierze. Chciał żebyś miał rodzine. Nie miał jak cię utrzymać, był w rozsypce bo stracił żonę. Postaw się na jego miejscu.-poglaskal go po policzku.
-no dobrze kochanie. Nie będę cię zmuszał. Powiem mu tylko że wszystko idzie dobrze. On się martwi...to wszystko.-powiedział tylko i wzruszył ramionami.
-kotek? Nie jesteś za bardzo zmęczony na granie?-spytał zmartwiony.-jesteś blady strasznie...-bardzo się o niego martwił.
-ale działa. Wyzdrowiejesz skarbie.-wziął go na kolana i przytulil lekko.-po chemii już wszystko się ułoży. I zrobimy sobie wakacje.-ucałował go w policzek.-jesteś tu pod dobrą opieką.
-bardzo dobrze kochanie. I twój niefortunny upadek wyszedł na dobre.-zauważył przytulajac go mocno.-ja ciebie też kocham. Bardzo.
Jun
-na tęsknotę za facetem który wziął i wyjechał...a tak serio to się zacialem przy robocie i przyszedłem na kontrolę...żeby zobaczyć czy właściwie oczyściłem i takie tam. Poza tym słyszałem o tobie....nie powinieneś leżeć w łóżku?
-oj to chodź się polozymy.-zsunal buty i położył się położył się z nim do łóżka. Objął go lekko i okryl koldra.-lepiej?
Jun
-nie wiem dopiero pojechał. Umówiliśmy się że będę wpadał na weekend co miesiąc...wtedy mi pewnie wszystko opowie.-wzruszył ramionami.-no cóż skoro tak...ale jak dla mnie powinieneś odpoczywać w łóżku. Nie wyglądasz najlepiej.
-bluzę? Jasne...będzie ci ciepło.-objął go.-a wiesz...udała się wycieczka do cukierni. Yuya był bardzo szczęśliwy. Są zdjęcia, zrobiłem kilka.-pochwalił mu się.
Jun
-ajc...ale tylko trochę co? Wszystko jakoś cię ułoży. Grunt żebyś wyzdrowial.-uśmiechnął się lekko.
[możesz mu już tak nie dowalać...?]
-grzeczne były. Mówię ci wyszło świetnie. Pokaże ci zdjęcia jak przyjadę następnym razem. Obiecuje.-ucałował go lekko.-no szkoda że cię nie było.
Jun
-no to ćwicz. Mam nadzieje że go nie stracisz...
-moim marzeniem?-spytał zaskoczony.-ale takim aktualnym czy takim ogólnym? Na prawdę nie wiem skarbie. Chciałbym wielu rzeczy. Na przykład żeby już na zawsze być z Tobą i Yuya...
Jun
-mhm to bardzo dobrze. W takim razie nie ma się czym za bardzo martwić. Trzymam kciuki.-uśmiechnął się do niego wesoło.
-więc na ten moment moim marzeniem jest być przy tobie...u żeby nic już złego ci się nie działo. A tak ogólnie to...żebyś zawsze mnie już kochał i był przy mnie. I Yuyi.
Jun
-na zdrowie.-zaśmiał się cicho.-przyjdę jeśli czas mk powoli.-obiecał.
-bardziej samolubne? A czy to że chce żebyś zawsze mnie kochał nie jest samolubne?-spytał cicho się śmiejąc i obejmując chłopaka.-a ty mi powiesz swoje marzenia?
Jun
-tak tak.-obiecał. Po wszelkich badaniach kiedy się upewnil że nic mu nie jest poszedł do sali chłopaka.-o...jakie kolorowe żurawie.-zauważył od progu.
-No to nie wiem...w takim razie chyba nie mam samolubnych marzeń.-zaśmiał się.-No cóż to marzenie na pewno się spełni. I jeszcze nie raz będziemy mieli przez dorastanie Yuyi kłopotki...zobaczysz. A to samolubne jak brzmi?
Jun
-No proszę...dziecka się nawet dorobiłeś.-Zaśmiał się.-zdolny. To słodkie że zrobili ci żurawie.
-Co za wredota...czemu mi nie powiesz? Mam cię torturować łaskotkami aż w końcu mi powiesz?
Jun
-fajnie masz. Taka kochana rodzinka która odwiedza cię w szpitalu.-zauważył spokojnie.-moja tęsknota cóż...pierwszego dnia wypaliłem chyba z 2 paczki wymyślając najgorsze scenariusze. Ale przeszło. Tęsknię ale tak spokojnie tęsknię.
-no wiesz ty co? Dlaczego? To jakaś wielka tajemnica?-Spytał głaszcząc go po policzku.-Odpoczywaj kotek. Nie musimy rozmawiać jeśli jesteś zmęczony.
Jun
-No zawoziłem go i pomagałem ze wszystkim. Łóżka mają wygodniejsze niż my mieliśmy.-zaśmiał się.-Kuchnia na dole ale w pokojach też mają. W ogóle jakoś tak więcej miejsca...
-Możesz kochanie. Śpij sobie...w pewnym momencie pewnie zniknę ale musisz mi to wybaczyć.-Zaśmiał się i pogłaskał go po policzku.
Jun
-Mają. Ładna...wygląda na nową. Cały budynek jakiś tai wyremontowany i w ogóle...-wzruszył ramionami.-Tęskni. Trochę się stresował tym że już nie będzie mieszkał z rodziną.
Takano cały czas leżał przy nim i tulił go do siebie. Pod wieczór jednak postanowił że czas wracać. Wyswobodził się z jego uścisku i wstał z łóżka dając mu lekkiego całusa w czoło.
-Na...Naprawdę?-Krzyknął uradowany i w przypływie emocji mocno przytulił lekarza.-Dziękuję...i przepraszam..-powiedział odsuwając się od niego.-Tomo już wie?
-mhm rozumiem. Więc zniknęło...muszę go pilnować z jedzeniem...ale po następnych już nic nie będzie?-spytał spokojnie lekarza.
-to dobrze...to dobre wieści.-uśmiechnął się i poszedł do sali chłopaka.-kotek, patrz co mam.-pomachal wypisem.
-to cię zaniose kochanie. Zrobię coś dobrego do jedzonka.-uśmiechnął się.-przez miesiąc musisz trochę przytyc więc będziemy bardzo pilnować posiłków. Ale w końcu będziesz w domu...do pracy na razie nie...ale będziesz w domu.-usiadł na brzegu łóżka.
-Tak skarbie...tylko pamiętaj że przede wszystkim masz odpoczywać. Będę cię pilnował.-zaznaczył z uśmiechem.-cieszę się że w końcu będziesz w domu.
-Jak będziesz spał to przynajmniej nie będziesz marudził że ty już chcesz coś porobić. Zaopiekuję się tobą kochanie.-obiecał obejmując go lekko. Cieszył się że leki podziałały i wszytko zmierza w dobrym kierunku.
-Tylko?-spytał zaskoczony.-A szkło tak dobrze...już byłeś blisko 50...no nic na to nie poradzimy. Jakoś ładnie powoli będziesz tył. Regularne posiłki i już nie będzie chemii...no przez miesiąc.-dał mu całusa.-Bułeczki zrobisz ale jak już odzyskasz siły, ok?
-no pojedziemy...kupimy bułki ale zaraz później prosto domu.-uśmiechnął się i zaczął pakować jego rzeczy.
-Yuya już w domciu....a raczej u dziadka...-mruknął cicho.-Ma go odprowadzić później do domu.-powiedział spokojnie i zaczął spokojnie pakować jego rzeczy.
-Ty się połóż a ja wszystko spakuję.-powiedział kończąc pakować ubrania i inne rzeczy a wziął się za żurawie.-Najpierw to zaniosę i wrócę po ciebie. Może się przebierzesz?
-nawet ne zauwazylem...-mruknal.-no poczekaj na mine.-dodał wychodząc. Zaniósł wszystkim rzeczy do samochodu po czym wrócił po niego.-to co na rączki?
-jesteś przeraźliwie lekki...nie gadaj jak anorektyk.-odparł tylko. Posadził go na przednim siedzeniu a sam usiadł za kierownicą.-rozloze ci kanapę żeby ci było wygodnie filmy oglądać.
-mhm...kochana panda otrzymywała mi towarzystwa w łóżku...tylko ona jakas taka większa od ciebie.-zaśmiał się.-co byś dzisiaj zjadł?-spytał jadąc do piekarni.
-o nie nie...musisz zjeść coś tresciwego...musisz przytyc w ten miesiąc bardzo dużo. To ważne kochanie a to co wymieniles to królik je więcej. Przyznaj się że w szpitalu jadles jeszcze mniej...-westchnął.
-ech no dobrze.-westchnął tylko. Nie chciał się kłócić wiedział jednak jaki jest z niego niejadek.-a na jutro? Będę w domu więc możesz sobie zażyczyć co tylko bus chciał.-uśmiechnął się parkujac przed piekarnia.
-dobrze...zamówienie przyjęte. Mały pewnie ucieszy się z obiadu i z tego że jego ukochany wujek w końcu jest w domku. Cieszę się że wszystko się ułożyło i jeszcze tylko dwa weekendy chemii i po sprawie.
-za miesiąc pierwsza. Potem za dwa druga. I koniec. Po sprawie.-zapewnił. Wybiegł po bułki i szybko wrócił.-ja się bardzo cieszę że moja kochana maruda wraca. Pierścionek czeka aż w końcu nie będzie ci spadał z palca.
-nie głupi pomysł.-podał mu bułki.-jak nie znajdę żadnego w domu to jutro kupię. Na szyi na pewno ci nie spadnie i go nie zgubisz. Rozumiem że nie chcesz go brać do szpitala.-dodał z uśmiechem i odjechał.
-a...no cóż chciał przyjechać to musiałem mu wyłożyć że nie trzeba. Dla niego już jesteś częścią rodziny...martwi się o ciebie. Mówił też że rozprawa się przesunie o jakieś dobre trzy miesiące...
-na razie chciałbym żebyś odpoczywał w domu. Najwyżej to on odwiedzi nas. Ale to się jeszcze ustali. Póki co musisz odzyskać siły i wagę...takie nasze małe priorytety.
-dobrze kochanie. Jak mówiłem to się pewnie jeszcze ustali.-uśmiechnal się i zaparkował pod domem. Wyszedł z samochodu i wziął chłopaka na ręce.-twój tata przyjdzie z Yuya pod wieczór.
-zawsze możesz się zamknąć w sypialni.-zauważył spokojnie wzruszając ramionami. Uznał że nie będzie von zmuszał do spotkania z ojcem. Przyniósł wszystkie jego rzeczy i usiadł obok niego na kanapie.
-ty też się zawsze o wszystko obwiniasz.-zauważył.-ale fakt...mały mówi wtedy przykre rzeczy. Nie musisz z nim rozmawiać. Sądzę że boję będzie długo siedział.-wzruszył ramionami.-noże rozloze ci kanapę? Będzie ci wygodniej.
Poglaskal go po policzku i pozwolił zasnąć kiedy upewnił się że chłopak śpi mocnym snem zaniósł go do sypialni i ułożył na łóżku. Niedługo później przyszedł jego ojciec wraz z Yuya.
-No już maluchu...wiem jak bardzo się cieszysz ale wychodź z łóżka bo wujek musi odpoczywać...Nie ładnie budzić chorych.-powiedział siadając na brzegu łóżka.-Co to za deser będzie?
[gomen że mnie dzisiaj nie ma ale urodziny świętuję...]
-No skoro tak...-zaśmiał się i pozwolił mu wyjść.-mały strasznie się cieszy.-zauważył spokojnie.
[już idę XD dziękuję ^^]
[iii tam...w ogóle mi nie posmakowalo. Po lyku odłożyłam szampana. XD]
-maluch się przywiązał do nas. To normalne że tęsknil za tobą w domu.-wzruszył lekko ramionami.-dobrze skarbie. Przygotuje tam wszystko i po ciebie wrócę, ok? Tam będziesz ze wszystkimi a do łóżka wrócisz na noc. Musisz odpoczywać żeby odzyskać siły.-uśmiechnął się do niego.
[damn it nie tu XD...]
[bo na telefonie pisze...i mi się karty pomyliły...>\\\\<]
-już ci ładnie wszystko przygotowałam.-powiedział z uśmiechem i wziął go ne ręce. Zaniósł do salonu i położył na kanapie. Dokładnie okrył ciepłymy kocem i położył się przy nim.
-tylko twój.-zaśmiał się cicho.-no ładnie pachnie...już się nie mogę doczekać aż się dowiem co to będzie.
-no proszę jaki łaskawy.-Zachichotal glaszczac go po główce.-mój kochany...-uśmiechnął się lekko. Zaglądał chłopakowi przez razie żeby podpatrzec co czyta.
Spróbował trochę i uśmiechnął się do chłopca.
-pyszne.-pochwalił go.-a gdzie dziadzius?-spytał go jeszcze.
-mhm...no pyszny ci wyszedł. Z owockami jest najlepszy.-zmierzwil mu włoski.-Yuya...chyba trzebaby jutro po szkole pójść do fryzjera co?
-ej! Uważam że jestem przystojny z właśnie taką fryzjerą.-sprzeciwił się.-a tobie grzywka leci znów na oczy. Więc albo ją układamy albo scinamy. Zaufaj tatusiowi...
-oj no...to możemy ją układać tak żeby nie leciały ci na oczka.-westchnął nie bardzo chcąc grać.
-te kotek. Nie bądź taki do przodu bo ci tyłu zabraknie. Mam grzywna bok wiec nie leci mi na oczy.-funkął niezadowolony.-Tomo kochanie...nie przegraj proszę.
-kochanie...lubie swoje włosy. Pozwól więc że przejmę kostki.-zaśmiał się i rzucił od razu wystawiając piątek i udać kilka pól do przodu.-muszę ocalić moje włosy.
-nie kłamiesz żebym przegrał co?-uniósł brwi i sprawdził czy chłopak ma gorączkę.-poloz się skarbie. Dam ci coś do jedzenia i syrop na zbicie gorączki. Lez i się nie podnos.-poprosił wy wstają z kanapy.
-nie kłamiesz żebym przegrał co?-uniósł brwi i sprawdził czy chłopak ma gorączkę.-poloz się skarbie. Dam ci coś do jedzenia i syrop na zbicie gorączki. Lez i się nie podnos.-poprosił wy wstają z kanapy.
Zrobił mu szybko małą kromke z masłem i wrócił do salonu jeszcze z syropkiem.
-usiadz na moment...zjesz i zaraz znów się polozysz.
-jasne już...-pobiegł do sypialni i wrócił okrywajac go koldra.-potrzebujesz jeszcze czegoś? Nie wahaj się prosić...zrobię wszystko...-powiedział siadajac na brzegu kanapy.
-ech...-westchnął glaszczac śpiącego chłopaka po policzku.-Yuya? Nie będę się czepial tej twojej grzywki jeśli zrobisz tak żeby nie leciała ci na oczy. Umowa stoi?
-no cóż...zapomniałem dodać że ma to jeszcze jakoś wygladac...ale po domu możesz tak spokojnie chodzi.-uśmiechnął się do chłopca.
-no...bo kochamy go jak swojego. Mały się przywiazal to i przechodzi na niego masa naszych cech czy nawyków. Nie raz zdarza mi się myśleć 'o to ma po Tomo'.-zaśmiał się cicho.
-ano guz znika...na razie odstawili mu chemię bo by go zabiła. Musi trochę przytyc i dopiero za miesiąc pojedzie na weekend. Mam nadzieje że wszystko będzie z nim ok.
-wiem że walczy. Mój kochany...jest koszmarnie chudy. Starał się nie chudnac ale leki robiły swoje...-westchnął cicho.-ale jestem dobrej myśli.
-wiem...uważam na to. Daje mu mniej i staram się żeby jadł regularnie. To działa, ostatnio udało mu się dojść prawie do 50 kg. Martwię się ale wiem że muszę go wspierać będąc spokojnym.
-nie chce ukrywać tego. W ten sposób mogę mu pomóc...to jest poważne, wiem też że się boi.-wstał z kanapy.-nic się nie stało, wiem że martwisz się o niego.
-ja też się cieszę. Przykro mi że on wciąż nie chce z tobą rozmawiać. Ale sądzę że mu przejdzie...kiedyś.-uśmiechnął się lekko.
-pa.-pomachal mu i wrócił do salonu.-porysujemy maluchu. Przynieś kartki i ołówki. Porysujemy.-uśmiechnął się do chłopca i ukleknal przy stoliku.
-dobrze.-uśmiechnął się samemu też rysując Tomo. Podobała mu się ta jego spokojna spiaca twarz. Chciał ją uwiecznic. Stawiał spokojnie kreski robiąc pierwszy szkic.
-oj bez przesady...-zaśmiał się.-trzeba ćwiczyć. Ja dużo ćwiczyłem. Narysuje cię później, chcesz?
-sliczny, prawda? Dlatego postanowiłem go narysować. Tak słodko śpi...-uśmiechnął się lekko naprawdę rozczulony tym widokiem.-jak skończę to ciebie narysuje. Pomyśl jak byś chciał być narysowany.
-już ci mówiłem maluchu że wujek ma takie świństwo w mózgu prawda? Lekarzom udało się to zlikwidować ale leki zniszczyły też trochę organizm wujka. I on teraz wciąż walczy.-wyjaśnił spokojnie.-jeszcze jakiś czas wujek będzie miał gorączkę.-dodał wykanczajac rysunek.
-nie musi...ale to jest naturalna reakcja jego organizmu więc powoli będziemy mu ją zbijac. Możesz ale przytulić ale nie obudz wujka. Powinien odpoczywać.-uśmiechnął się do chłopca i pokazał mu skończony rysunek.
-martwisz się o wujka co maluchu?-spytał cicho z lekkim uśmiechem. Wstał na chwilę żeby nakarmić psiaki i wrócił na swoje miejsce.-to co zapozujesz tatusiowi?
-już niedługo będzie zdrowy. Zrobimy sobie wtedy wycieczkę, ok?-uśmiechnął się i skinal głową że może być na fotelu.-usiadz swobodnie, tak jak chcesz. Nie chcę żeby to było sztywne i wymuszone.-wyjaśnił chłopcu.
-dużą wycieczkę. Do australii tak jak wujek chciał.-uśmiechnął się zaczynając go rysować.-zwolnie cię ze szkoły jeśli będzie taka konieczność. Pomogę ci to nadrobić.
-polecimy. Załatwię żebyś mógł siedzieć przy okienku...nie ma jakiś wybitnych widoków ale będziesz mógł.-zaśmiał się cicho.-cieszy się perspektywa takiej rodzinnej wycieczki?-spytał spokojnie.
-no spokojne maluchu, ja też się cieszę.-zaśmiał się cicho.-nie krzycz tak bo wujka obudzisz.-dodał rysując go spokojnie. Chciał żeby jego synek wyszedł slicznie.
-nic się nie stało.-uśmiechnął się. Chwilę później skończył rysunek i pokazał go chłopcu.-jak ci się podoba?-spytał czekając na werdykt.
[o nie odpisałam? Myślałam że tak..gome...]
-Jesteś moim małym przystojniaczkiem. Trochę więcej wiary w siebie. Jesteś zupełnie jak wujek...on też nie wierzy że jest przystojny...-zmierzwił mu włoski.
-Zaraz zrobię. Ale leż spokojnie. Możesz popatrzeć co Yuya narysował.-uśmiechnął się i dał mu lekkiego całusa.-Nie wstawaj.-poprosił i poszedł do kuchni.
Zgasił ogień pod czekoladą i przyprowadził mu wózek. Później wrócił do kuchni i szybko skończył czekoladę dla Tomo i Yuyi.
-No moi kochani...-wszedł do salonu i podał im po kubku czekoladki.-na poprawę humorku.-uśmiechnął się i położył na kanapie.
Takano usnął nie kryjąc się już z tym że jest trochę zmęczony. Był ostatnio zalatany i mimo że cieszył się z obecności chłopaka to chciał się chociaż na chwilę zdrzemnąć.
Chłopiec skinął główką i ściszył telewizor. Nie chciał przecież żeby tatuś był na niego zły bo nie pozwolił mu pospać.
-wujku? A mogę ci pokazać jak cię narysowałem?-spytał nieśmiało kiedy bajka już się skończyła.
-Um...-chłopiec wstał i pokazał mu swój rysunek.-Ale tatusiowi wyszedł ładniejszy...i ja nie wiem czy uda mi się narysować tatusia...-powiedział troszkę niepewnie.
-Um dobrze.-zgodził się i zaraz przyniósł im po kartce i ołówku. Tomo przyniósł też książkę na podkładkę. Usiał wygodnie i zaczął rysować Takano.
-Um...tak trochę...-zgodził się nieśmiało nie wiedząc co jemu wychodzi więc po prostu pokazał początek pracy.-Co myślisz wujek?
-um...nie jesteś taki pewny.-odparł cicho ale rysował dalej. -a jak się tatusiowi nie spodoba?-spytał zmartwiony kiedy już kończył.
Prześlij komentarz